W trójkącie
Spieszyłam się, było dosyć późno, po pracy pojechałam jeszcze do hospicjum. Obiecałam, a obietnice dane dzieciom, to świętość. Z parkingu wystarczyło przejść przez skwer i byłam przy domu, jednak tej nocy nie dane było mi tam dotrzeć.
Znałam tych chłopaków, ciągle kręcili się po osiedlu, widać było, że ani się nie uczą, ani tym bardziej nie pracują. Hałasowali, może nawet trochę więcej niż inni, niemniej nie mogę powiedzieć, żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało.
Siedzieli na ławce, kiedy przechodziłam, poprosili, jak pewnie nie raz, o fajki. Zatrzymałam się i otworzyłam torebkę, a wtedy jeden z nich złapał mnie za ramię i rzucił na trawę. Drugi zaczął protestować, ale nie na tyle skutecznie, żeby przeszkodzić koledze, po chwili przyłączył się i zaciągnęli mnie w bardziej zaciemnione miejsce. Moje krzyki zostały szybko opanowane na tyle mocnym uderzeniem, że straciłam przytomność, kiedy ocknęłam się byłam naga, a na mnie leżał pierwszy agresor. Po nim zajął się mną jego kolega i tak na zmiany. Jeden kończył, drugi zaczynał.
Czułam potworny ból, myślałam że znalazłam się w piekle. Nie pamiętam ile to trwało, bo, na szczęście, traciłam przytomność.
Ostatnie co pamiętałam, to krzyk wokół i migające światła.
Znalazła mnie sąsiadka wracająca z nocnej zmiany. Usłyszała jęki i zareagowała.
W szpitalu okazało się, że miałam wstrząs mózgu, połamaną szczękę, złamane żebra i dużo innych obrażeń, w tym wewnętrznych. O dziwo, fizycznie szybko dochodziłam do siebie, psychicznie byłam wrakiem.
Chłopaki dostali po sześć lat, wyszli po trzech za dobre sprawowanie.
Ja dostałam dużo większy wyrok. Przez odniesione obrażenia nie mogłam mieć dzieci. Pomijam lęk przed wychodzeniem z domu, bo to najmniejsza przypadłość, pomijam też koszmary i lata dochodzenia do jako takiego stanu.
Kochałam dzieci i planowałam mieć przynajmniej dwoje. Niestety, wszystkie konsultacje kończyły się tak samo 'przykro mi, ale...'
Czego to ja nie planowałam. Kupiłam broń, zapisałam się na karate. Wydawało się, że tylko nienawiść trzymała mnie przy życiu. Moje małżeństwo też sią zakończyło, no bo kto by wytrzymał z wariatką, dlatego nie zdziwiłam się, gdy pewnego dnia zastałam puste mieszkanie.
Wychodziłam wieczorami i spacerowałam po osiedlu. Dzień w dzień. Czy deszcz, czy mróz, nic nie mogło mnie powstrzymać, no i wreszcie trafiłam na 'moich' chłopaków. Jak wtedy siedzieli na ławce, śmiejąc się głośno. Kiedy podeszłam i zapytałam czy mają fajki, zamurowało ich, a ja z bronią w ręku, kazałam im się pospieszyć i poszukać tych fajek.
Nie pamiętam, który pierwszy zsikał się w gacie, bo dosyć szybko następny. Może było coś takiego w moim wyrazie twarzy, że odrobinę się przestraszyli. Nieważne.
Upadli na kolana i zaczęli błagać, żebym nic im nie robiła, że oni bardzo żałują.
Patrzyłam na nich i zrozumiałam, że nic mi to nie da, że niczego nie zwróci. Odeszłam nie oglądając się za siebie. Wtedy pierwszy raz, od tych wszystkich wydarzeń, zaczęłam płakać. Dosłownie wyłam, jakby schodziło ze mnie całe nagromadzone zło.
Sprzedałam mieszkanie i wyprowadziłam się na drugi koniec miasta. Zaczęłam nową pracę, po niej jeździłam do hospicjum. Nie potrzebowałam już innej terapii. Znalazłam spokój.
Komentarze (19)
Gdzie jest jakiś "Bidul"? Szukam i nie ma na profilu Grafomanki
miasto piękne
zwłaszcza zaś Skaryszew
jest nas wielu
tłumne ścieżki
świerszcze ptaki słyszę
tutaj lody
a tam gofry
wybór niesłychany
jakie życie
jest przepiękne
jakie ja mam plany...
(przepraszam, Grafka, ale nie mogłem się powstrzymać...)
Jedynym wyjątkiem był mój mentor... ale to już inna historia.
Miłego wieczoru
Życie bywa okrutne.
Znssz pewnie sporo takich spraw.
Pozdrawiam również serdecznie
Raczej nie.
Pomagałem trochę u Brata Alberta,Matki Teresy, tam ludzie żyją w innym świecie...
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania