W otchłani rozpaczy.
Nie wiem już, czy moje serce jeszcze bije, czy to tylko echo dawnego życia odbija się w pustej klatce piersiowej. Każdy oddech to walka, każdy krok to agonalny wysiłek człowieka, który już dawno powinien się poddać. A jednak wstaję. Każdego przeklętego dnia wstaję z łóżka, które stało się moim więzieniem, i stawiam stopy na podłodze zimnej jak grób. Lustro nie okłamuje. Odbija twarz obcego człowieka, kogoś, kogo kiedyś znałem, kim kiedyś byłem. Oczy zapadnięte, policzki wklęsłe, usta, które zapomniały jak się uśmiecha. To już nie ja. To ruina, która udaje życie. Czy jestem w stanie iść dalej? To pytanie wyje we mnie jak wiatr w opuszczonym domu. Czasami krzyczę na nie w ciszy swojego pokoju, czasami szepczę modlitwę. Ale odpowiedzi nie ma. Jest tylko ta przeklęta niepewność, która żre mnie od środka jak rak.
Pamiętam dzień, gdy nadzieja umarła. Nie było to dramatyczne, nie upadła jak rażona piorunem. Po prostu pewnego ranka obudziłem się i jej już nie było. Jak ptak, który odleciał w nocy i nie zostawił nawet piórka. Kiedyś miałem tysiące planów. Malowałem przyszłość jaskrawymi kolorami, budowałem zamki w obłokach, wierzyłem w cuda. Teraz patrzę na jutro jak na egzekucje. Każdy nowy dzień to kolejny wyrok, kolejna kara do odsiedzenia. Pustka wypełnia mnie całego. Nie ma już miejsca na marzenia, na radość, na miłość. Jest tylko ta straszliwa, pulsująca pustka, która rośnie jak nowotwór. Połyka wszystko: wspomnienia, pragnienia, resztki wiary. Jestem jak opuszczony dom, w którym każde pomieszczenie jest puste, a przez okna wieje zimny wiatr.
Patrzę na ludzi i widzę teatr. Wielką maskaradę, w której każdy gra swoją rolę. Widzę ich w metrze, tysiące twarzy, ale ani jedna prawdziwa. Wszyscy udają, że żyją. Wszyscy kłamią, że są szczęśliwi.
Instagram, Facebook, Tik Tok, galerie kłamstw. Zdjęcia uśmiechów, które nie sięgają oczu. Opisy sukcesów, które smakują jak popiół. Wszyscy krzyczą: ''Spójrzcie, jakie mam wspaniałe życie!'' A ja chcę krzyknąć: ''PRZESTAŃCIE KŁAMAĆ!''.
Bo widzę was. Widzę waszą prawdę w tych sekundach, gdy myślicie, że nikt nie patrzy. Widzę ten sam strach w waszych oczach, tę samą ropacz, którą ja noszę. Tylko wy jeszcze macie siłę udawać. Ja już nie.
Świat to dżungla, w której silni pożerają słabych. Nie ma w tym Boga, nie ma sprawiedliwości. Jest tylko bezwzględne prawo przetrwania. I ja przegrałem tę walkę jeszcze zanim się zaczęła.
W szkole bylem tym dzieckiem, które siadało samo w kącie. W pracy jestem tym, który dostaję najgorszą ocenę. W miłości, tym, który zawsze zostaje porzucony. Czy to przypadek? Czy los? A może po prostu taki jestem, skazany na porażkę. Każda próba wstania kończy się upadkiem jeszcze bardziej bolesnym. Każda iskierka nadziei gaśnie szybciej niż się zapala. Może niektórzy z nas po prostu urodzili się po to, żeby przegrać. Żeby być cieniem w cudzym słońcu.
Modlę się. Tak, modlę się! Na kolanach, ze łzami w oczach, z krwią na ustach od przygryzionych słów. Błagam Boga o znak, o cud, o choćby promyk światła w tej otchłani. Ale niebo milczy. Głuche jak kamień, zimne jak lód. Gdzie jesteś, Boże? Gdzie jesteś, gdy Twoje dziecko krwawi? Gdy Twoje stworzenie rozpada się na kawałki? Czy odwróciłeś wzrok? Czy mnie opuściłeś?
A może... może to jest Twój plan? Może cierpienie to jedyny język, którym potrafisz mówić do takich jak ja? Może moja agonalna walka to modlitwa, której nie umiem inaczej wypowiedzieć.
Myślę o Hiobie. O jego bólu, o jego pytaniach, o jego walce z milczącym Bogiem. Czy ja jestem jak on? Czy moja rozpacz to próba wiary?
Nocami nawiedzają mnie duchy wszystkich moich porażek. Stoją u stóp łóżka i patrzą na mnie swoimi pustymi oczami. Przypominają mi każde ''nie'', każde rozczarowanie, każdą utraconą wiarę. Widzę twarz matki w dniu, gdy dowiedziała się o mojej najgorszej porażce. Widzę oczy dziewczyny, która powiedziała ''Nie kocham cię''. Widzę szefa, który oznajmił: ''To nie dla ciebie''.
Te duchy nie dają mi spać. Szeptają mi do ucha: ''Jesteś nikim. Nic nie znaczysz. Nikt cię nie pokocha''. I ja im wierzę. Bo jak można nie wierzyć prawdzie, która boli bardziej niż nóż w sercu.
Czasami myślę, że to już koniec. Że nie ma sensu dalej walczyć. Że łatwiej byłoby po prostu... przestać. Przestać próbować, przestać walczyć, przestać cierpieć. Te myśli przychodzą nocami, gdy świat śpi, a ja leżę w łóżku jak w trumnie. Ciemność mnie otula, a ja myślę: ''Może to jest rozwiązanie? Może tak kończy się moja historia?''.
Ale potem wschodzi słońce. I ja, nie wiem dlaczego, wstaję. Znów stawiam stopy na podłodze. Znów patrzę w lustro na twarz obcego człowieka. Znów próbuję żyć.
Może to nie jest odwaga. Może to zwykły instynkt. A może... może to miłość. Miłość do nadziei, która umiera i rodzi się na nowo każdego dnia.
Dzisiaj, pisząc te słowa, czuję coś dziwnego. Jakby w tej ciemności pojawił się promyk światła. Niewielki, nieoślepiający. Malutki jak płomyk świeczki. Może w tym krzyku bólu, w tej szczerości rozpaczy kryje się coś świętego. Może w momencie, gdy przestajemy udawać, że wszystko jest w porządku, dotykamy prawdy o życiu.
Bo życie to nie tylko radość i sukces. Życie to także łzy, porażki, ciemne noce duszy. I może właśnie w tej ciemności uczymy się być prawdziwymi ludźmi. Nie wiem, co będzie jutro. Nie wiem, czy znajdę siłę, żeby wstać. Ale wiem jedno, dziś jeszcze żyję. Dziś jeszcze oddycham. Dziś jeszcze mam w sobie ten malutki płomyk, który może kiedyś stanie się ogniem.
A może to wystarczy. Może w tej walce, w tym bólu, w tej rozpaczy kryje się największe zwycięstwo. Zwycięstwo nad samym sobą.
Może jeszcze nie wszystko stracone.
Może... .
Komentarze (1)
to inne żelazo przepiłuje. Chrystus powiedział odwagi; Ja zwyciężyłem świat przez zmartwychwstanie Swoje.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania