Zniewolony Anioł

Anioł ocknął się, gdy odsuwano wieko jego trumny. Zasypany był słomą, jeszcze nic nie widział.

– Kto tu leży? – zapytał jakiś głos.

– Zaraz zobaczymy – odparł drugi.

Brutalne paluchy zaczęły rozgarniać słomę. Niedelikatnie szturchnęły go raz i drugi. Wreszcie ich zobaczył. Zadrżał ze strachu. Olbrzymy! Był wzrostu dwóch ich twarzy. Twarzy, na których widział ciekawość.

– Jakiś Anioł. Połóż go na stole – zadysponował pierwszy.

– Tylko go wytrzepię z siana – odpowiedział mu drugi.

Olbrzym chwycił go za nogę. Zakręciło mu się w głowie. Machnął nim raz i drugi w prawo i w lewo. Mało pawia nie puścił. Puściłby, ale w żołądku nic nie było. Kiedy jadł po raz ostatni? Nie umiał sobie przypomnieć.

– Ał! Ał! Ał! To boli! – rozpłakał się jak małe dziecko, gdy dłoń Olbrzyma uderzyła go w plecy.

Olbrzym albo nie słyszał jego jęków, albo na nie nie zważał. Bił go dalej. Po plecach, nogach, z tyłu, z przodu, po brzuchu, po piersiach. Gdy poczuł uderzenie w głowę, stracił przytomność.

***

Siedziałem pośrodku na tronie. Wokół mnie była moja świta, Królewska Rodzina. Musieli siąść poniżej mnie, najwyższy tron był mój. Dla naszej przyjemności poniżej tańczyły Cynamonowe Panienki, ustrojone w wielokolorowe suknie. Pomiędzy nimi biegali, bawiąc się w berka, czy też w chowanego, Imbirowi Chłopcy. Ci byli ubrani wyłącznie w kapelusze. Cynamonowe Panienki naśmiewały się z ich niekompletnego stroju, gdy przebiegali nago przed nimi. Porządku pilnowała Gwardia Rycerska, porozstawiana pomiędzy nimi. Na samym dole zaparkowane były karoce, zaprzężone w czwórki koni. Dookoła tańcowali Olbrzymi. Szesnastu chłopaków i jedna dziewczyna. Trzech innych Olbrzymów grało na olbrzymich instrumentach. Dwójka Gigantów siedziała daleko, daleko, z uśmiechem przypatrując się zabawie.

***

Ocknął się. Leżał na wielkim, drewnianym stole Olbrzymów. Po okrutnej chłoście wszystko go bolało.

– To ubranie ma mocno zniszczone – usłyszał głos tego, który go bił.

– Bo mi go wytłukłeś – wrzasnął Anioł, ale Olbrzym zupełnie go nie słyszał.

– Zdejmij go i wywal. Może goły siedzieć – orzekł drugi.

Co? Anioł zasłonił się rękami, ale to nic nie pomogło. Olbrzym zdarł z niego białą, wyszywaną złotem szatę.

– Trochę wygląda jak nasz sticharion – orzekł pierwszy Olbrzym. – Tylko jest biały.

– Białe też mamy, nie tylko fioletowe – odparł drugi. – I zielone, i czerwone, i czarne, i niebieskie, i złote.

W międzyczasie zdarli z niego koszulę. Leżał przed nimi nagi. Próbował się zasłonić, ale jeden z Olbrzymów wygiął mu ręce do tyłu.

– Patrz, nawet ma siusiaka! To chłopiec!

- Nie wiedziałem, że Anioł może być chłopcem – zastanowił się drugi Olbrzym, dla pewności pociągając Anioła za siusiaka.

– Ała! Zostaw mnie! No jasne, że jestem chłopcem! Nie widać było? Musieliście mnie rozbierać? Zimno mi! – zaczął jęczeć, ale żaden olbrzym go nie słyszał.

***

Siedziałem nagi, umierając ze wstydu. Powoli wracała mi pamięć dawnych uczt. Ja, który zajmowałem najwyższe trony! Ja, który zajmowałem szczyt Yggrasila. Ja, który siedziałem na Hliðskjálf, widząc wszystko! Midgårdsormen, Fafnir i Níðhöggr wiły się u moich stóp! Teraz siedziałem obdarty z szat, wychłostany przez byle olbrzyma.

***

Weszła Gigantka. Skazaniec spojrzał na nią z przerażeniem.

– Posadzili cię to gołego? – zadała mu pytanie, choć przecież widziała, w jakim jest stanie.

– Proszę, ubierz mnie! Nawet najzwyklejszą szatę, nie musi być taka cudowna, jaką miałem!

– Chciałbyś, aby cię ubrać, co?

– Tak, proszę, o Pani!

– W sumie… mogłabym ci coś uszyć.

– Tak, proszę! Cokolwiek! Będę ci wdzięczny całe me życie!

– Nie potrzebna mi twoja wdzięczność – Gigantka odparła ze śmiechem – jesteś mój, czy ci się podoba, czy nie!

– Pożałujesz tego! – wrzasnął. Tu było głupie.

– Alek! – wrzasnęła Gigantka. – Przyjdź tu ino szybko, z jakąś rózgą!

– Matuchno! – Olbrzym padł przed nią na kolana. – Proszę! Byłem grzeczny! Nie dziś! Nie chcę potem co dzień przez cały rok brać lanie!

Wielkie łzy pociekły Olbrzymowi z oczu. Objął Gigantkę za kolana i błagał.

– Proszę, nie dziś! Jutro, nawet dwa razy więcej! Proszę!

– No już, wstawaj, do ogrodu wytnij solidną rózgę – Gigantka była bezwzględna.

– Matuchno! – jęknął przez łzy Olbrzym.

– I wytłucz solidnie tego tutaj – wskazała na nagiego jeńca – bo coś chyba jest zakurzony.

– Robi się! – wrzasnął Olbrzym, ucieszony, że ominęła go kara.

Już po chwili był ze świeżą rózgą w ręce. Położył jeńca na brzuchu i zaczął systematycznie obijać go rózgą.

– Ał! Ał! Ał! – wrzeszczał jeniec wniebogłosy.

– Chciał mi się stawiać – Gigantka wskazała go palcem. – Śmiał mi grozić!

– Ale jak to? – zdziwił się Olbrzym, przerywając chłostę.

– Bij! – warknęła Gigantka. – Ty go teraz nie słyszysz, porozmawiasz z nim, gdy przyjdzie Święty Wieczór! Teraz brzuch! Z każdej strony, solidnie! Ani jeden kłaczek kurzu ma się nie podnosić, gdy skończysz!

Olbrzym posłusznie obrócił jeńca na plecy i zaczął batożyć brzuch i nogi.

– Ała! Ał! – wrzeszczał jeniec, ale nikt nie słuchał jego okrzyków.

Wreszcie bliskiego omdlenia z bólu posadzono go na stole, opierając o wielką ceramiczną beczkę.

Ujrzał Drzewo Śmierci. Rosło tam, gdzie kiedyś korzenie swe zapuszczał Yggrasil. Po chwili Olbrzymi wnieśli pojmaną Rodzinę Królewską, Cynamonowe Panienki, Imbirowych Chłopców i Gwardię Królewską. Wydobyli ich z ogromnych metalowych skrzyń, w których byli więzieni. Wciąż żyli, ale spętani jakimś czarem nie mogli się odezwać.

Z rosnącym przerażeniem obserwował, jak dokonują egzekucji na kolejnych członkach Rodziny Królewskiej. Przewiązany czerwonym sznurem za szyję Król zawisł bezwładnie. Obok Olbrzymi powiesili Królową. Nieco niżej cztery Księżniczki.

„Gdzie są pozostałe?” – zdumiał się. – „Może je pożarli żywcem…”

Dobrze pamiętał, że Księżniczek było szesnaście. Pamiętał też, że Olbrzymi w ciemną noc lubili się zakradać i polować na członków Królewskiego Dworu. Przeniósł się myślami w przeszłość.

***

Nadszedł świt. Gigantka wstała i podeszła do Yggrasila. Coś jej nie pasowało.

– Kogoś mi tu brakuje – mruknęła pod nosem.

– Dwie księżniczki zostały pożarte w nocy przez olbrzymów – wyjaśniłem jej z wysokości mojego tronu.

Oczywiście nic nie słyszała.

– Mateczko, dwie księżniczki zostały pożarte w nocy – wyjaśniła jej Olbrzymka.

– Kto? – warknęła ze złością Gigantka. – Ile razy mam powtarzać, że nie wolno ich ruszać! Kto?

– Kto? – wyszeptała pytanie Olbrzymka. – No, gadaj, Aniele!

Odzywała się do mnie bez należnego szacunku, ale cóż było począć… To tylko Olbrzymka.

– Szeptali do siebie Kola i Jura – odparłem zgodnie z prawdą. – I ten, którego nazywają Wowa, odłupał konie z jednej z karoc i pożarł. Najgorzej zachował się Misza, zobacz, co zrobił Imbirowym Chłopcom! Cały czas płaczą z bólu i wstydu!

Oczywiście, Olbrzymkę to ubawiło.

– Co cię tak śmieszy, Linka? – westchnęła Gigantka. – Twoich braci nikt nie upilnuje…

– No bo matuchno, Kola i Jura pożarli po Księżniczce, Wowa zjadł konie z karocy, ale zobacz, co zrobił Misza! – Olbrzymka pokazała zapłakanych Imbirowych Chłopców.

– Kola! Jura! Wowa! Misza! Już do mnie! – wrzasnęła Gigantka.

Przestraszone Olbrzymy pojawiły się przed obliczem Gigantki.

– Czyja to sprawka? – Gigantka pokazała im okaleczonych Imbirowych Chłopców.

– To Misza! – jednocześnie trójka wskazała winowajcę.

– A oni zeżarli Księżniczki i konie! – wrzasnął Misza.

– Moja Księżniczka, to ją zjadłem! – wzruszył ramionami Jura.

– Mówiłam, czekamy na Koniec! – wrzasnęła Gigantka. – Już, koszule do góry! Wypiąć tyłki!

– Matuchno! Nie dziś! Nie w Święty Dzień! – wystraszył się Wowa. – Bo jak w Święty Dzień, tak co dzień!

– Trzeba było myśleć o tym wcześniej! Już!

Po chwili z zadowoleniem słyszałem świst bata Gigantki i skowyt płaczących z bólu Olbrzymów.

Faktycznie, Olbrzym miał rację. Chłosta powtarzała się co dzień, aż do Końca Świata. Wówczas to Yggrasil został obalony, porąbany i spalony. Olbrzymi zjedli całą Rodzinę Królewską, a mnie zamknęli żywcem w trumnie…

***

Siedział przerażony. Przypomniał sobie Koniec Świata, zagładę Rodziny Królewskiej, swoje pochowanie żywcem. Więc skąd teraz to nowe życie? I Rodzina Królewska, choć były tylko cztery Księżniczki i aż dwunastu Książąt. I Imbirowi Chłopcy byli wszyscy zdrowi, nieokaleczeni… Nikt jednakże też nie śpiewał, nikt nie tańczył. Na Drzewie Śmierci zawiśli wszyscy, bestialsko powieszeni na czerwonych sznurach. Olbrzymimi łańcuchami spętano całe drzewo dookoła. Wreszcie jeden z Olbrzymów chwycił go w swe potworne łapy.

– To co, Anioła na górę? – zawołał wesoło.

– Takiego z gołą dupą? – zainteresował się drugi Olbrzym.

– Pasuje, Anioł gołodupiec.

Olbrzym wszedł na ramiona drugiemu. Chwycił Anioła i z całą siłą nadział na szczyt Drzewa Śmierci. Ten wrzeszczał z bólu. Czuł, jak gruby pień rozrywa go wewnątrz. Poczuł zapach Drzewa. Podobnie pachniał niegdyś Yggrasil. Żywiczo-korzenny zapach mącił w głowie, palił zmysły, ale jednocześnie nie pozwalał opaść w łaskę nieprzytomności.

– Boli! Zdejmijcie mnie stąd! Litości! – wrzeszczał, ale żaden z Olbrzymów go nie słyszał.

Weszła Gigantka. Obejrzała Drzewo Śmierci i uśmiechnęła się z radości.

– Wygląda doskonale! – oceniła.

– Na pewno dobrze? – upewniali się Olbrzymi. – Wiesz, mateczko, że my nigdy…

– Na pewno – Gigantka pogłaskała Olbrzymów po głowach. – Tylko pamiętajcie, nie tykamy niczego z Drzewa, aż do Końca!

– Szkoda – westchnął jeden z Olbrzymów. – Ci Imbirowi Chłopcy tak pięknie pachną…

– Kto zje choć jednego przed czasem, dostanie lanie! – ostrzegła Gigantka. – Więc proszę, proszę… lanie w Święty Dzień gwarantuje lanie co dzień. Proszę, proszę…

– Nie! – Olbrzym odskoczył jak oparzony. – Nawet nie dotykam!

– Z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz – oznajmił trzeci Olbrzym. – Dobrze pamiętam, babciu? Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli!

– Na pewno nie umrzecie! – odparła ze śmiechem Gigantka. – Już ja o to zadbam!

Odtąd Olbrzymi szerokim łukiem omijali Drzewo Śmierci.

Przygotowywali wielką ucztę. Stół zaścielili białym obrusem i stawiali kolejne półmiski z potrawami. Jeden z Olbrzymów co chwilę spoglądał na niebo.

– Jest! Jest! – krzyknął w pewnym momencie.

Gwiazda zabłysła. Jej światło omiotło Ziemię spętaną w ciemnościach. Zły czar pętający Rodzinę Królewską opadł. Na ziemię przyszło Życie. Księżniczki zaczęły śpiewać. Książęta dołączyli się do śpiewu. Król podkręcił wąsa. Cynamonowe Panienki zaczęły swój taniec. Imbirowi Chłopcy wesoło hasali po gałęziach Drzewa. Już nie Drzewa Śmierci, ale Drzewa Życia. Tego, które w narodach Północy nazywano Yggrasilem. Krew tych ludów płynęła w żyłach Olbrzymów i Gigantki, stąd taka nazwa pojawiała się gdzieś w świadomości tego, który zasiadał na szczycie Drzewa.

Już nie wrzeszczał z bólu, nadziany na pal. Ciemność minęła, światło Gwiazdy przyniosło wszystkim życie. Siedział, jak zawsze, na szczycie Drzewa Życia. Teraz pamiętał te niezliczone chwile, gdy Życie spływało ze światłem Gwiazdy na ziemię pogrążoną w ciemnościach.

I choć nadal nie miał swojej wspaniałej szaty, choć tym razem na tronie na szczycie Drzewa siedział nagi, to nie płakał, nie wrzeszczał, tylko wszystkim błogosławił. Błogosławił i Olbrzymom, i Gigantce.

Taka jest przecież rola Anioła z Czubka Choinki.

Rozpoczęła się Wigilia Bożego Narodzenia.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • satyrekrol pół roku temu
    Podobał mi się tekst. Wyobraźnia jest bogata, dobre jest panowanie nad językiem. Przeczytałem całe opowiadanie i było ciekawe.
  • Domenico Perché pół roku temu
    Dziękuję.

    Choć na pierwszy rzut oka tego być może nie widać, jest to to samo uniwersum co "Gołodupce", tylko z innej perspektywy.
  • nigdy 5 miesięcy temu
    O nie wierze! Ekstra zakończenie (ponownie). Fajnie żonglujesz słowami, lekko się czyta, nie przynudza i zaskakuje końcówką.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania