W głąb nocy
Czarna pantera była równie duża jak lwy - oswojone. Ze stoickim spokojem między dziećmi. Czarna i lśniąca chowała pazury, ale przez skórę czuło się, że nieobliczalna i dzika, pod jedwabistymi pozorami oswojenia.
Dzieci nie widziały jak w jej ślepiach błyska ostrze, jak mięśnie drżą pod sierścią. Drażniły, nie przeczuwając. Lew łagodnie potrząsnął grzywą. Wodził lwice - potulne i spokojne przy nim, królu dostojnej powagi, siły. Pan stadła, pan tego domu. Respekt.
Drewniany dom był bliżej natury, niż by się mogło z pozoru wydawać. Za oknem zieleń i światło. Wewnątrz światłocienie tańczyły na miękkich skórach wyściełających podłogę i kanapy.
Dzieci nie widziały ostrza-ostrzeżenia, więc koniecznie musiała je ustrzec. Krzyczała, odganiając panterę.
Lwy odkryły pamięć instynktu – strzygły uszami, zastygały, gotowe do wyprawy w głąb bestii, która właśnie podnosiła łeb.
Nie było dźungli, ale żyły jej prawa – w pazurach pantery, w ślepiach, w napiętych mięśniach. I w skoku – do gardła, z nagła, z gibką dzikością, gdy strzegła, a lwy czujnie strzygły i wciągały zapach potu – strachu.
Instynkt kazał rękoma rozwierać paszczę dzikiej, gibkiej, nieobliczalnej, nie dać zacisnąć, zewrzeć. Kazał rozdzierać żuchwę, choćby ból w ramionach, choćby działo się wszystko, choćby... jak najdłużej.
Pantera zastygła, okrzepła, ale ręce nadal rozwierały. Czuły siłę kłów, ślinę, która zdradzała, że znieruchomiała na chwilę, dla zmylenia...
Obudził ból w mięśniach, ręce z mocą obejmowały własne ramiona – napięte, jak do skoku, jak do obrony, jak do walki na śmierć. O życie. W oswojonej – nieobliczalnej dżungli. Uśpione instynkty budziły się nocą i przeciągały jak lwice, wybudzone ze snu pomrukiem bestii.
Komentarze (8)
PoZdrówka
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania