Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

W SZPONACH ŚMIERCI: CZYIMIŚ OCZYMA

Siedziałem w pubie, wsparty plecami o skórzaną kanapę. Wlewałem do gardła już ósme piwo, pragnąc uzyskać upragniony spokój. Miałem dość pracy i tych wszystkich wariatów, którzy mnie otaczali. Jeszcze tak niedawno cieszyłem się życiem, a teraz, nawet na jawie, widziałem krzywo.

Nie piłem często, za to paliłem jednego za drugim, nie dbając o płuca, które świstały przy każdym oddechu. Ponoć były zwęglone jak szlaka, wyjęta z pieca; tak oświadczył lekarz, przeglądając prześwietlenie.

Czy zrobiło to na mnie jakiekolwiek wrażenie? – niekoniecznie.

Błogi stan, który odczuwałem, nigdy nie był do końca taki, jakbym chciał – rausz nie cieszył. Mucha rozkładająca się na ścianie zakładu psychiatrycznego wzbudzała większe rozluźnienie niż ten jebany alkohol.

Pacjenci doskonale rozpoznawali to, czego szukałem latami. Umysł jest źródłem wszystkiego, czego oczekujemy; wystarczy zamknąć oczy i poprosić.

Pragnąłem wolności, czy to zakrawa na marnotrawstwo?

Rzuciłem banknot na stolik i chwiejnym krokiem opuściłem lokal.

Po półgodzinnym spacerku w strugach deszczu zmęczonym oczom ukazały się mury starego budynku z czerwonej cegły. Wyrzuciłem ręce przed siebie – zarzucało mną – nie chcąc wylądować na przesuwanych drzwiach; czasami się zacinały.

Nie oponowały i wpuściły mnie do środka. Kamery obserwowały każdy krok, kiedy przemierzałem wąski korytarz, oświetlony żółtym światłem, tak ponurym, jak moje samopoczucie.

Miałem wszystko w dupie – najwyższy czas zmienić branżę.

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, że zatrzymałem się przed celą najbardziej popapranego pacjenta, jakiego gościły te ściany. Seryjny morderca z ilorazem inteligencji, przekraczającej dopuszczalne normy. Fakt, jak planował zbrodnie, nawet jego samego przerażał, kiedy odzyskiwał własne „ja” i analizował przebieg w celi, rozmawiając z próżnią.

Często tworzyłem jego portret psychologiczny, rwąc włosy z głowy nad jego skutecznością. Wpadł przez głupotę – kobieta. Zatłukł ją dwa dni po tym, jak odkrył, że kłamie.

To była jedyna zagadka, której nie rozpracowałem; nabrał wody w usta.

Uchyliłem wizjer, siedział w rogu pokoju. Przymknąłem powieki, kiedy je otworzyłem, dwoje niebieskich oczu lustrowało mnie przez mały otwór.

Zamknąłem klapkę.

– Chciałbyś zobaczyć? – Usłyszałem za plecami matowy głos. – Pokażę ci. – Wszystkie włosy na ciele stanęły dęba, a zęby dzwoniły pod wpływem drżenia.

Jedno piwo za dużo, pomyślałem, tkwiąc przed drzwiami w otoczeniu chorych myśli, jakbym sam był obłąkany.

Westchnąłem, wzruszyłem ramionami i zamknąłem na chwilę przekrwione oczy. Gdybym wiedział, co nastąpi potem, wsparłbym opadające powieki palcami, żeby tylko były otwarte.

Obskurna buda z odpadającym tynkiem, pozbawiona okien i jakiegokolwiek dopływu światła. Parę podpalonych świec, porozstawianych po kątach, aby nie burzyć panującego mroku. Drewniany stół, pamiętający niejedną wojnę, nakryty białym płótnem.

Nie był pusty; leżało na nim coś, czego nie potrafiłem rozpoznać z tej odległości.

– Podejdź bliżej – syknięcie do ucha było miękkie i jakże zachęcające.

Jedyne, czego w tej chwili byłem pewien, to fakt, że nie byłem tutaj sam. Po ścianach skakały cienie, rozdygotane od nierównego płomienia kopcących świec.

Przełknąłem wielką gulę, tkwiącą w przełyku i pchnięty niewidoczną siłą, stąpnąłem do przodu – na tyle blisko, aby dostrzec, że owym czymś jest człowiek; blondwłosa kobieta pogrążona w letargu.

Blada, naga, bez odruchu obronnego, z głową przechyloną na lewy bok.

Oderwałem od niej wzrok, nie czując nic: zero reakcji, aby udzielić pomocy – pustka. Tuż za jej głową stał on, ten, którego jeszcze przed sekundą tam na pewno nie było.

– Zaczynamy? – oznajmił głos. – Ta nieodgadniona historia zmywa ci sen z powiek, nie tylko, kiedy odpoczywasz. Za każdym razem, kiedy pracujesz z Leonem, twoje myśli zataczają koło i pytają: – Jak?

Zdrętwiało mi ramię, dopiero po chwili dopatrzyłem się na nim czegoś ciemnego.

Pragnąłem poznać przebieg masakry, ale czy na pewno?

Nie powiedziałem nic, tylko skinąłem głową – wystarczyło, aby zastygły w bezruchu Leon ożył, przystępując do dzieła.

Jego twarz była obłąkana niemniej, niż wzrok, który zawiesił na narzędziu zbrodni. Zawsze usypiał swoje ofiary, bo odgłosy, jakie wydawały, hamowały zapędy zwyrodnialca – tracił moc.

Był nadwrażliwy na ostre tony, co wyłapałem na pierwszej sesji, kiedy zadzwonił mój telefon.

– Otwórz oczy i podziwiaj mistrza w akcji, dopóki możesz. – Cień wyparował.

Spodziewałem się rąbanki, siekanki, jak we wcześniejszych przypadkach, ale nie miałem pojęcia, że finał poprzedzała uczta; kunszt w docieraniu do celu.

Nóż trzymany przez Leona w lewej dłoni ciął skórę jak brzytwa niepożądane włosy, perfekcyjnie po linii prostej. Nie było krwi, co od razu skojarzyłem ze środkiem zagęszczającym – skrzepy nie wypłyną.

Kilkadziesiąt nacięć widniało teraz na ciele kobiety – jak spod linijki.

Leon poluźnił uścisk; nóż opadł na posadzkę. Obłąkany uśmiech poszerzył się, kiedy sięgnął po nożyce. Wbijał mocno w naszkicowane ślady, tnąc mięśnie i mięso, jak papier.

Spocony, otarł pot z czoła i odrzucił obklejone nożyce w kąt, rechocząc pod nosem – Pochwycił, lśniący tasak. Parę ruchów rękoma, idealne wyczucie miejsc do zadania ciosu i tasak z brzękiem poleciał, jak reszta.

– Wytęż wzrok, bo teraz zrozumiesz. – Usłyszałem za plecami.

Kiedy Leon naciągnął na szczupłe dłonie rękawice, zachodziłem w głowę, po co? Ostatecznie, nie chciał poplamić skóry?

Dopiero kiedy zanurzył dłonie w ciele ofiary – zrozumiałem.

Wyszarpywał kości i kładł na podłodze, tworząc kompletne odzwierciedlenie tego, co leżało na stole. Rękawiczki były amortyzatorem poślizgu, a ich szorstkość ułatwiała chwytanie śliskich gnatów.

Teraz nabrałem pewności, że szkielet, który znaleźliśmy w zsypie, należał do żony Leona. Identyfikacja przez tutejszą policję nie wniosła nic do sprawy, bo kobieta nie miała zębów. Skóry na palcach, również brak.

Skóra, pozbawiona kośćca sflaczała, a obdarta z powłoki kobieta, leżała na podłodze, chudsza o czterdzieści kilo.

Jej cerę można było śmiało zakwalifikować do populacji Indian – była czerwona.

Znałem prawdę. Pierwsza zbrodnia Leona w tak niekonwencjonalnym stylu – wyłamanie ze schematu.

– Warto było prosić o to wspomnienie? – głos przy uchu był hipnotyzujący. – Ten sekret był jedynym, nieprzeznaczonym do rozszyfrowania. Poznałeś przebieg, więc…

Czarny cień wyrósł przede mną jak spod ziemi.

Nie mogłem oponować – byłem poza ciałem.

To coś chciało duszy, lecz aby jej sięgnąć, musiało utorować sobie do niej drogę.

– Zabieram to, co widziało. – Dwa ostre paznokcie utkwiły w źrenicach, zanurkowały głębiej i wyrwały gałki oczne wraz ze splotem; byłem ślepy.

– Zabieram to, co słyszało. – Wysuszone dłonie z długimi palcami pochwyciły małżowiny uszne, utkwiły w chrząstkach i mocnym szarpnięciem oddzieliły od ciała, wraz z całym przewodem słuchowym; byłem głuchy.

– Zabieram to, co czuło. – Jeden ruch nadgarstkiem, mocny ścisk i nos upadł na podłogę. Ostały się tylko zatoki; straciłem powonienie.

– Zabieram to, co analizowało. – Ucisk wychudzonych palców na czaszkę był tak silny, że skruszała w mig, jak najcieńsze szkło. Pracujący na najwyższych obrotach mózg został brutalnie wyjęty z zagłębienia i rzucony na ścianę. Została po nim miazga; straciłem człowieczeństwo.

– Zabieram to, co przeżywało. – Cień położył dłonie na torsie, przycisnął mocno. Żebra zachrobotały, rozerwały skórę, przeniknęły przez nią i rozstąpiły się, jak biblijne morze. Serce pracowało szybko, tłocząc krew pozwężanymi od strachu i bólu żyłami.

– Nie! – krzyknąłem, więżąc, że zaprzestanie katuszy.

– Nie trzeba było rzucać słów na wiatr.

Lodowaty powiew wypełnił moje rozdarte wnętrze, przedzierając błony. Nacisk na żyły był miażdżący – wystrzeliły jak granat, zalewając wszystko wokół czerwienią. Intensywne gładzenie organu pracującego, jakby to coś chciało go uspokoić, tylko po to, aby zakleszczyć, pociągnąć i wyłuskać, jak orzech z łupinki; straciłem życie.

Byłem roślinką, której ktoś przeciął łodyżkę. Runąłem na posadzkę, jak kwiat, pozbawiony ostoi.

Ocknąłem się, spocony, ale szczęśliwy, że to tylko wymysł upojonego procentami mózgu. Kiedy otworzyłem szerzej oczy, nie byłem na korytarzu, lecz zatopiony po pas w smole, która rozpuszczała ciało, w powolnym tępię.

Umarłem na jawie, myśląc, że śnię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Sufjen 3 miesiące temu
    Sprawnie napisane opowiadanie. Podoba mi się puenta, która sprawia, że czytelnik odczuwa satysfakcję z lektury tekstu.
  • Joan Tiger 3 miesiące temu
    Dzięki za odwiedziny i komentarz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania