W cieniu przeszłych opowieści część druga
Jakiś czas potem, może dzień, a może rok, las bowiem inaczej pojmuje pojęcie przemijania, wilk szedł ostrożniej niż zwykle, jakby nie chciał niepokoić ciszy, przechadzając się po znanych sobie szlakach.
W pewnej chwili usłyszał płacz, cienki, urywany, jakby ktoś bał się oddychać zbyt głośno. Znalazł jelonka zaplątanego w krzaki, zbyt młodego, by być silnym, i zbyt świadomego, by być beztroskim. Spojrzał on na wilka z nieufnością jaką darzy się wszystkich nieznajomych, ale po dziecięcemu niewinnie zaczął się zaraz tłumaczyć, że stado jego poszło dalej, bo zawsze był wolniejszy, potykał się i opóźniał rytm i nie mieli już czasu czekać na niego, i że może tak już musi być.
— Wilku — wyszeptał jeleń, bo rozpoznał już, kto przed nim stoi — czy będziesz moim końcem?
Wilk usiadł, jak siadał zawsze, gdy nie chciał, by strach biegł przed myślą.
— Koniec przychodzi sam. — odparł. — Ja tylko idę swoją drogą.
Jelonek patrzył w jego oczy, próbując odczytać zamiary i myśli, których jeszcze nie rozumiał.
— Wiedz — rzekł wilk cierpliwie — że decyzja nie należy do mnie. Ja tylko rozpoznaję, kiedy natura wyznacza koniec, i odpowiadam na jej wezwanie, jak rzeka odpowiada morzu.
— Czy więc jestem zbyt wolny, by przetrwać? — wyszeptał młodzieniec po chwili wahania.
— Jeśli zostaniesz tu — rzekł w końcu wilk — zginiesz. Wolno nie znaczy źle, ale w lesie nie wolno stać w miejscu.
Czując, że obecność wilka to przychylność losu, jelonek powoli wygramolił się z krzaków, stawiając kroki ostrożnie, jakby czekając na ciche wskazówki, choć żadne słowo nie padło. Gdy stanął pewniej, wilk odwrócił się i poprowadził go przez las. Biegli miarowym rytmem, jelonek nie zostawał w tyle i podnosił się po każdym upadku, choć chwilami brakowało mu tchu. Wreszcie dotarli tam, gdzie zapach stada był jeszcze świeży. Wilk zostawił jelonka, mówiąc, że dalej musi iść sam, ponieważ żadna droga nie należy do dwóch naraz. Jeleń odszedł, potykając się, lecz nie poddając. Wilk patrzył za nim długo, w milczeniu. Wiedział, że nie każda pomoc polega na ocaleniu; czasem polega na daniu szansy.
W niedługim czasie wybrało się na wycieczkę w owo miejsce dwóch chłopców. Rozpalili oni ogień na suchej ściółce i niedokładnie go zdusili odchodząc. Nad lasem zaczął gromadzić się złowrogi dym, prawdziwy wróg każdego leśnego mieszkańca. Na początku były to cienkie i lekkie niteczki, jak mgła, łączące się w coraz gęstsze, cięższe, gryzące kłęby.
Wilk, będący zawsze tam, gdzie kierowała go niezawodna intuicja, pobiegł wyjąc głośno, ostrzegając zwierzęta przed niebezpieczeństwem, kierując je ku wodzie, ku polanom i otwartym przestrzeniom, gdzie nie groziły im płomienie.
Wiedział, że kto zna swój dom, ten go broni, nawet jeśli nie jest jego właścicielem.
Ogień nie oszczędził sędziwego boru. Ziemia sczerniała, drzewa padły, wszystko na chwilę zamilkło, nie mogąc uwierzyć w druzgocącą prawdę. Zwierzęta zbiegły się w bezpiecznych zakątkach, drżąc, patrząc na spalone pnie i popiół, i nikt nie wiedział, jak znieść ciężar tej straty.
Na polanę wkroczył ciężkim krokiem stary władca lasu, jeleń o masywnym porożu. Milczał, a jego spojrzenie krzyczało głośniej niż mogłyby słowa. W końcu przemówił:
— Trzeba odejść. Tu nic już nie zostało.
Na te słowa wrzawa wypełniła zamarłą przestrzeń. W oczach lisów, saren i drobnych zwierząt rozgorzał cichy gniew, który szybko przerodził się w podniesione głosy, szczekanie i nawoływania.
W chaosie spowodowanym buntem przeciwko stracie, której nie sposób było zadośćuczynić, autorytet starego rogacza został zachwiany, a jego ciężkie, przenikliwe spojrzenie nie potrafiło powstrzymać poruszenia.
I wtedy, choć nikt nie zauważył go wcześniej, naprzód wystąpił młody jeleń, ten sam, który kiedyś biegł zbyt wolno i potykał się przy każdym kroku, któremu jedynie wilk, uważany za bezdusznego i okrutnego, dał szansę, gdy inni już dawno go porzucili.
Teraz stanął przed królestwem zwierząt i, z początku bez pewności siebie, zaczął przemawiać. Im więcej mówił, tym jego głos stawał się czystszy i mocniejszy, i choć podniesione głosy nie cichły całkowicie, powoli zaczęto wsłuchiwać się w jego słowa.
— Nie wszystko, co słabe, jest stracone — zaczął jelonek, unosząc głowę, by spojrzeć w oczy wszystkich zgromadzonych. — Las, jak każdy żywy organizm, potrzebuje czasu, uwagi i troski, nie porzucenia. Jeśli zostawimy go samemu sobie, stanie się dziki i nieprzewidywalny, zamiast chronić, stanie się naszą zgubą. Nauczył mnie tego mój przyjaciel wilk, który wie, kiedy coś należy pozostawić losowi, a kiedy działać. Chcąc odnaleźć nowe miejsce, będziemy musieli je oswoić. Nie będzie łatwo, bo tam obowiązują już inne zwyczaje, a my będziemy obcy. Intruzi, którzy chcieliby zawłaszczyć to, co nie należy do nich.
Po chwili przerwy, gdy nikt nie przerywał i nie lekceważył go, kontynuował:
— Dlatego pytam: dlaczego nie odbudować tego, co już oswojone? Dlaczego nie poświęcić czasu na troskę o to, co od zarania chroniło nas i uczyło, co dawało bezpieczeństwo i pewność? Mamy teraz szansę odwdzięczyć się tej wiekowej ostoi, dać jej nowe życie. Możemy pozwolić lasowi odrodzić się razem z nami. Ze starego miejsca może powstać coś nowego i pięknego, jeśli tylko zostaniemy.
Zwierzętom spodobał się jeleń i jego przemowa, zgadzały się z jego słowami. Pod jego przywództwem wyszły z kryjówek, zaczęły oczyszczać ścieżki do wodopojów i legowisk, odbudowywać swoje schronienia i uczyć się żyć w młodym lesie na nowo.
Władca lasu, rozumiejąc, że jego panowanie dobiega kresu, zaczął szkolić młodego jelenia na swojego następcę dostrzegając w nim potencjał i zapał. Uczył go jak słuchać sporów i je rozsądzać, jak dzielić obowiązki i jak troszczyć się o słabszych, nie zapominając o silnych.
Lata mijały, a las wracał do życia.
Jelonek dorósł, nabrał doświadczenia i autorytetu. Nie mógł już zajmować się wszystkim czym chciał, a najmniej czasu poświęcał marzeniom, bo król musi pilnować spraw doczesnych, by zapewnić mieszkańcom bezpieczeństwo i szacunek, tym, którzy na to bezpieczeństwo pracują. Jego głowę zajęły sprawy przyziemne, pilne i większej wagi.
Pewnego dnia jeleń zobaczył wilka na skraju lasu. Mimo że wszystko wokół zmieniało się, wilk pozostawał taki jak kiedyś.
Wilk spojrzał na jelenia krótko, skinął mu głową jak staremu przyjacielowi, po czym odwrócił się i odszedł między drzewa.
Jego miękkie kroki zlały się z szumem liści tak, jak robiły to od zawsze.
Komentarze (1)
"Wiedział, że nie każda pomoc polega na ocaleniu; czasem polega na daniu szansy." - a to jest coś, o sama staram się zmienić w swoim myśleniu
...czy pożar w lesie i władca lasu który pojawia się po nim (i w sumie cała ta historia) to nawiązanie do jelonka Bambi?
Podoba mi się, że Wilk, zwykle w bajkach postać negatywna, tutaj jest "tym dobrym".
Trudno napisać historię z morałem, żeby się ją dobrze czytało, ale Ty to zrobiłaś. Cieszę się, że przeczytałam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania