W szponach
Kilka dni temu przyśnił mi się Edo. Bardzo ładnie wygladał w koszulce białej, jak na zdjęciu i powiedział, że studiuje medycynę. On jeszcze coś mówił... w tym śnie. Wyciągnął dłoń i zawołał uśmiechając się: "Daj mi ten list. Daj mi ten list". I sen się na tym skończył.
W 2003 roku gdy wpadłam w wir choroby po śmierci matki, gdy wpadłam w szpony podstępnej choroby, Edo pomagał mi.
Wtedy wiosną maj/czerwiec napisałam tzw.
LIST DO PANA BOGA.
Poruszyłam w tym liście, raczej dotknęłam wszystkich. I rodziców i całą rodzinę włącznie z Edem i babcią. Czego ja tam nie nawypisywałam... nawet o gejach i lesbijkach pisałam że to nie jest nic groźnego.
I ostatnio Edo w śnie jakby właśnie chciał ten list dostać.
Kilkanaście lat wcześniej.
Był początek maja. Wstałam niewyspana, z bólem głowy. Przez kremową zasłonkę delikatnie przebijały promienie słońca. Nie miałam najmniejszej ochoty dokądkolwiek wychodzić, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że powinnam i pozostało niewiele czasu. Praktyki w szpitalu zaczynały się o siódmej. W nocy znowu śniłam, że mam sześć lat i wracam z koleżankami ze szkoły. Gdy doszłam niemal do domu, zaczynały wołać:
– Uciekaj! Baba Jaga idzie! Zobacz, tam z prawej strony! Ona zaraz cię pożre!
Nawet się nie rozglądałam. Zaraz ogarniał potworny lęk i nie odwracając głowy, biegłam z powrotem do szkoły. Tam czekała starsza siostra Basia, która miała jeszcze lekcje.
Ciągle ten sam koszmar. Już nie w tym czasie i w tym samym miejscu, ale nadal nie schodził z powiek.
Zjadłam szybko kilka kawałków chrupkiego pieczywa z białym serem, popiłam kawą z mlekiem i wyszłam na przystanek tramwajowy.
Na drodze napotkałam obcych ludzi, zwiastunów pośpiechu czającego się z pewnością w zakamarkach śpiących jeszcze mieszkań. Tylko czasem, nieruchome, pełne lęku spojrzenie na chwilę się zatrzymywało w moich oczach i wówczas pytałam w myślach: - „Czy zobaczył to samo co ja?”.
Lęk. Okrutny, fałszywy i wredny potrafił zatopić w głębi nawet ułamek sekundy, najlepszych sprzymierzeńców, którym wcześniej przyklaskiwał i pieścił szepcząc do ucha słodkie: -Nie bój.
W maju moja grupa studencka odbywała praktyki na Intensywnej Terapii. Lubiłam tam chodzić. Cisza delikatnie oplatała swymi ramionami hałas nie tylko zewnętrzny, dobiegający z ulic głośnego, dużego miasta, ale również ten wydobywający się gdzieś z głębi. Myślałam nie raz: „Czy czułabym to samo, gdyby leżał tam ktoś z moich bliskich?” Widziałam różne osoby. Jakaś kobieta ze zdiagnozowaną anoreksja nervosa, na skraju wyczerpania, zagłodzona na tle męża „Czy już się przytuliła sama?” - pytałam. - „Czy objęła resztki wycieńczonego ego?”
Dalej mężczyzna po wypadku, obok żona, a na stoliku jego fotografia z dwójką małych dzieci.
Intensywna terapia. Ostatni etap mozolnej wędrówki. Do raju czy do piekła? A może ostatnia deska ratunku dla tych kurczowo trzymających się pojazdu. Pasażer X może jechać dalej, pasażer Y wysiada. Kto decyduje o kolejnych przystankach, kto je stawia? Mijałam w życiu różne autobusy, w różnych odcieniach i wymiarach. Mój autobus był w kolorze czarnym, bez kierowcy. Na zaparowanych oddechami szybach widać dziwne ślady: czasem pojawiał się rozmazany odcisk dłoni albo mała rączka, która próbowała narysować kółko, kwiatek, serduszko, czy kilka wyrazów typu: mama, tata, koham.
Nie wiedziałam dokąd zmierzał autobus, kiedy i gdzie się zatrzyma, ale czułam, że wzbudzał przerażenie wśród przechodniów. Jak się w nim znalazłam? Nie wiem. Może bardzo wcześnie, w obrębie czasu do którego pamięć już nie dociera, tylko wysiadłam gdzieś po drodze; może znacznie później, wtedy gdy drzwi nagle się otworzyły, a na schodkach stanął młody, niemodnie ubrany mężczyzna.
– Jestem numer 100258. Rodzice już nie piją, zapraszamy – powiedział dziecinnym głosem, wyciągając rękę.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania