W zaroślach lekkiego bytu [fragment]
Rozdział I
Alberta poznałem przypadkiem w jednym z podwarszawskim parków, gdy przeżywał załamanie nerwowe, jakie przeżywają mężczyźni w wieku młodzieńczym po tym jak zostawi ich kobieta, która miała być miłością ich życia. I tak jak wielu z obecnych tam o tej porze topił smutki w wódce zapijanej sokiem pomarańczowym.
Tego dnia akurat rzuciłem pracę. Szedłem półprzytomny po cały dniu wrażeń, w wyciągniętej koszuli, przekrzywionej marynarce, no i co tu dużo mówić - przecież nie trzeźwy. Nocny wiatr brudnymi palcami czesał moje przepocone włosy i podtrzymywał w przytomności kierując do domu. Jak każdy kto utraci poczucie stabilizacji, zagłuszałem w ten sposób uczucie niepewności, które zawsze przybiera wyolbrzymioną postać u kogoś, kto całe życie funkcjonował wedle określonego rytmu. A teraz musi przestawić swoje życie na nowe tory, których jeszcze nie zbudowano. Powoli się do tego przyzwyczajałem, choć cały czas widziałem wokoło tylko niezliczone pustkowia i nieużytki, a siebie postrzegałem jako włóczęgę, który jedyne co może teraz robi to się pałętać. Czekałem więc. Pałętałem się.
Szedłem tak z głową pełną własnych problemów, gdy zobaczyłem Alberta, siedzącego na ławce z wzrokiem wbitym w podłogę i sercem wgniecionym w ziemię. Pijanego, że ledwie widział na oczy. Podpierał się łokciami na kolanach i spokojnie kołysał na boki, gdy za pomocą siódmego zmysłu, jaki mają chyba wszyscy pijacy szukający kompana, wyczuł moją obecność badawczo podnosząc głowę. Spragniony towarzystwa zapytał jaki dziś dzień i nie czekając na odpowiedź, widząc moje piwa w reklamówce, zaproponował abym się przysiadł. I przysiadłem się. Nie miałem nic lepszego do roboty. Ławka znajdowała się przy samym jeziorze, pod parą samotnych brzóz, których cienko opadające korale odgradzały nas skutecznie od reszty świata.
-Albert – wyciągnął wilgotną dłoń.
Tak się poznaliśmy.
Plącząc się w faktach, powtarzając się co chwila i za każdym razem zmieniając wersję wydarzeń, opowiadał mi o swoich rozterkach przez prawie całą noc. Zmęczony, z zapoconą od występującego na skórze alkoholu twarzą, strasznie uproszczonym sposobem postrzegania rzeczywistości i banalną historią o dziewczynie (która, słuchając tego co o niej opowiadał, wyrządziła mu jedynie przysługę zostawiając go), nie sprawiał bynajmniej wrażenia osoby, którą w jakiejkolwiek mierze można by było uznać za interesującą, czy nawet wartą uwagi. Było mi go szczerze żal i chyba tylko dlatego tam z nim wtedy zostałem. Wyglądał jak wrak człowieka. Z reguły gardziłem mężczyznami, którzy nie potrafią sobie samemu poradzić z problemami sercowymi, ale tu nie było nawet czym gardzić. Przede mną siedział istny wrak, a ja odkrywając kolejną cechę swojego charakteru nakazującą solidarność z tak wszechogarniającą ludzką krzywdą, czułem do niego szczery żal, o który bym się wcześniej siebie nie podejrzewał. Był jak nieboszczyk, o którym nie można powiedzieć złego słowa, bo po prostu nie wypada. Bez godności. Bez wstydu. Z białą śliną zbierającą się w kącikach ust. Całkowicie złamany przez zaledwie przedsmak prawdziwego życia.
Takim go pierwszy raz ujrzałem.
Jak już mówiłem sam miałem wtedy sporo własnych problemów i tym bardziej zdziwiłem się, że słuchając go na chwilę o nich zapominam. Może to dlatego, że był w dużo gorszej sytuacji ode mnie, a jego młodzieńcze, pełne ideałów życie waliło się? Może to dlatego, że jego ręce trzęsły się jak opętane, a bladoniebieskie, przetarte od płaczu rybie oczy patrzyły chwilami w dal bez żadnej nadziej, jakby zastanawiając się czy nie wskoczyć po prostu do tego jeziora? Nie wiem. Co jakiś czas mówił do siebie, a potem odwracał wzrok jakby ktoś jeszcze z nami siedział. A może zwyczajnie sprawdzał czy jeszcze przy nim jestem bojąc się, że zostanie sam? Rozdarty na wietrze losu jak pozbawiony płatków kwiat makowca z czarną pustką w środku. Nie wiem. A może dlatego, że wódka mu się kończyła, a ja jak mało kto, wiedziałem jak ciężko jest znosić takie męki na trzeźwo i nie mogłem do tego dopuścić?
W każdym razie widziałem, że przede mną siedział wrak człowieka, który można było zgnieść albo podrzucić do lotu i to ja byłem tymi ostatnimi metrami jego pasa startowego, który mógł mu uciec spod nóg albo umożliwić nowy start.
Żeby nie było nie oceniam go!
Nie daj Boże. Nie porównuje też tutaj naszych nieszczęść. Każdy człowiek przeżywa je inaczej. Każdy mężczyzna przeżywa je inaczej. One się łączą, ewoluują z czasem i żyją własnym nieokiełznanym życiem. Nawiązują do poprzednich. Do całego naszego życia. Do życia innych. Nieszczęścia te przylepiają się do tych wcześniejszych, jak do wielkiej, toczącej się kuli, która, gdy w końcu spadnie, może nawet zabić. My, zewnętrzni obserwatorzy tego nie widzimy. Nigdy nie wiemy co siedzi w drugim człowieku. I czasami jedna, dosłownie jedna drobna rzecz przeważa czarę. Miałem wrażenie, że Albert przeżywał właśnie jedną z takich krańcowych chwil. Jego kula była w zenicie, bujając się na ostrzu zbocza. Z jednej strony nagrzewało ją górskie zachodzące słońce, z drugiej wiał chłodny południowy wiatr. Ja byłem tym słońcem. Widziałem to. Widziałem. Tak jak i widziałem to, że nasza rozmowa mu pomagała.
Wtedy myślałem, że to ja trzymam go przed spadkiem, lecz tak naprawdę trzymaliśmy się nawzajem. Jeden dla drugiego był w tym momencie całym światem. Najlepszym przyjacielem. Bratem. Powiernikiem. Jakby to nie brzmiało egoistycznie, tak naprawdę to zostałem przy nim, bo przede wszystkim mi to pomagało
Podzielił się ze mną resztkami flaszki, ja z nim piwem, a dalej to już sam wszystkiego zbyt dokładnie nie pamiętam.
Wiem, że opowiadał, że przez alkohol stracił wszystkich przyjaciół i rodzinę. Dalej były między nami już tylko podobieństwa. Obaj, nie mieliśmy jeszcze trzydziestu lat, obaj byliśmy aktualnie samotni, obaj straciliśmy pięć lat na studia, które nic nie wniosły do naszego życia i obaj nie mieliśmy nic do roboty poza siedzeniem w tym parku i przeżuwaniem swojego gorzkiego losu. Dodam dla sprawiedliwości - pośród wyjątkowo pięknego o tej porze roku ogrodu pełnego pachnących kwiatów i daleko od jakichkolwiek służb mundurowych. Tak było.
Rozpamiętuję tak ten cały wieczór, bo widziałem go takim tylko ten jeden, jedyny raz i podczas naszej późniejszej znajomości nigdy nie mogłem uwierzyć, że był to ten sam człowiek.
Do tego stopnia, że nie raz wątpiłem i zastanawiałem się, czy aby nie pomyliłem się po pijaku (tak szczerze powiedziawszy, to nie wiem, który z nas był bardziej pijany), czy nie była to jakaś halucynacja, podświadoma chęć widzenia kogoś w takim stanie w jakim samemu się było (albo nawet gorszym). Tak zwane „szukanie kolegów”. Pragnienie posiadania bratniej duszy. Coś z pokładów psychoanalizy..? Nie wiem. Albo zwyczajnie - zwidy po wódzie. To najprędzej. Bo nigdy nie przyszło by mi wtedy do głowy, że tamten człowiek o rybim spojrzeniu, zmęczonej twarzy i braku jakichkolwiek aspiracji może być jednym z najbardziej oryginalnych ludzi jakich dane mi będzie kiedykolwiek poznać, a znajomość z nim, jak to mówią w filmach, „na zawsze odmieni mój los”. Tym bardziej, że żegnając się z nim o szóstej nad ranem. Zmęczony już tym towarzystwem i tymi wszystkimi smętnymi historiami. Wymieniając się niechętnie ostatnimi oddechami przetrawionego alkoholu i jeszcze bardziej niechętnie numerami telefonów. Nigdy bym nie pomyślał, że spotkam zupełnie innego człowieka, a cała ta maskarada miała na celu sprawdzenie mnie na potrzeby innego celu... Bo tak się też zaczęła ta moja nowa historia. Zanim jednak opowiem o tym jak dwa dni później, w środku nocy, obudził mnie dźwięk telefonu, a w nim znajomy głos pytał czy go poznaję i czy chcę zacząć nowy etap w życiu, opowiem co skłoniło mnie od przyjęcia tej oferty, zaczynając moją historię od początku... No może nie od samego początku...
Komentarze (4)
Pozdrawiamy - ja i pięć :).
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania