Wakacje 26
Prolog
Zazwyczaj piszę już po wakacjach krótką notkę informacyjną, żebyście wiedzieli, jak minął mi urlop. Tym razem postanowiłem zrobić coś inaczej. To będzie prolog. Bo szarpią mną emocje.
Poza tym chciałem Was uczciwie ostrzec. Jeśli wyjeżdżacie na urlop w tym samym terminie co ja, to naprawdę dobrze się zastanówcie, czy nie warto go przełożyć.
Przygotowania do wyjazdu trwają już od dawna. Przede wszystkim wyciągnąłem wnioski z ubiegłorocznych wakacji w górach. Dla tych, którzy nie pamiętają – zaliczyłem niewielką przebieżkę z Karpacza na Śnieżkę, potem z powrotem do Karpacza i ponownie na Śnieżkę. Wszystko po to, żeby odebrać kluczyki, które zostawiłem w schronisku, a następnie... wrócić do Karpacza.
Nauczony doświadczeniem doszedłem do wniosku, że bez odpowiedniego przygotowania fizycznego taka przygoda w moim wieku może zakończyć się nekrologiem. Wiedząc, że kolejne wakacje spędzę nad morzem, od razu po powrocie zacząłem intensywnie trenować.
Tak, tak. Pływanie.
Na szczęście w Częstochowie jest basen z falami, więc mogłem przygotować się do kontaktu z Bałtykiem w warunkach niemal bojowych.
Nie zaniedbałem również przygotowania psychicznego. W ciągu roku przynajmniej trzy razy z żoną ćwiczyliśmy ciche dni.
Przećwiczyłem także pakowanie. Pożyczyłem komuś – zabijcie mnie, nie pamiętam komu – dwie torby podróżne i walizkę, żeby sprawdzić, ile rzeczy da się ostatecznie nie zabrać.
Regularnie trenowałem również spożywanie energetyków. Efekt? Otłuszczenie wątroby. Ale czego nie robi się dla formy.
Nawet złapałem już pierwszą opaleniznę. Tak, żeby organizm nie przeżył szoku od słońca.
Podsumowując – jestem przygotowany teoretycznie, mentalnie, emocjonalnie, fizycznie, logistycznie i, co najważniejsze, praktycznie.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której musicie wiedzieć.
Z moimi wyjazdami jest pewien problem.
To nie ja wybieram pogodę. To pogoda wybiera mnie.
Kiedy pojechaliśmy do Jakuszyc na spokojny spacer po górach, trafiliśmy na 36-stopniową patelnię.
W Szczawnicy za pierwszym razem przywitał nas grad. Za drugim padało tak, że tonęliśmy w błocie. Za trzecim było dla odmiany 38 stopni.
Ze Szczawnicą wiąże się jeszcze jedno piękne wspomnienie. Na szlaku do Czerwonego Klasztoru, mniej więcej w połowie dziesięciokilometrowej trasy, dopadła mnie – nazwijmy to elegancko – rewolucja żołądkowa.
Problem polegał na tym, że z jednej strony była pionowa ściana skał, a z drugiej Dunajec i kilkaset tratw pełnych turystów. Do dziś uważam, że był to jeden z najwspanialszych momentów podróży poślubnej.
Zimą dla odmiany w górach zawsze trafiamy na błoto.
Nad morzem pada deszcz, dzieci się kłócą, a wszyscy inni turyści z niezrozumiałych powodów postanawiają chodzić dokładnie tam, gdzie my.
W Krynicy Morskiej przez cztery dni mieliśmy sztorm.
W czerwcu. Nie było jeszcze wtedy hotelu Gołębiewski, więc nawet nie dało się zwalić winy na ich klimatyzację. Jakby tego było mało, tuż obok naszego miejsca zakwaterowania rozłożyło się wesołe miasteczko. Codziennie musieliśmy obok niego przechodzić. Każda atrakcja kosztowała dwieście złotych. A my byliśmy z dziećmi.
W tym roku padło na Puck. Zatokę. Kto wie, może odwiedzę Borholm ze dwa razy.
I tutaj dochodzimy do najważniejszej informacji.
Wyjeżdżamy 20 lipca.
Prognozy wskazują, że pogoda kończy się... 19 lipca.
Nie twierdzę, że istnieje jakiś związek.
Przytaczam jedynie fakty.
Dlatego, jeśli planujecie urlop od 20 lipca, jeszcze raz spokojnie to przemyślcie.
Ja będę Was informował na bieżąco, a Wy tymczasem czujcie się ostrzeżeni.
1.
Żeby nie było – to nie ja jestem uprzedzony do morza, tylko morze do mnie.
Odcinek, który miałem pokonać autem w godzinę i czterdzieści minut, pokonałem w trzy godziny i dwadzieścia minut. Zniżek za takie utrudnienia na autostradzie niestety nie przewidują.
To nic. Dotarłem.
Padało. Nieważne, czy był to deszcz, czy też – mówiąc dosadniej – kolejny żywioł, który postanowił uprzyjemnić nam początek urlopu. Najważniejsze, że byliśmy na miejscu.
Urlop.
Wyobraźcie sobie, że ze względu na liczbę kilometrów, które pokonuję autem w pracy, chciałem spędzić choć jeden dzień bez prowadzenia samochodu. Pogody nie ma, plaża odpada. Trzeba więc znaleźć jakieś inne atrakcje.
Z Pucka, gdzie się zameldowaliśmy, kursuje tramwaj wodny do Chałup. Sprawdziłem rozkład – wszystko pięknie, ładnie. Rano, po śniadaniu, meldujemy się na marinie.
I co się okazuje?
Rozkład jest inny niż ten znaleziony w internecie.
Ale nic to – różnica tylko trzydzieści minut.
Po trzydziestu minutach oczekiwania nikt z obsługi nie pojawił się na marinie. Tramwaj wodny bujał się samotnie na lekko wzburzonych wodach przystani, a zdezorientowani turyści chodzili bez celu, próbując zrozumieć, co właściwie się dzieje.
Biorę więc telefon i dzwonię na infolinię.
Nikt nie odbiera.
Jeden telefon. Drugi. Trzeci.
Nic.
Najwyższe noty za styl obsługi klienta.
Jeśli ktoś chciałby spróbować – linia 600 obsługiwana przez PKS. Polecam. Niezapomniane wrażenia.
Nie poddam się tak łatwo – pomyślałem.
Z Pucka co trzydzieści minut odjeżdża pociąg na Hel. W te pędy zawijamy się, żeby zdążyć na najbliższy.
I wiecie co?
Właśnie dowiedziałem się, dlaczego bilet na PKP jest ważny trzy godziny.
Żeby pociąg zdążył odjechać, zanim bilet straci ważność.
Pytanie tylko: co w sytuacji, gdy ważność biletu skończy się w trakcie jazdy? Trzeba dokupić kolejny?
Najlepsza była obsługa.
Na pytanie, czy i kiedy w ogóle pojedziemy, usłyszeliśmy:
– Jak pojedziemy, na pewno pan zauważy.
– Co ty, kurwa, nie powiesz.
W Japonii konduktor położyłby już głowę na pieńku, a u nas bezczelnie jeszcze kozaczy.
Siedzimy od godziny w pociągu stojącym na peronie.
Jest już dwunasta.
Mamy wtorek.
Zaczęło padać.
Staramy się dotrzeć na Hel.
2.
Polskie morze zapewnia same atrakcje.
Weźmy na przykład wczorajszy powrót na kwaterę z Helu.
Dla tych, którzy nie śledzą na bieżąco, wspomnę tylko, że w wyniku całego splotu zdarzeń zdecydowaliśmy się na podróż PKP. Ku naszemu zaskoczeniu koleje zaliczyły niewielki poślizg czasowy. Owa obsuwa przełożyła się oczywiście również na nasz powrót.
Po obejściu wszystkiego, co tylko przyszło nam do głowy na Helu, nadszedł czas powrotu. Wróciliśmy na peron i zakupiliśmy bilety.
I wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda.
Zgodnie z tablicą informacyjną pociąg miał odjechać z toru drugiego. Zgodnie z rozkładem – z toru pierwszego. Według pani z okienka – z toru czwartego. Natomiast na torze trzecim stał pociąg, który właśnie wjechał na stację.
Można powiedzieć, że w związku z nadmiarem informacji powstało lekkie zamieszanie.
Skonfundowani wakacjusze wymieniali się argumentami świadczącymi o tym, że to właśnie oni stoją na właściwym peronie.
Jakie to polskie, prawda?
Chcąc rozwiązać ten gordyjski węzeł komunikacyjny, postanowiłem wraz z grupką innych śmiałków udać się do konduktora pociągu, który właśnie wjechał na peron, i zasięgnąć języka.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że człowiek ten nic nie wie.
Jakież było jego zaskoczenie, gdy w jego stronę poleciały mniej parlamentarne słowa.
Jakież było zaskoczenie wszystkich, gdy obrażony postanowił zabrać pociąg ze stacji i odjechać poza zasięg sfrustrowanego tłumu.
Na odchodne – a właściwie odjezdne – rzucił tylko, że jedyną osobą, która posiada wiedzę na temat tego, który pociąg i z którego peronu zabierze podróżnych, jest zawiadowca.
Problem polegał na tym, że zawiadowca – czy też, jak wynikało z informacji, zawiadowczyni – zamknęła się na ostatnim piętrze wieżyczki znajdującej się na tej stacji i ani myślała wyściubić nosa, żeby udzielić jakichkolwiek informacji komukolwiek, kiedykolwiek.
Zrezygnowany usiadłem na ławce przy torze drugim i obserwowałem podróżnych – których ciągle przybywało – miotających się bez sensu między wszystkimi torami i peronami w poszukiwaniu miejsca, gdzie ostatecznie pojawi się pociąg.
Wyglądali jak ławice małych rybek.
Wystarczyło, że jeden, wyglądający na lepiej poinformowanego, zmienił peron, tor albo wykonał jakiś dziwny manewr i ruszył w nieprzewidywalnym kierunku – cała grupa podążała za nim, bo przecież musiał posiadać tajemną wiedzę.
Inna grupa szła za kimś innym, bo ten wyglądał na bardziej pewnego siebie.
U nas sytuacja wyglądała następująco:
Ja siedziałem na peronie drugim przy torze drugim.
Moja żona strategicznie stała w rozkroku pomiędzy peronem drugim a pierwszym.
Córki zajęły miejsca na peronie trzecim.
Spytacie:
– Po co?
W sumie nie wiem.
Wydawało się, że ma to sens.
Równo jak w zegarku – po pięćdziesięciu ośmiu minutach opóźnienia – na tor piąty wjechał pociąg, który ku uldze wszystkich miał nas zabrać.
W sumie ta ulga bardzo szybko zamieniła się w walkę o ogień.
Gdybyście tylko mogli zobaczyć tych podróżnych z plecakami, wózkami, rowerami i płaczącymi dziećmi, którzy nagle ruszyli do ataku.
Wszyscy chcieli dostać się do środka i zdobyć miejsca siedzące.
Widok niezapomniany.
Igrzyska.
Przekleństwa, przepychanki, łokcie pod żebra, wywracanie się na peronie.
Do tego oczywiście deszcz – bo on również nie zamierzał nas zawieść.
Coś pięknego.
Pani dyspozytor to jednak zła kobieta była, ale rozrywkę zapewniła wszystkim – bez względu na wiek, płeć czy wyznanie.
A dziś Malbork.
Czyli generalnie nuda.
3.
Żeby Was nie rozczarować – informuję, że przez dwie trzecie dnia padało. Wczoraj padało, we wtorek i w poniedziałek również.
Blokuje to główną atrakcję, jaką jest siedzenie na plaży i nierobienie niczego, a dodatkowo zmusza mnie do wspięcia się na wyżyny kreatywności przy wymyślaniu alternatywnych zajęć.
O cenach nawet nie będę pisał, bo sięgają granic absurdu.
Pamiętam, jak dawniej mawiało się: „drogo jak w Zakopanem”. Później obowiązującym nominałem stało się powiedzenie, że wszystko kosztuje „dychę”.
Fajnie byłoby, gdyby tak nadal było.
Dziś to już tylko nostalgiczne wspomnienie.
I w sumie nawet nie same ceny są największym problemem, ale postępująca subskrypcjonizacja wszystkiego.
Weźmy dzisiejszą atrakcję – Aquapark Reda.
Ostatni raz byłem tam osiem lat temu. Do dziś miło wspominałem tę wizytę.
Żeby nie umrzeć w kolejce, zarezerwowałem bilety dzień wcześniej na trzy godziny.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że bilety rezerwuje się w trzydziestominutowych okienkach.
Spóźnisz się – nie wchodzisz.
Pieniądze przepadają.
Nie wiedzieć czemu, kierowcy z całego kraju, którzy zjechali tutaj na urlop, zapomnieli, jak się prowadzi.
Codziennie, kiedy sprawdzam trasę do jakiegoś miejsca, widzę trzy albo cztery wypadki po drodze. Do tego każdy czegoś szuka, ktoś się wlecze, ktoś skręca w dziwnym miejscu bez ostrzeżenia, a policja stoi w co drugiej miejscowości.
Idealne warunki na spokojną i bezstresową jazdę samochodem.
Bilety zarezerwowałem na godzinę ósmą, bo tylko taki termin był dostępny.
Oczywiście rano pojawił się problem ze wstawaniem.
Kiedy już wszyscy się ogarnęli, okazało się, że młodsza córka zapomniała okularów.
– Na górę!
Starsza przypomniała sobie, że zostawiła bieliznę.
– Na górę!
Czas leci, okienko wejścia się zawęża.
Żona nie zamknęła balkonu.
Pies się zwymiotował.
Do tego zaczęło tak lać, że wycieraczki nie nadążały zbierać wody z szyb.
Czas leci, okienko wejścia się zawęża.
Niczym Lewis Hamilton między maruderami, patrolami drogówki i w strugach deszczu wykonywałem ekwilibrystyczne manewry, próbując dotrzeć na czas do aquaparku.
Dziesięć minut przed wejściem moja Kropka – bo tak nazywa się auto (każde kolejne miało swoje imię) – zameldowała się pod wskazanym adresem.
Na miejscu klasyka gatunku.
Nie ma gdzie zaparkować.
A parking aquaparku?
Już nie płatny za dzień czy godzinę.
Teraz płaci się trzy złote za każde pięć minut.
Myślałem, że czterdzieści złotych pod Malborkiem było drogo.
Nie było.
Muszę jednak przyznać, że mieli gest – pierwsze trzydzieści minut było gratis. Dopiero później zaczynały się opłaty.
Znaj łaskę pana, turysto.
Dostaliśmy się do kasy.
Pokazuję bilety i zaczyna się:
– Chcą państwo wykupić ręcznik?
– Nie.
– Leżak?
– Nie.
– Klapki?
– Nie.
– Prywatną szatnię rodzinną?
– Nie.
– Sauny?
– Nie.
– Basen pływacki?
– To jest dodatkowo płatne? Przecież zapłaciłem pięćset złotych za bilety wejściowe.
– Tak, jest dodatkowo płatne.
– To nie.
– Strefa masaży wodnych, turbozjeżdżalnia, solanki?
O takich oczywistościach jak płatne jedzenie w strefie gastronomicznej nawet nie będę wspominał.
Szczyt pomysłowości w systemie dopłat zostawiłem jednak na koniec.
Basen w Redzie znany jest z tego, że posiada akwarium z rekinami. Poza tym, że jedna ze zjeżdżalni przechodzi tunelem przez akwarium, kiedyś można było przed wejściem podejść do szyby i pooglądać rekiny.
Aktualnie zrobiono z tego strefę dodatkowo płatną.
Dorzucili jeszcze zagrodę z żółwiami.
Mam wrażenie, że poprzednią traumę z wizyty w tym aquaparku po prostu wyparłem.
Bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
Kaszubi wciągają Żydów, Szkotów i Wielkopolan nosem.
Boję się myśleć, w którą stronę to pójdzie.
Zaraz trzeba będzie zapłacić za wejście do fokarium i dopłacić, żeby zobaczyć foki.
Za wejście do meleksa płacisz, za wyjście dopłacasz?
Wynajem kwatery bez wyposażenia i osobne dopłaty za łóżko, pościel itd.?
Quo vadis, Polsko?
4.
Zwróciliście uwagę, że woda w morzu zachowuje się idiotycznie?
Napiera na ląd, po czym zlewa się z powrotem w stronę głębin morskich, przy okazji jakby potykając się sama o siebie.
I tak w kółko.
Bez sensu.
Tak właśnie jest z naszą polską częścią Bałtyku – w innych krajach ten Bałtyk jest na pewno bardziej logiczny, tylko nam taki się trafił.
W całym tym absurdzie jest jednak cudowny.
I nie chodzi mi tylko o walory estetyczne.
Uważam, że nasze morze jest wyjątkowe niczym woda z Lichenia, królicza łapka czy oko proroka Nazar.
Nad naszym Bałtykiem dzieją się cuda.
Uzależnieni porzucają swój nałóg, otyli chudną, ślepi przecierają oczy ze zdumienia, głusi niedowierzają własnym uszom, a kulawi uciekają w popłochu w głąb lądu.
Tylko głupim nie pomaga – rozumu nie przywraca.
Dlatego doszedłem do wniosku, że istnieje jeszcze inna możliwość.
Otóż Hel to wrota piekieł na ziemi.
Cała moja opowieść krążyła wokół tematu atrakcji.
Nad Bałtykiem około dziewięćdziesięciu procent atrakcji skierowanych jest do dzieci, a pozostałe dziesięć procent znajduje się poza zasięgiem finansowym przeciętnego człowieka.
Dmuchańce, trampoliny, przejażdżki, baseny, rejsy, labirynty.
Nawet w Malborku przebierają dzieci w płaszcze.
A dorośli?
Co mają robić?
Włóczą się smętnie za swoimi pociechami po plaży i deptakach, patrząc ponuro spod oka.
Kiedy spotkacie się wzrokiem z innym takim rodzicem, od razu czujecie ból egzystencjalny tej drugiej osoby.
Ręce lekko drżą.
Wzrok ucieka na boki.
Na czole pojawiają się krople zimnego potu.
Co chwilę nerwowe spojrzenie na zegarek albo telefon.
– A po co? – zapytacie.
– Czego ta nieprzebrana wiara ludzi tak gorączkowo wyczekuje?
Oni czekają na przerwę obiadową.
Na ten zbawienny moment, kiedy będąc szczęśliwcem i nie musząc prowadzić samochodu, taki dorosły może usiąść w lokalu i bez wyrzutów sumienia, w środku dnia, wypić schłodzony, złocisty, spieniony trunek bogów.
Bez zbędnych pytań.
Bez poczucia winy.
Usiąść.
Zamówić żeberka albo dorsza, królika pieczonego tudzież kaczkę w wiśniach.
Do tego piwo krzyżackie albo puckie.
A dlaczego spośród tylu atrakcji wybierają właśnie spożywanie złocistego trunku?
Dlatego, że nikt nie oferuje warsztatów z piwowarstwa.
Ot co.
Bo prawda jest taka, że jeśli nie udźwigniesz finansowo windsurfingu, jeśli nie lubisz przejażdżek 780-konną łodzią motorową, nie masz własnej żaglówki, a na rowerach z jakiegoś powodu nie jeździsz, to poza chodzeniem za swoimi pociechami po wymienionych wcześniej atrakcjach nad Bałtykiem pozostaje ci tylko kontemplacja przestrzeni...
No i oczywiście wieczorne karaoke w plażowym koktajlbarze.
Ktoś kiedyś powiedział, że zasady są po to, żeby je w życiu łamać.
Ja mam jedną zasadę – nie jeżdżę dwa razy w te same miejsca.
Powiem Wam jedno:
Nadal będę się jej trzymał.
Było deszczowo, drogo i po kaszubsku.
Jako pointę wyjazdu zacytuję Bartoszewskiego:
„Są w życiu rzeczy, które warto i są takie, które się opłaca, i nie zawsze to, co warto – się opłaca, nie zawsze to, co się opłaca – warto”.
Za rok Mazury.
I na pewno nie w lipcopadzie.
Epilog
Zawsze fascynował mnie proces myślowy kobiety podczas pakowania walizki na wakacje.
Jakież to części mózgu w tym uczestniczą?
Ja mam bardzo prostą filozofię:
Bielizna pomnożona przez liczbę dni plus dwie sztuki (na wszelki wypadek) i spodenki kąpielowe.
T-shirt pomnożony przez liczbę dni plus jeden (gdybym się pobrudził przy jedzeniu).
Do tego bluza, koszula wyjściowa, dwie pary krótkich spodenek, jeansy, jakieś długie spodnie wyjściowe i najbardziej uniwersalna kurtka przeciwdeszczowa.
Buty – adidasy, sandały – i dziękuję.
Moja żona bierze na przykład:
Dwie pary adidasów w dwóch kolorach, klapki, sandały, kalosze wysokie i niskie, „cichobiegi bagienne” – jak to sama nazywa – do biegania oraz buty eleganckie.
Bluzy, koszule, koszulki, koszulinki, bluzeczki, T-shirty w liczbie: dni razy dwa plus trzy na wszelki wypadek.
Dalej: spódnicę, spódniczkę, spodenki, spodnie eleganckie, jeansy, kurtki i kurteczki wyjściowe (ale przeciwdeszczowej brak).
Do tego stroje plażowe – osobny do opalania i osobny kąpielowy do pływania czy innego moczenia.
W sumie nie znalazłem tylko żakietu.
Pewnie na wypadek, gdyby na plaży nagle otworzyli teatr albo operę.
Kto to wszystko musi taszczyć?
Nie zgadniecie.
Młodsza córka idzie w ślady żony – nie będziemy się powtarzać.
Starsza natomiast to prawdziwy oryginał.
Jak weźmie to, co ma na sobie w dniu wyjazdu, spokojnie wystarczy jej na cały urlop plus dwa dni zapasu.
Dlatego też żona ubiera ją „na cebulkę” plus dwie rzeczy „do zrywki”.
Oczywiście zawsze kończy się to awanturą, bo przecież po co jej to wszystko.
W tym roku pogoda nas nie zawiodła.
Tu muszę pochwalić meteorologów – prognoza sprawdziła się w stu dziesięciu procentach.
Miało padać i padało.
A kiedy wyjeżdżaliśmy, nagle zapanowała patelnia.
Kulinaria przerosły same siebie.
Pierogi na sztuki po osiem złotych za jeden – hit sezonu.
Teraz czas na frytki.
Ja proponowałbym cenę pięćdziesięciu groszy za sztukę.
Myślę, że byłaby uczciwa.
Stare śledzie przepalone na oleju, żeby się nie zmarnowały – pychotka.
Na dobre jedzenie nad morzem zawsze można liczyć.
I tym razem również nas nie zawiodło.
Jeśli chodzi o odległość do morza – nikt mnie nie okłamał.
Miało być daleko i było daleko.
Tutaj plus.
Poprawili się od mojej ostatniej wizyty.
Najważniejsze, że tramwaj wodny nie kursował, więc nie zostawiłem kluczy w takim miejscu, żebym musiał później wpław zaiwaniać.
Gdyby nie to PKP, byłoby dwanaście na dziesięć.
W temacie PKP:
W drodze powrotnej – żaden z naszych dwóch psów mnie nie obrzygał, więc to również należy zaliczyć na plus – co trzydzieści minut leciała reklama w radiu.
PKP przekonywało w niej, że podróż pociągiem jest tańsza, szybsza, bardziej punktualna i komfortowa niż jazda autem, bo w trakcie można przeczytać książkę.
Powiem tak:
Nie wierzcie ani w jedno ich słowo.
Książkę na odcinku AmberOne na A1 też spokojnie mogłem przeczytać podczas jazdy, więc nawet ten argument odpada jako zaleta.
Do zobaczenia na Mazurach!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania