Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Wardnikant cz. VII.
- Dekompozycja - to złe określenie. Przejście, tak brudne, lekie, kojarzące się jak najgorzej - - ciągnie kudłacz - niesie pełnię... najdoskonalsze oczyszczenie. Żadna Postać, z tego, co się orientuję, nie próbowała się przeciwstawiać naturalnemu biegowi...
- Dobra, nie pieprz! - irytuje się Pati.
- ...nie zignorowała potrzebby tymczasowej śmierci.
- Co robicie z tym paskudztwem - zakopujecie?
- Zobacz, dziecko - ton przewodnika łagodnieje.
Zapaliłabym, ale nie mam co. Czuba - nawet nie pytam, czy poczestowałby fajką, może dałby - nasączoną niejaralnym świństwem, perfumami, albo trucizną, izotopami cezu, cykuty, czy innej strychniny.
No wreszcie - szosa! - po długich ćwierćwieczach słuchania opowieści z psychiatryka, błądzeniu niemal stuletnim - wychodzimy na utwardzoną - całkiem, nie podasfaltowaną plackami bitumicznymi - drogę. Jedno zakręciszcze, drugie, znak z nazwą miejscowości. Niby niedaleko, a czuję się wypompowana, Patrycja też wygląda, jakby całą drogę dźwigała na plecach menhir.
- ...idowice, więc już niedaleko. Sklep spożywczo-przemysłowy, dom kultury, chałupki nawet zadbane, płotów, strzech - brak, więc może to nie kolejna pojebana psychowieś, gdzie każdy zgrywa dziada, wpieprza kawior z glinianego talerzyka drewnianym widelcem, schlany jimem beamem śpiewa "Wiła wianki, wrzucała je do falującej wody" i udaje pańszczyźnianego, półżywego z głodu chłopa.
Siatka ogrodzeniowa, przęsła, blachodachówka, plastikowe okna, siding, samochody zaparkowane na wykostkowanych podjazdach, garaże-blaszaki, krótko mówiąc - nowoczesność pełnym ryjem, biedna, polsko-buraczana, ale prawdziwa. Współczesność ma "twarz"-pas przedni matiza, albo corsy B, jedno, cyklopie oko kosztującego niecałe dwa kafle chińskiego skuterka.
Jest i szkoła, typowa "tysiąclatka" w kształcie litery L, pomarańczowa, niemalowana od nowości.
Łapy nam się urywają, dzienny lunatyk, popierdzieleniec, rozgląda się nerwowo w poszukiwaniu... jest - i kumpel, i samochód. Kia opirus, przedlift, udający merca okularnika, południowokoreański szajs. Czym innym, jak nie atrapą, choćby wizualną, miałby jeździć jego znajomy, jak sie domyślam - mieszkaniec wioski nuworyszów-hipsterów i bunkrujących się gangusów?
Popłuczyny po obgniciu rzeczywistości? Zajebista bajucha, można by opowiadać dzieciakom w żłobkach, może któreś, co głupsze, by uwierzyły...
Tych dwóch oszołomów powinno założyć Ligę Ochrony Przed Panteizmem, chodzić od domu do domu jak jehowi i głosić, że to nieprawda, co twierdzą Hindusi, czy kto tam wymyślił ten bzdurny pogląd; wszystko absolutnie NIE jest bogiem, wielkim bytem mającym świadomość. Innych istot-wymiarów-odłamów-wariantów istnienia - też nie ma. Sekta dementian-szowinistów-prawiczków-kaligynefobów robiących w majty na widok co piękniejszych lasek, umierających ze strachu przed nimi; organizacja mentalnych gówniarzy, którym marzy się zostanie terrorystami niedojrzałości, dokonanie zamachu w imię pomszczenia uciśnionego, zgnębionego nieludzko rodzaju męskiego.
Ciekawe, ilu jeszcze jest w Polsce takich dziewiczych "szahidów in spe" - uśmiecham się, choć może sytuacja ma się dużo gorzej, niż mi się wydaje, choć to nie Juesej i nie ma powszechnego dostępu do broni palnej - te świrusy zdobyły ją na czarnym rynku, albo pokonstuowali samopały, bomby gwoździowe jakieś, brudne, dosłownie, eksplodujące gnojówką i obornikiem bomby.
A co, jeśli tych dwóch pociesznych jebusió "knuje wojnę", są członkami podwłodawskiego Projektu Chaos, naoglądali się kultowego filmu z Pittem i Nortonem, naczytali Palahniuka i rzeczywiście planują coś odpierdzielić?
Drugi z kolesi nie wyróżnia się niczym szczególnym, ot - zwykły, podtatusiały pięćdziesiecioparolatek z brzuszkiem i wąsami, w zamszowych pantoflach i beżowym sweterku w serek. Stoi obok beczkowatych pojemników, identycznych, jak ten, którego mam cholernie wątpliwą przyjemność taszczyć.
Cześć, cześć, faceci witają się półgłosem i półgębkiem, zaczynają coś tam nawijać w swojej gwarze. Cyrk, komedia, leśny lud niby zdradził nam najgłębszą tajemnicę Wszechświata, a teraz, jak się okazuje - znowu coś ukrywa. A, jaki szmok zrozumie schizofreników?
Patrzymy z Patrycją po sobie, jak ci mamroczą, kląskają, słuchamy wariackiego klangoru. Znowu pogubili się w tworzonej ad hoc mitologii?
W końcu, naćwierkawszy się z drugim czubasem do oporu, mówi (ludzkim głosem! po polsku! cud!), żebyśmy, zanim pojedziemy, spojrzały tylko. Że dziękuje za pomoc, w zasadzie dobre z nas dziewczyny, to nic, że mało bystre, większość ludzi nie grzeszy inteligencją. I byśmy rzuciły tylko okiem, zaraz siadamy - i w drogę, podstawiony jest prom do Szwecji, nie trzeba żadnych biletów, konsul RP odbierze uchodźców w Karlskronie.
Otwiera cztery pojemniczydła, zawartość tego, które niosłyśmy, wylewa na pobocze.
- I co, dalej nie wierzycie? - uśmiecha się, wyraźnie dumny. Kałużka zaczyna kipieć, buzować. Tańczą w niej złote opiłki, lilaróżowe "wafelki" z żaru, turlają się ogniste jabłka. "Ciecz", choć chyba średnio można ja tak określić, bezsprzecznie żyje, jest organiczną płachtą, na której niewidzialny projektor wyświetla ruchome jak sto diabłów, obrazy. Supernowe. Superprodukcje o dzielnych krasnoludkach ratujących swój świat-beczkę przed atakiem gigantów - ludzi.
- Kingsajz... się przypomina... - dukam. Biała, maleńka wieża stoi pośrodku chaosu. Otaczają ja ludzie-haftki, ludziki-szpilki, agrafki, stłuczone bombki choinkowe, szczerbate płatki śniegu.
Inne - człapią gęsiego za iskrą-przewodnikiem.
- Czasami coś przyklei się do brudu, pozostałości; jakiś elemencik niedogniłęgo świata: żeberko, ząb, wieś, pół miasta, czy kontynentu... Bywa, że musimy odrywać wraz z niebem całe, przyrośnięte płatki... Tu, zobacz - uciekinierzy z Rozgrodzia. Wlepili się w złuszczone strzępki - o nie szło odsklepić; próbowałem anwet odrywać główki - i nic, reszta trzymałą się, jak przylutowana - kudłaty tłumaczy nam i kumplowi, który kiwa głową potakująco.
- Co z nimi... będzie...?
- I to jest, ekhm, nieprzyjemny aspekt tej roboty. Trzeba się tego pozbyć w naturalny sposób. Zbiodegradować. Wchłonąć, krótko mówiąc, przesączyć przez siebie. Innego sposobu nie ma.
Faceci, z nietęgimi minami, klękają przy małym rozlewisku. Dwa bawoły u wodopoju, jeden - krótkowłosy, drugi - skrzyżowany z piżmowołem, wielkie bydlę ciągnące po ziemi oblepione błotem, jedzeniem i moczem, futrzysko.
Chłepczą, napełniają elektryczna wodą swoje sześćdziesieciokomprowe żołądki. Memłają w pyskach, przeżuwacze, płynne stalówki, półosie, nity, frędzle.
Kfplefłpf! Kfchlełfpf! - siorbią śluzawicami. Gfyg, gfyf, gfyyyf!! - wlewa się w paszczęki ciecz pełna żyjątek. Wygląda to na performance artystów-samobójców, którzy postanowili nachlać się ciężkiej wody, bromowej, królewskiej, ognistej, wszystkowypalajacej, kwasowej wody straceńców, durniów, kompletnych psychopatów. Wody ubezmózgowiającej.
- Agnieszka... - blada jak ściana Pati pokazuje zaktualizowaną mapkę zagrożenia. Nawet nie patrzę na wyświetlacz telefonu. Mam w sobie o wiele dokładniejszą, większą, bardziej czytelną mapę.
Wiem - parch jest tuż za zakrętem, zjadł wioskę z blachodachówki, pustaka i cegły. Pełznie po nas. Nie zdołałybyśmy uciec nawet, gdyby... zostawić idiotów, zabrać opirusa - i w długą... To jest zbyt szybkie. Zbyt głodne i drapieżne.
Kucam przy wieżyczce, nabieram dłonią "cieczy". Pełno w niej rozkrzyczanych, rozmodlonych mrówek, humunkulusiąt wyglądających, jakby pogodziły się z losem, nieuchronną śmiercią w zaświatach, które w ich przypadku są...
Gorzkie to, ale da się wypić. Nie cuchnie fekaliami, nie parzy jak kwas. Mogło być zdecydowanie gorsze w smaku.
...są w moim przełyku. Na inny Raj chyba straciły nadzieję.
Komentarze (2)
Doceń, jak uważnie czytam... albo Ty piszesz tak, że trudno zapomnieć raz przeczytanej treści.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania