W cieniu odznaki część 1.
Deszcz uderzał o beton, gdy Łucja – dla znajomych po prostu Lucy – poprawiła kołnierz swojego eleganckiego płaszcza w kolorze butelkowej zieleni. Chwilę wcześniej była cieniem sunącym po gzymsie Muzeum Narodowego. Teraz, z ciężarem bezcennych szafirów ukrytych głęboko w podszewce, musiała stać się kimś zupełnie innym. Nocną ciszę rozdarł nagły, piskliwy ryk syren. W oknach gmachu rozbłysły czerwone światła alarmu. Lucy zeskoczyła z ostatniego murku na chodnik. Zrobiła to cicho, z kocią zwinnością, ale gdy tylko jej szpilki dotknęły ziemi, zamarła. Zza rogu wyłoniła się wysoka sylwetka mężczyzny w rozpiętej kurtce, spod której błyszczała odznaka. Szedł szybkim, sprężystym krokiem, a w jego oczach widać było pełne skupienie. Kuba, śledczy z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu, był dokładnie tym człowiekiem, którego Lucy wolałaby dziś uniknąć. Nie było czasu na ucieczkę. Ruszyła przed siebie, mocniej ściskając w dłoni skórzaną aktówkę. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Lucy natychmiast oceniła sytuację. Musiała zatrzeć wrażenie, że właśnie zeskoczyła z dachu. Gdy dzieliło ich zaledwie kilka kroków, celowo wykręciła stopę na nierównej kostce brukowej.
– Ach! – syknęła, tracąc równowagę.
Zamarkowane potknięcie wyszło idealnie. Lucy runęła do przodu, prosto w ramiona zaskoczonego policjanta. Kuba zareagował instynktownie. Złapał ją mocno w pasie, amortyzując upadek. Przez ułamek sekundy oboje trwali w bezruchu. Lucy poczuła zapach jego wody kolońskiej i deszczu, a gdy spojrzała w jego ciemne oczy, coś dziwnego drgnęło w jej sercu. On również patrzył na nią, jakby na chwilę zapomniał o wyciu syren za ich plecami.
– Wszystko w porządku? – zapytał Kuba, a jego głos był zaskakująco ciepły jak na kogoś, kto właśnie biegł do miejsca włamania.
– Tak, dziękuję... Te przeklęte chodniki – zaśmiała się cicho, rzucając mu wdzięczne spojrzenie i powoli prostując się w jego ramionach. – I tak miałam szczęście, że na pana trafiłam.
Kuba obrzucił wzrokiem jej elegancki płaszcz, nienaganny makijaż i biznesową aktówkę. Nie wyglądała na złodzieja, który przed chwilą wyłączył lasery w sali jubilerskiej.
– Co pani robi w tej okolicy o tak późnej porze? – zapytał, choć w jego tonie zamiast urzędowej podejrzliwości pojawiła się zwykła, męska ciekawość. – Tam, w muzeum, właśnie uruchomił się alarm.
Lucy westchnęła ciężko, idealnie odgrywając rolę zmęczonej bizneswoman.
– Nawet mi pan nie mówi o pracy. Jestem przedstawicielem handlowym w branży medycznej. Sprzedaję te absurdalnie drogie aparaty do rezonansu magnetycznego i ultradźwięków. Właśnie skończyłam koszmarne, nocne spotkanie z ordynatorem prywatnej kliniki dwie ulice stąd. Ciągle biegam z tą aktówką, od lotniska do lotniska, cały świat w rozjazdach... A teraz jeszcze to.
Kuba uśmiechnął się lekko, urzeczony jej bezpośredniością.
– Brzmi jak odpowiedzialna i legalna praca. Ja niestety muszę sprawdzić to drugie. Kuba – przedstawił się, pokazując legitymację z lekkim rozbawieniem.
– Łucja– odpowiedziała, odwzajemniając uśmiech.
– Cóż, Łucjo, Proszę uważać na nogi w tych szpilkach. I lepiej niech pani szybko wraca do domu. Wokół muzeum zaraz zrobi się tłoczno.
– Tak zrobię, panie władzo – puściła do niego oko, poprawiając aktówkę.
Kiedy Kuba ruszył w stronę głównych drzwi muzeum, Lucy odprowadziła go wzrokiem. Szafiry w jej kieszeni nagle wydały się dziwnie lekkie. Zamiast satysfakcji z udanego skoku, czuła na skórze ślad jego uścisku i wiedziała jedno – ten jeden, jedyny raz, z całego serca pragnęła, aby ich drogi skrzyżowały się ponownie. I, o ironio, miała przeczucie, że wydział do spraw mienia bardzo szybko da jej ku temu okazję. Po przekroczeniu progu swojego luksusowego apartamentu na trzydziestym piętrze wieżowca, Lucy w końcu pozwoliła sobie na głęboki oddech. Przez ogromne, panoramiczne okna salonu rozpościerał się widok na rozświetlone, tonące w deszczu miasto. Ściągnęła wysokie szpilki, rzuciła butelkowo zielony płaszcz na skórzany fotel i podeszła do barku. Nalała sobie kieliszek bursztynowej whisky, a wolną ręką chwyciła pilota i włączyła telewizor, ustawiając całodobowy kanał informacyjny na najniższy poziom głośności. Zanim na ekranie pojawiły się pierwsze doniesienia o zuchwałej kradzieży w muzeum, dziewczyna trzymała już w dłoni zabezpieczony, jednorazowy telefon. Wybrała numer z pamięci. Pośrednik handlu kamieniami, paser o międzynarodowych powiązaniach, odebrał po drugim sygnale.
– Towar jest bezpieczny. Szafiry są u mnie – rzuciła krótko do słuchawki, upijając łyk alkoholu. – Przygotuj grunt pod wycenę. Odezwę się za dwa dni.
Rozłączyła się bez czekania na odpowiedź i wyciągnęła baterię z aparatu. W tym samym momencie prezenterka w telewizji, z wyraźnym przejęciem, zaczęła mówić o złamaniu zabezpieczeń w skarbcu. Uśmiechnęła się pod nosem, ale jej myśli krążyły wokół czegoś zupełnie innego. Wokół dotyku silnych ramion i męskiego, ciepłego głosu, który usłyszała na deszczowej ulicy. Odstawiła kieliszek, usiadła na kanapie i otworzyła lśniący, zaszyfrowany laptop. Jej palce szybko zaczęły stukać w klawiaturę, przeszukując bazy danych, policyjne fora i artykuły prasowe. Szukała Jakuba z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu. Po kilkunastu minutach ekran rozświetliły konkretne wyniki. Jakub Zakrzewski. Gdy wczytała się w jego profil, jej brwi uniosły się z uznaniem. Kuba nie był zwykłym krawężnikiem, który przypadkiem znalazł się pod muzeum. Był jednym z głównych śledczych w kraju, ekspertem od kradzieży dzieł sztuki i kosztowności, ściśle współpracującym z policją z całej Europy – w tym z Interpolem. Lucy oparła się o oparcie kanapy, wpatrując się w jego zdjęcie z jakiejś oficjalnej konferencji. Wyglądał na nim równie przystojnie, choć znacznie poważniej niż godzinę temu. W jej głowie natychmiast zaczął kiełkować genialny, choć niezwykle ryzykowny plan.
„Taki nieświadomy informator... to byłby absolutny skarb” – pomyślała, a na jej ustach pojawił się drapieżny uśmiech.
W końcu jej dotychczasowym łupem padło wiele bezcennych kamieni z różnych zakątków Europy. Służby w Paryżu, Wiedniu i Florencji wciąż deptały jej po piętach, nie wiedząc nawet, kogo szukają. Gdyby tylko udało jej się sprawić, by Jakub Zakrzewski zaczął opowiadać jej o swoich śledztwach, postępach w pracy i międzynarodowych poczynaniach... Byłaby zawsze o krok przed wszystkimi. Musiała go tylko w sobie rozkochać. Sprawić, by stracił dla niej głowę na tyle mocno, by przy wieczornej lampce wina, w tym samym apartamencie, sam dzielił się z nią tajemnicami zawodowymi. Lucy rzuciła okiem na rzucony na fotel płaszcz, w którym wciąż znajdowały się szafiry. Gra była warta świeczek, a Jakub Zakrzewski właśnie stał się jej kolejnym, najbardziej fascynującym celem.
Następnego ranka słońce ledwo przebijało się przez chmury, a okolice komendy głównej tętniły już miejskim życiem. Lucy, ubrana w doskonale skrojony, jasny garnitur, weszła do niewielkiej, klimatycznej kawiarni położonej zaledwie przecznicę od miejsca pracy Jakuba. To nie był przypadek – dokładnie przestudiowała topografię tej okolicy. Zamówiła największe, potrójne latte z syropem waniliowym, idealne do niespiesznego sączenia i przeciągania czasu. Czekając przy ladzie, poprawiła pasek skórzanej torby, w której znajdowały się autentyczne foldery reklamowe luksusowego sprzętu medycznego. Gdy odebrała wielki, ciężki kubek, odwróciła się gwałtownie, markując pośpiech i rozkojarzenie. I wtedy, dokładnie tak jak zaplanowała, uderzyła ramieniem w wysokiego mężczyznę, który właśnie wchodził do kawiarni. Pokaźna ilość mlecznej pianki natychmiast wystrzeliła z kubka, lądując na jej dłoni i chodniku, a Lucy syknęła cicho, uciekając ciężarem ciała na jedną stronę.
– O rany, tak strasznie przepraszam, kompletnie nie patrzyłam... – zaczęła unosić głowę, po czym na jej twarzy odmalowało się idealnie zagrane zaskoczenie. – To znowu pan?
Kuba, który odruchowo złapał ją za łokieć, by pomóc jej utrzymać wielki kubek pełen parzącego napoju, zamarł z otwartymi ustami. Spojrzał na jej twarz, potem na jasny garnitur, aż w końcu jego wzrok zjechał w dół. Tym razem Lucy miała na sobie płaskie, eleganckie baleriny.
– Łucja? – na twarzy policjanta pojawił się szeroki, autentyczny uśmiech, który momentalnie rozgonił jego poranne zmęczenie. – Co za niesamowity zbieg okoliczności. Nic pani nie jest?
Dziewczyna skrzywiła się lekko, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę i udając subtelny ból.
– Żyję, choć chyba przeceniłam swoje możliwości. Po wczorajszym spotkaniu z chodnikiem moja kostka rano kategorycznie odmówiła współpracy ze szpilkami. Stwierdziłam, że muszę dać jej odpocząć, ale jak widać, w płaskich butach jestem jeszcze bardziej niezdarna. No i zmarnowałam takie pyszne, wielkie latte.
Kuba zaśmiał się cicho, a w jego oczach błysnęła ta sama iskra, którą Lucy zauważyła poprzedniej nocy.
– W takim razie to ja muszę panią przeprosić, bo stanąłem prosto na pani drodze. Gdzie tak pędzisz z tym gigantycznym kubkiem od samego rana? – zapytał, zerkając na jej biznesową torbę.
– Do szpitala MSWiA, mają tam jakąś awarię sprzętu, a ja, jako idealny pracownik roku, oczywiście biegnę na ratunek – westchnęła z uśmiechem, wycierając dłoń serwetką. – A pan? Też w biegu?
– Moje biuro jest tuż za rogiem. Właśnie szedłem po dawkę kofeiny przed spotkaniem z prokuratorem – Kuba wskazał kciukiem w stronę komendy. Przez chwilę bawił się kluczami w kieszeni, jakby bił się z myślami, po czym podjął decyzję. – Słuchaj... skoro i tak muszę kupić kawę, a twoja ucierpiała przez moje nagłe pojawienie się w drzwiach... Może dasz się namówić na szybkie ciastko i nowe, równie duże latte? W ramach przeprosin za tamten wczorajszy chodnik i dzisiejsze zderzenie. Szpital chyba poczeka te dziesięć minut?
Spojrzałą na niego, udając, że intensywnie się zastanawia i próbuje wcisnąć tę propozycję do swojego „napiętego” grafiku. W duchu triumfowała. Ryba połknęła haczyk znacznie szybciej, niż się spodziewała.
– Dziesięć minut... – uśmiechnęła się ciepło, poprawiając torbę na ramieniu. – Dobrze, Jakubie. Przekonałeś mnie. Ale pod jednym warunkiem: tym razem to ja wybieram stolik, żeby znowu na nikogo nie wpaść. Mów mi Lucy, proszę.
Usiadali przy niewielkim stoliku w głębi kawiarni, z dala od głównego przejścia. Kuba przyniósł nowe, gigantyczne latte z gęstą pianką dla Lucy oraz czarną kawę dla siebie. Przez pierwsze kilka minut rozmawiali swobodnie – Lucy z pasją opowiadała o „trudach” negocjacji cenowych z ordynatorami szpitali, a Kuba słuchał jej z nieskrywanym zachwytem, kompletnie oczarowany jej poczuciem humoru i inteligencją. W końcu ta kłamiąca w żywe oczy dziewczyna upiła spory łyk mlecznej pianki, spojrzała na niego rzekomo zatroskanym wzrokiem i postanowiła przejść do właściwego planu.
– Wiesz... tak właściwie to cieszę się, że na ciebie trafiłam – zaczęła cicho, obracając kubek w dłoniach. – Od rana jestem jakaś roztrzęsiona. Oglądałam rano wiadomości w telewizji. Mówili o tym włamaniu do muzeum, tuż obok miejsca, gdzie wczoraj na siebie wpadliśmy.
Kuba spoważniał, a w jego oczach na moment pojawił się profesjonalny chłód śledczego, choć zaraz złagodniał, patrząc na Lucy.
– Ach, to... – skinął głową. – Tak, zuchwała kradzież. Niestety, to moja działka.
– Naprawdę? – Lucy uniosła brwi, idealnie odgrywając mieszankę strachu i fascynacji. – Czyli to ty ścigasz tego człowieka? Boże, to potworne. Przecież ja byłam tam zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, nocą, zupełnie sama! A gdyby ten bandyta na mnie wpadł? Albo gdyby był uzbrojony? Aż mnie ciarki przechodzą, jak pomyślę, co mogło się stać. W tym mieście robi się naprawdę niebezpiecznie.
Kuba odruchowo nakrył jej dłoń swoją dłonią, chcąc ją uspokoić. Ten gest sprawił, że serce Lucy zabiło mocniej – i tym razem wcale tego nie planowała.
– Hej, spokojnie. Jesteś bezpieczna – powiedział ciepłym, opiekuńczym tonem. – Po pierwsze, to nie był żaden brutalny bandyta. Z tego co już wiemy, mamy do czynienia z profesjonalistą najwyższej klasy. Żadnych zniszczeń, żadnych śladów przemocy. Ktoś wszedł, obszedł najnowocześniejsze lasery w kraju, zabrał szafiry i rozpłynął się w powietrzu. Tacy ludzie unikają konfrontacji za wszelką cenę. Gdyby cię zauważył, po prostu uciekłby w drugą stronę.
Lucy słuchała jak urzeczona, analizując każde jego słowo. „Żadnych śladów, unikają konfrontacji” – pomyślała z satysfakcją. Głośno jednak westchnęła, udając, że wcale jej to nie uspokaja.
– Profesjonalista czy nie, ukradł bezcenne kamienie i jest na wolności. Policja w ogóle ma jakiś punkt zaczepienia? Czy takie szafiry można tak po prostu sprzedać w pierwszym lepszym lombardzie? – zapytała z naiwną ciekawością, mrużąc oczy.
Kuba uśmiechnął się lekko, wyraźnie rozbawiony jej wyobrażeniem o świecie przestępczym.
– W lombardzie na pewno nie. Towar tej klasy trafia na czarny rynek międzynarodowy. Ale ten „profesjonalista” popełnił jeden zasadniczy błąd. Myślał, że ujdzie mu to na sucho, bo działa w Polsce. Nie wie tylko, że od dłuższego czasu współpracujemy z Interpolem i monitorujemy konkretnych paserów w Europie. Już wysłałem powiadomienia do moich kontaktów w Paryżu i Wiedniu. Jeśli te szafiry wypłyną gdziekolwiek za granicą, będziemy o tym wiedzieć.
W tym momencie telefon Kuby leżący na stole zaczął gwałtownie wibrować. Na ekranie wyświetliło się imię jego przełożonego.
Lucy zbiła z tropu ta informacja. „Wiedeń i Paryż? Monitorują paserów?” – przemknęło jej przez głowę. Dokładnie do tego człowieka zadzwoniła wczoraj w nocy! Musiała natychmiast ostrzec swojego pośrednika, zanim ten zrobi głupi krok.
Kuba spojrzał na telefon i westchnął z rezygnacją.
– Wybacz, Lucy, obowiązki wzywają. Muszę pilnie wracać do komendy – powiedział, wstając od stolika. Spojrzał na nią z wyraźnym żalem, że musi kończyć to spotkanie. – Ale nie chcę, żebyś się bała spacerować po mieście. Co powiesz na to, żebym dzisiaj wieczorem... osobiście zadbał o twoje bezpieczeństwo? Znam świetną włoską restaurację.
Lucy odzyskała jasność i uśmiechnęła się swoim najbardziej olśniewającym, magnetycznym uśmiechem.
– Brzmi wspaniale, Jakubie. Bardzo chętnie dam się obronić.
– Super. Napisz mi swój numer na tej serwetce, a ja odezwę się po pracy – podał jej długopis, a Lucy szybko nabazgrała cyfry, czując, że ta gra staje się nie tylko niebezpieczna, ale też niesamowicie ekscytująca.
Gdy tylko Kuba zniknął za drzwiami kawiarni, uśmiech Lucy momentalnie zgasł. Zastąpił go chłodny, profesjonalny kalkulator. Informacja o monitorowaniu paserów w Paryżu i Wiedniu oznaczała jedno – jej dotychczasowy kanał przerzutowy był spalony. Musiała działać natychmiast.
Wróciła do apartamentu, rzuciła torbę na blat i wyciągnęła kolejny, czysty telefon ukryty w podwójnym dnie szafy. Wybrała szyfrowane połączenie do swojego pośrednika.
– Zmiana planów. Europa odpada. Wiedeń i Paryż są pod obserwacją – rzuciła bez wstępów, gdy tylko usłyszała ciężki oddech mężczyzny po drugiej stronie.
– Co? Zwariowałaś? Wszystko było dogadane... – zaczął protestować paser.
– Słuchaj mnie uważnie – przerwała mu ostro. – Przekierowujemy szafiry do Chin. Rynek w Szanghaju przyjmie je bez zadawania pytań, a europejski Interpol nie ma tam takich wpływów. Tam znacznie łatwiej upłynnisz towar, a my nie skończymy w kajdankach. Rób, co mówię, i zmień kuriera. Już.
Rozłączyła się, zanim zdążył zaprotestować. Pierwszy pożar został ugaszony, ale teraz musiała zabezpieczyć swoją przyszłość i zdobyć całkowitą kontrolę nad ruchami Kuby. Spojrzała na zegarek. Do planowanej kolacji zostało kilka godzin. To za mało, by przygotować grunt pod pełną inwigilację. Musiała kupić sobie czas.
Wyciągnęła swój oficjalny telefon i wysłała do Kuby wiadomość:
„Jakub, tak strasznie mi przykro! 😩 Szefowa rzuciła mi nagłe zastępstwo za chorą koleżankę. Muszę jechać na wieczorne spotkanie z ordynatorem z kliniki pod miastem, walka o wielki kontrakt. Czy możemy przełożyć naszą kolację na jutro? Obiecuję rewanż! 🍷”
Odpowiedź przyszła po kilku minutach: „Jasne, praca przede wszystkim. Powodzenia z ordynatorem! Słyszymy się jutro.”
Lucy uśmiechnęła się drapieżnie. Zyskała wolny wieczór.
Zamiast jednak odpoczywać, otworzyła specjalistyczny neseser z narzędziami szpiegowskimi. Pracowała w skupieniu przez kolejne trzy godziny. Najpierw zmodyfikowała oprogramowanie w swoim zapasowym smartfonie, zamieniając go w potężny, ukryty rejestrator dźwięku i keylogger. Następnie zamontowała dwa miniaturowe, niemal niewykrywalne mikrofony w strategicznych punktach swojego salonu – jeden pod blatem szklanego stolika kawowego, drugi w obudowie designerskiej lampy. Wszystko, co Kuba powie w tym pomieszczeniu podczas ich przyszłych spotkań, miało być nagrywane i przesyłane bezpośrednio na jej szyfrowany serwer. Najważniejsza część planu wymagała jednak bezpośredniego dostępu do jego danych. Lucy wiedziała, że najsłabszym ogniwem każdego systemu jest człowiek. Musiała zdobyć hasło do jego telefonu, by za jego pomocą zhakować jego pocztę. To tam śledczy często przesyłali kopie dokumentów roboczych lub prowadzili mniej oficjalne rozmowy z kolegami z zagranicy. Przygotowała specjalny skrypt phishingowy, idealnie sklonowany pod ekran logowania policyjnego systemu pocztowego, oraz zsynchronizowała kamerę makro w swoim telefonie. Plan na kolejny dzień był gotowy: gdy usiądą naprzeciwko siebie w restauracji, zmusi go do wyciągnięcia telefonu, podejrzy jego wzór lub PIN, a zmodyfikowane oprogramowanie w jej własnej komórce dokończy dzieła. Jakub Zakrzewski miał stać się jej prywatną, nieświadomą tarczą antyterrorystyczną.
Tymczasem w gmachu komendy policji Jakub Zakrzewski siedział przy zawalonym papierami biurku, masując skronie. Na ekranie jego monitora świecił otwarty list z bazy Interpolu w Lyonie. Rzeczywiście, na czarnym rynku klejnotów nastąpiło nagłe, niespodziewane tąpnięcie – ale kierunek uderzenia kompletnie zaskoczył śledczych.
Kuba zmrużył oczy, analizując napływające dane.
– Szanghaj? – mruknął pod nosem, uderzając ołówkiem o blat biurka. – Dlaczego akurat Chiny?
Z raportu wynikało, że zaufani informatorzy z azjatyckich triad nagle zaczęli badać grunt pod wycenę i szybką sprzedaż wyjątkowo rzadkich, surowych szafirów. Wszystko działo się błyskawicznie, zaledwie kilkanaście godzin po skoku w Warszawie. Kuba zaczął podejrzewać, że ma do czynienia z kimś znacznie sprytniejszym, niż początkowo zakładał. Złodziej – lub szef całej siatki – musiał mieć doskonałe wtyczki w Europie. Gdy tylko policja zabezpieczyła tradycyjne szlaki przerzutowe w Paryżu i Wiedniu, przestępcy natychmiast, bez sekundy zawahania, zmienili cały wektor operacji na Azję.
„Ten człowiek doskonale wie, co robimy. Gra ze mną w szachy, zanim ja w ogóle zdążę rozłożyć planszę” – pomyślał Kuba, czując narastającą frustrację, ale i dreszcz zawodowej ekscytacji. Zaczął podejrzewać, że w europejskich strukturach policyjnych może być kret albo że złodziej posłużył się genialnym systemem podsłuchowym. W jego głowie ani przez sekundę nie pojawiła się jednak myśl, że źródłem tego przecieku mogła być urocza, lekko niezdarna przedstawicielka handlowa, która wylała na siebie gigantyczne latte. Dla Kuby Łucja była uosobieniem niewinności i kompletnie odmiennego, normalnego świata, do którego tak bardzo tęsknił po godzinach spędzonych wśród brutalnych realiów warszawskiego półświatka. Myśl o jej ciepłym uśmiechu i obietnicy jutrzejszej kolacji była jedynym jasnym punktem tego koszmarnego, pracowitego dnia. Westchnął, zamknął raport Interpolu i zablokował swój służbowy komputer. Wyciągnął prywatny telefon, by spojrzeć na jej ostatnią wiadomość.
– Walcz dzielnie z tym ordynatorem, Lucy – szepnął z uśmiechem do ekranu, kompletnie nieświadomy, że ta sama Lucy w tym momencie konfigurowała zaawansowane algorytmy, które już jutro miały obrócić jego prywatność w niwecz.
Elegancka, kameralna restauracja włoska tonęła w półmroku i cichych dźwiękach jazzu. Kuba patrzył na Lucy z nieskrywanym zachwytem. Dziewczyna, ubrana w prostą, czarną sukienkę, sączyła czerwone wino, idealnie odgrywając rolę zrelaksowanej po ciężkim tygodniu bizneswoman. Atmosfera była luźna, a chemia między nimi gęstniała z każdą minutą. W pewnym momencie Kuba odstawił swój kieliszek, westchnął ciężko i oparł się o oparcie krzesła. Na jego twarzy odmalowało się zmęczenie zmieszane z zawodową fascynacją.
– Nawet nie wiesz, jak dobrze jest tu z tobą siedzieć – zaczął, patrząc jej głęboko w oczy. – Moja praca potrafi wykończyć psychicznie. Zwłaszcza przez ostatnie dwa dni. Myślałem, że mam do czynienia ze zwykłym, choć sprytnym złodziejaszkiem, a trafiliśmy na kogoś z niesamowitym instynktem. Lucy uniosła lekko brwi, przyjmując pozę zaciekawionej słuchaczki.
– Naprawdę? To ta sprawa z muzeum, o której mówiłeś w kawiarni?
– Dokładnie – Kuba pochylił się nad stołem, zniżając głos. – Wyobraź sobie, że zablokowaliśmy wszystkie tradycyjne drogi w Europie. Byliśmy pewni, że towar trafi do Wiednia albo Paryża. I nagle, dosłownie kilkanaście godzin później, następuje całkowity, chiński zwrot akcji. Interpol namierzył ruchy wokół tych szafirów w Szanghaju. Ten cholerny złodziej zmienił cały plan w mgnieniu oka, jakby czytał w moich myślach. Przestępcze triady już szykują grunt pod wycenę.
Lucy uniosła kieliszek do ust, by ukryć nagłe napięcie mięśni twarzy. W duchu zamarła z przerażenia – nie spodziewała się, że Interpol i ludzie Kuby działają aż tak cholernie szybko. Informacja o Szanghaju dotarła do Warszawy w czasie ekspresowym. Musiała opanować drżenie rąk i wymusić na sobie lekki, niezobowiązujący uśmiech.
– Chiny? Brzmi jak scenariusz filmu akcji – skomentowała z podziwem, upijając łyk wina. – Ale skoro wiesz o Szanghaju, to chyba dobrze, prawda? Jesteście o krok za nim.
– Tak, ale ten gość ma niesamowite tempo – odparł Kuba, kompletnie urzeczony jej uwagą.
Po kolacji Kuba uparł się, że odwiezie ją taksówką i odprowadzi pod same drzwi. Gdy samochód zatrzymał się pod luksusowym, szklanym wieżowcem w samym centrum Warszawy, policjant wysiadł razem z nią i uniósł głowę, patrząc na imponującą konstrukcję drapacza chmur. Na jego twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie.
– Czekaj... mieszkasz tutaj? – zapytał, mrużąc oczy. – Z tego co wiem, ceny za metr w tym budynku przyprawiają o zawrót głowy. Nie wiedziałem, że policja pilnuje bezpieczeństwa aż tak zamożnych obywateli.
Lucy zaśmiała się perliście, lekko machając ręką, jakby luksus był dla niej codziennością.
– Jakubie, zapominasz, czym się zajmuję. Najnowsze aparaty do rezonansu magnetycznego czy roboty chirurgiczne kosztują miliony euro. Szpitale i prywatne kliniki płacą za nie horrendalne sumy. A skoro aparatura medyczna jest horrendalnie droga, to i prowizje dla przedstawicieli handlowych za domknięcie takich kontraktów są... cóż, co najmniej imponujące. Czysty kapitalizm.
Kuba pokiwał głową z uznaniem, całkowicie kupując jej wersję.
– W takim razie gratuluję sukcesów – uśmiechnął się ciepło, robiąc krok w jej stronę.
Lucy poczuła, że mężczyzna liczy na zaproszenie na górę, na „finałowy kieliszek wina”. Choć magnetyzm między nimi był silny to profesjonalizm wygrał. Nie mogła zaryzykować, że Kuba zauważy coś podejrzanego w jej mieszkaniu, zanim ona sama nie przejmie pełnej kontroli nad jego telefonem.
– Dziękuję za cudowny wieczór, Jakubie – powiedziała miękko, kładąc mu dłoń na piersi i delikatnie całując go w policzek, tuż przy kąciku ust. – Ale dzisiaj muszę już uciekać. Przez te chińskie zawirowania w twojej pracy i moje nocne maratony z lekarzami, oboje ledwo stoimy na nogach.
– Masz rację. Do zobaczenia– odpowiedział z lekkim niedosytem, ale i z uśmiechem, odprowadzając ją wzrokiem do lobby.
Późną nocą stała przy panoramicznym oknie na trzydziestym piętrze, patrząc na migoczące światła Warszawy. W dłoni trzymała tablet, na którym świeciły puste jeszcze logi z zainstalowanych podsłuchów. Wieści o tak szybkiej reakcji Interpolu i czujności Kuby zmieniły wszystko.
„Nie mam czasu na powolną grę” – pomyślała ponuro, a jej wzrok stwardniał. „Oni depczą mi po piętach. Muszę działać znacznie szybciej. Szybko i ekstremalnie ostrożnie”.
Wiedziała, że podczas kolejnego spotkania nie może już tylko czekać na to, co Kuba sam powie. Musiała bezwzględnie i precyzyjnie podejrzeć jego hasła, wzory blokady i loginy do prywatnej poczty. Czas uciekał, a szafiry w Chinach mogły wypłynąć w każdej chwili.
Popołudniowe słońce wpadało przez wielkie okna modnej, zatłoczonej restauracji blisko placu Bankowego. Lucy siedziała naprzeciwko Kuby, leniwie mieszając lód w szklance z lemoniadą. Godzinę wcześniej otrzymała zaszyfrowaną wiadomość od swojego pośrednika. Paserowi udało się sprzedać szafiry chińskim biznesmenom dosłownie na minuty przed tym, jak chińska policja wpadła na właściwy trop. Towar zniknął w głębokim podziemiu Szanghaju. Złapali oddech, ale w tym samym mailu Lucy dostała już kolejne, niezwykle prestiżowe zlecenie: kradzież unikalnego diamentu z czasowej wystawy w Londynie. Musiała wylecieć za zaledwie kilka dni. Pętla wokół niej się zaciskała, dlatego dzisiejsze spotkanie z Kubą miało być kluczowe.
– Wiesz, Jakubie... – zaczęła Lucy, przybierając minę lekko strapionej, ale podekscytowanej obowiązkami kobiety. – Muszę ci o czymś powiedzieć. Za cztery dni znowu uciekam z Warszawy. Dostałam pilny wyjazd służbowy do Rzymu. W tamtejszej klinice dziecięcej instalują nasz najnowszy system do wczesnego wykrywania wad serca. Będę tam przez niecały tydzień.
– Rzym? – Kuba uśmiechnął się, choć w jego oczach widać było żal. – Będę tęsknić, Lucy. Ale klinika dziecięca... piękna misja. Włochy polubisz, choć na pewno będziesz zabiegana.
– Och, na pewno. Loty mam tak poukładane, że ledwo zdołam wypić espresso na lotnisku – odparła z lekkim uśmiechem. W duchu skalkulowała wszystko idealnie – loty do Londynu i Rzymu były w rozkładzie bardzo blisko siebie, co pozwalało jej pojawić się na Okęciu o tej samej porze, zmylić ewentualny ogon i po prostu wsiąść do innego samolotu. Teraz nadszedł czas na najważniejszy punkt programu. Lucy rozejrzała się po restauracji, po czym przeniosła wzrok na Kubę, delikatnie pocierając skroń.
– Jakubie, przepraszam cię na sekundę, ale zapomniałam wziąć z samochodu moich tabletek na migrenę, a czuję, że zaraz mi pęknie głowa. Zrobiłbyś dla mnie coś niesamowicie dżentelmeńskiego? Kelner właśnie mówił, że przy barze mają świetny, świeżo parzony napar z imbiru i ziół, który stawia na nogi. Przyniósłbyś mi go, zanim wrócę z parkingu? Kolejka do baru jest straszna, a tobie jako policjantowi pewnie nikt się nie wepchnie – puściła do niego oko.
– Oczywiście, już idę – Kuba wstał natychmiast, całkowicie zapominając o jakichkolwiek środkach ostrożności. Zostawił swój prywatny smartfon na stole, tuż obok serwetki.
Gdy tylko odwrócił się plecami i ruszył w stronę zatłoczonego baru, litościwe spojrzenie Lucy zniknęło. Działała z mechaniczną precyzją. Wyciągnęła z torebki swój telefon, na którym uruchomiony był zaawansowany program skanujący, i położyła go ekranem do dołu, zaledwie centymetr od urządzenia Kuby. Miniaturowy skaner radiowy i emulator NFC ukryty w obudowie jej telefonu natychmiast ożyły. Urządzenie z cichym, niewyczuwalnym dla nikogo wibracyjnym sygnałem zaczęło penetrować pamięć podręczną telefonu śledczego. Lucy nie potrzebowała fizycznie odblokowywać ekranu – jej oprogramowanie wykorzystywało lukę w zabezpieczeniach protokołu bezprzewodowego, aby zgrać zaszyfrowane logi systemowe. W ciągu zaledwie czterdziestu sekund pasek postępu na jej ekranie dobił do stu procent. Przejęła zrzuty pamięci zawierające zaszyfrowane hasła, loginy do prywatnej poczty oraz wzór blokady ekranu, który jej domowy komputer bez trudu odszyfruje w kilka minut.
Gdy Kuba wracał do stolika, niosąc parujący kubek naparu, Lucy właśnie siadała naprzeciwko, chowając swój telefon i lekko masując kark.
– Dziękuję, jesteś niezastąpiony – uśmiechnęła się promiennie, odbierając napój.
Kuba schował telefon do kieszeni, kompletnie niczego nie podejrzewając. Lucy piła zioła, rozmawiając z nim o urokach Rzymu, ale jej myśli były już w drodze do Londynu. Miała wszystko, czego potrzebowała: zabezpieczony łup z szafirów, idealne alibi w postaci podróży do Włoch i – co najważniejsze – pełny dostęp do sekretów najgroźniejszego śledczego w kraju. Gra weszła w ostateczną fazę.
Hala odlotów na lotnisku Chopina tętniła życiem. Nad głowami podróżnych jednostajny głos z głośników zapowiadał kolejne rejsy, a na tablicy odlotów rzędy pomarańczowych liter bez przerwy zmieniały konfigurację. Kuba stał oparty o barierkę niedaleko bramek bezpieczeństwa, mocno trzymając Lucy za rękę. Spojrzał na nią z czułością, poprawiając kołnierz jej ulubionego, butelkowo zielonego płaszcza.
– Będzie mi brakowało tych naszych porannych kaw, Lucy – powiedział cicho, uśmiechając się lekko. – Obiecaj, że jak tylko wylądujesz w Rzymie, dasz mi znać. I nie przemęczaj się w tej klinice.
– Obiecuję – odpowiedziała z idealnie wyważonym, ciepłym uśmiechem, choć jej serce biło w rytmie równego, chłodnego profesjonalizmu.
W kieszeni jej płaszcza spoczywały dwa dokumenty. Jeden, oficjalny i przeznaczony dla oczu Jakuba, to bilet do Rzymu, z którego ostentacyjnie korzystała przy odprawie bagażowej. Drugi –to bilet na lot do Londynu, który startował z bramki zaledwie trzy sektory dalej, zaledwie dwadzieścia minut później. Musiała zachować absolutną zimną krew. Jeden fałszywy ruch, jedno spojrzenie na niewłaściwy ekran i wywiadowczy instynkt Jakuba mógłby się obudzić.
– No już, leć, bo zamkną ci bramkę – Kuba delikatnie przyciągnął ją do siebie i pocałował.
Lucy odwzajemniła uśmiech, czując lekkie ukłucie w sercu – Jakub naprawdę się w niej zakochiwał, a ona wykorzystywała to z chirurgiczną precyzją.
– Do zobaczenia za tydzień, Jakubie – szepnęła.
Odwróciła się i pewnym krokiem ruszyła w stronę kontroli bezpieczeństwa. Nie oglądała się za siebie. Gdy tylko przeszła przez skanery i zniknęła w tłumie strefy bezcłowej, natychmiast skręciła w stronę zupełnie innego geitu. Kilkanaście minut później siedziała już w fotelu przy oknie na pokładzie samolotu linii British Airways zmierzającego do Wielkiej Brytanii.Gdy maszyna wzbiła się w powietrze, a pod skrzydłami rozciągnęła się kołdra z chmur, Lucy wyciągnęła swój zaszyfrowany tablet. Przyszedł czas na chłodną kalkulację. Zalogowała się na swoją bezpieczną sieć, wykorzystując dane, które jej domowy komputer bez trudu wyodrębnił z telefonu Kuby. Dzięki zhakowanej prywatnej poczcie Jakuba Zakrzewskiego miała teraz wgląd w jego korespondencję z oficerami łącznikowymi Scotland Yardu. Czytała raporty i analizowała zabezpieczenia londyńskiej wystawy z perspektywy samej policji. Wiedziała, jakie procedury wdrożą Brytyjczycy i gdzie rozmieszczą dodatkowych cywilnych agentów.
„Zrobię to ostatniego dnia, tuż przed samym wylotem” – pomyślała, przesuwając palcem po schemacie architektonicznym muzeum w Londynie.
To był idealny plan. Przez pierwsze dni w Londynie zamierzała udawać, że spędza czas na rzymskich konferencjach – zamieszczała nawet przygotowane wcześniej, zmanipulowane zdjęcia z włoską geolokalizacją na swoich profilach, by Kuba niczego nie podejrzewał. Uderzy w ostatnim momencie, gdy brytyjskie służby będą już zmęczone całotygodniowym zabezpieczaniem wystawy, a atmosfera rozluźni się przed demontażem ekspozycji. Skok, szybki taksówkowy rajd na Heathrow i powrót do Warszawy – dokładnie w tym samym czasie, w którym jej oficjalny lot z Rzymu miał wylądować na Okęciu. Kuba będzie na nią czekał z kwiatami, zupełnie nieświadomy, że jego ukochana ma w torebce diament wart miliony funtów.
Siedziała w hotelowym pokoju w sercu Londynu, wpatrując się w padający za oknem typowo brytyjski deszcz. Na biurku obok laptopa leżał mały głośnik Bluetooth połączony z jej zapasowym telefonem. Zerknęła na zegarek – była godzina dwudziesta, idealny czas na wieczorną rozmowę z Kubą. Włączyła na głośniku przygotowaną wcześniej, idealnie zapętloną ścieżkę dźwiękową: stłumiony gwar rzymskiej kawiarni, brzęk filiżanek espresso, melodyjne, włoskie rozmowy w tle i delikatny szum przejeżdżających skuterów. Chwyciła swój główny telefon, odczekała chwilę, aż dźwięk w tle nabierze naturalnej głośności, i wybrała numer Kuby. Odebrał po pierwszym sygnale.
– Cześć, Lucy! – w jego głosie od razu było słychać radość. – Jak tam Rzym? Słyszę, że znowu jesteś gdzieś na mieście.
– Cześć, Jakubie – odpowiedziała zmysłowym, lekko zmęczonym głosem, odsuwając telefon od ust na tyle daleko, by włoski gwar brzmiał autentycznie. – O tak, rzymskie kawiarnie wieczorową porą mają niesamowity klimat. Właśnie piję spóźnione macchiato po koszmarnie długim panelu dyskusyjnym w klinice. Ordynatorzy tutaj są jeszcze bardziej wybredni niż w Warszawie. Tęsknię za tobą.
– Ja za tobą też, nawet nie wiesz jak bardzo – westchnął Kuba. Lucy usłyszała w słuchawce charakterystyczny szelest wertowanych papierów. – Moje wieczory są znacznie mniej romantyczne. Siedzę w biurze i tonę w raportach.
– Biedny... – zamruczała współczująco, opierając się o krzesło i jednocześnie otwierając na laptopie panel podglądu jego zhakowanej skrzynki mailowej. – Dalej ta sprawa szafirów?
– Szafiry w Chinach utknęły w martwym punkcie. Chińczycy twierdzą, że kamienie zmieniły właściciela na czarnym rynku, zanim w ogóle zdążyliśmy ustalić tożsamość kuriera. Ale to nie wszystko. Dzisiaj rano dostaliśmy pilny alert ze Scotland Yardu. Brytyjczycy dostali cynk, że międzynarodowa grupa może planować uderzenie na londyńską wystawę diamentów. Cały dzień koordynowałem wymianę profili znanych nam złodziei z polskimi korzeniami, którzy mogliby tam polecieć.
Lucy zamarła na sekundę, a jej wzrok spoczął na ekranie laptopa. Dokładnie w tej samej chwili w jej panelu hakerskim pojawiła się kopia maila, którego Kuba właśnie wysłał do Londynu. Zawierał on listę trzech polskich paserów powiązanych z dawnymi kradzieżami dzieł sztuki. Żadne z tych nazwisk nie miało z nią nic wspólnego. Odetchnęła z ulgą.
– To brzmi niesamowicie poważnie – powiedziała, idealnie maskując triumf w głosie. – Londyn? Przecież tam są setki kamer i najlepsze służby na świecie. Ktoś musiałby być szaleńcem, żeby w ogóle próbować.
– Też tak myślę – zgodził się Kuba, a w jego głosie brzmiała absolutna pewność. – Scotland Yard wzmocnił ochronę, a my monitorujemy wszystkie loty z Warszawy do Wielkiej Brytanii pod kątem podejrzanych osób z bazy danych. Na szczęście ten Londyn jest daleko od nas. Wolę myśleć o tobie w Rzymie. Kupujesz jakieś pamiątki?
– Szukam idealnego, włoskiego wina na nasz rewanżowy wieczór – zaśmiała się cicho, patrząc na leżącą na łóżku mapę londyńskiego muzeum. – Muszę już uciekać, Jakubie, bo kelner właśnie niesie mi rachunek. Dbaj o siebie i nie siedź za długo w tej komendzie.
– Dobranoc, Lucy. Czekam na twój powrót.
Gdy połączenie zostało przerwane, Lucy wyłączyła głośnik z włoskim gwarem. W pokoju hotelowym zapanowała głęboka cisza, przerywana jedynie stękaniem londyńskiego deszczu za oknem. Plan działał bezbłędnie. Kuba bezwiednie potwierdził jej, że policja szuka zupełnie kogoś innego i skupia się na znanych recydywistach. Zamknęła laptopa, podeszła do szafy i wyciągnęła z niej czarny, dopasowany strój. Za dwa dni wystawa w Londynie miała dobiec końca, a ona zamierzała uderzyć dokładnie wtedy, kiedy czujność zmęczonych brytyjskich strażników spadnie do zera. Dzięki Kubie wiedziała dokładnie, gdzie nie patrzy policja. Wiedza zdobyta dzięki inwigilacji okazała się bezcenna. Lucy doskonale rozumiała, że gdyby podróżowała pod prawdziwym nazwiskiem, Jakub natychmiast wyłapałby ją na liście pasażerów podczas rutynowego monitorowania lotów z Warszawy do Wielkiej Brytanii. Całe szczęście, że posługiwała się perfekcyjnie sfałszowanym, zagranicznym paszportem, który gwarantował jej pełną anonimowość. Mając na uwadze to, jak skrupulatnie polska straż graniczna i wydział Kuby sprawdzają bezpośrednie rejsy z Londynu, Lucy zaplanowała bezpieczną trasę powrotną. Postanowiła wracać do Warszawy lotem z przesiadką w Bułgarii, wiedząc, że tamtejsze regionalne lotniska nie sprawdzają bagażu podręcznego tak rygorystycznie pod kątem luksusowych kontraband, a sam przylot z Sofii do Polski nie wzbudzi żadnych podejrzeń u Jakuba.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania