Warownia 1

Rozdział Pierwszy – Wielka Warownia

 

„To, jak środowiska sfer wyższych oraz sfer niższych percypują naturę dnia, w którem to Bogowie się od nas odwrócili, jest idealnym przykładem dualizmu w naturze postrzegania naszego świata.” – Padraig Lydon, Człowiecza Natura

 

Księstwo Aberrach, 32 dzień Chłodnych Deszczy roku 719

 

Tamtego dnia chyba nie było momentu, żeby sala obrad w Wielkiej Warowni była pusta. Od samego ranka książę Artair IV Stary był oblegany przez generałów tudzież magów. Pod wieczór Wielki Książę miał spotkać się z mistrzem Detmondem. Niziołek, tak samo jak władca, niespecjalnie wyczekiwał tego spotkania.

Ciepło jakie biło z wystroju komnaty, mocno kontrastowało z ogólnym obrazem kamiennej warowni, nadgryzionej zębem czasu. Wszechobecne drewno oraz żyrandole miały za zadanie imitować poczucie blichtru oraz przepychu, który normalnie panował w takiego typu salach. Książę miał się tu czuć co najmniej komfortowo, a wnętrze nie mogło być dla niego przytłaczające. Artair jednak był daleki od uwielbiania tego typu wnętrz. Okres kształtowania swojej osoby spędził w zimnych oraz opanowanych wiecznym śniegiem Górach Sneachda, mieszczących się na południu Aberrach. Skazany na wygnańcze życie w wieku jedenastu lat, Wielki Książę był zmuszony przez większość swojego życia do bytu typowego druida. W szeregach Bractwa Skały był znany jako człowiek aktywny oraz skory do pracy, był również jednym z najmądrzejszych w szrankach tego kultu. Jedyne co go odróżniało to fakt, że prywatnie nie był pobożny, co zawsze przykuwało uwagę najstarszych z braci. To wszystko prowadziło do nieufności wobec jego osoby. Artair za nic nie chciał nazywać Pierwszych – Bogami, przez co często był zsyłany na najcięższe prace przy księgach, tudzież na najwyższych wysokościach gór. Kiedy Wielki Książę, w wieku dwudziestu lat dowiedział się o śmierci swojego brata Eosapha, który dziewięć lat wcześniej skazał go na wygnanie, wiedział że nie może przegapić takiej okazji. Kiedy po wielu miesiącach podróży, przez mroźne góry oraz lasy południa Aberrach, determinacja doprowadziła Artaira do Deas, a jego własna matka poznała swojego dawno zaginionego syna, Wielki Książę miał okazję w końcu zasiąść na tronie. Dwunasty z linii Eionów zaczynał swoje rządy mając dwadzieścia wiosen na karku. Tamtego dnia natomiast wybijała mu już pięćdziesiąta szósta. Nie były więc to wymarzone urodziny monarchy. Artair wolałby spędzić to święto wyprawiając gigantyczną ucztę lub orgię. Preferowałby nawet spędzić ten czas ze swoją żoną, jednak wiedział, że owe luksusy muszą poczekać jeszcze trzy dni. Do tego czasu był uwięziony, przez zaistniałe okoliczności, w tej przeklętej warowni.

Skrzypienie otwieranych drzwi rozległo się po sali, jednak odgłosy twardo stąpających stóp Detmonda, odzianych w czarne skórzane buty, szybko zagłuszyły postękiwania starych zawiasów. Ciepłe światło, otulające całą komnatę, na chwilę oślepiło maga, który wcześniej długo przebywał na spowitym ciemnościami podwórzu twierdzy. Artair wtenczas wpatrywał się w mapę wyspy Meadtuath mieszczącej się na wielkim sośnianym stole, który stał po środku pomieszczenia.

– Jakieś nowości Detmondzie? – zapytał donośnym głosem książę, nie odrywając wzroku od kawałka płótna. Jego ciemnoniebieskie szaty odznaczały się na tle całego wystroju sali.

– Pierwszy z pewnością znajduje się w tych okolicach, Wasza Wysokość – odpowiedział niziołek, powoli zbliżając się do stołu. Mistrz magii nie mógł się napatrzeć na ilość drewnianych mebli oraz ozdób znajdujących się w sali. Wszystko oprócz okien, karmazynowych zasłon wykonanych z drogiego płótna oraz kamiennej podłogi, było drewniane. W komnacie znalazło się miejsce na tak niepotrzebne rzeczy jak trofea myśliwskie czy różnorakie malowidła.

– Czy jego dokładne miejsce pobytu zostało ustalone? – Artair ściszył swój głos, gdy zobaczył ze Detmond dołączył do niego przy stole. Wzrok księcia był teraz zwrócony w stronę oczu mistrza magii. Niziołek odwzajemnił spojrzenie.

– Jak na razie jesteśmy na etapie wykreślania możliwych opcji. Niedługo powinniśmy poznać miejsce pobytu Pierwszego– odparł zmęczonym głosem Detmond.

– Tropiciele zostali poinformowani?

– Wszystkie kruki wróciły, więc nie mam co do tego wątpliwości, Wasza Wysokość.

– Czy wykryto obecność Intruza? – indagował monarcha, w tym samym czasie zbliżając się do okna. Kontakt wzrokowy pomiędzy mężczyznami dawno się urwał.

– Patrolujemy tereny powiązane z przypuszczaną lokacją Pierwszego. Jak na razie nie ma raportów o nieproszonych gościach – zmęczenie w głosie zmieniło się w postępującą beznamiętność odpowiedzi.

– Czy wiemy cokolwiek więcej o tym człowieku?

– Wstępne raporty mówią o mężczyźnie, wiek bliżej nieznany…

– Chodziło mi o nowe informacje Detmondzie – przerwał stanowczo książę.

– Jest duże prawdopodobieństwo, że Intruz współpracuje z Księstwem Soccair – odpowiedział lodowato mag.

Nastała cisza.

Artair spoglądał na swoje zmęczone niebieskie oczy, odbijające się w oknie. Jego chuda twarz o ostrych rysach jedynie uwypuklała jego wycieńczenie. Książę był na tyle wyczerpany, że nie zwracał już nawet uwagi na swoją bliznę na prawym poliku, oraz na fakt, że jego średniej długości siwe włosy nie zakrywają już jego prawego ucha, a raczej tego co z niego pozostało.

– Kontynuuj Detmondzie – odparł oschle monarcha.

– Raporty szpiegów, działających na terenie Księstwa Glehealch, traktują o zaobserwowaniu podobnego typu działalności na ich ziemiach – oznajmił równie chłodno mag.

– Rozumiem, że podobne raporty nie przychodzą od szpiegów w Księstwie Soccair?

– Nie, Wasza Wysokość.

– Wiesz Detmondzie… Nienawidzę braku kontroli. Tylko raz w życiu nie zapanowałem nad jakąś sytuacją…

– Mam tego świadomość, Wasza Wysokość – niziołek próbował przerwać wywód monarchy.

– Detmondzie! – warknął Artair. Książę znów spojrzał w stronę maga, odrywając swój wzrok od swego odbicia w oknie. Kwadratowa twarz Detmonda nie ukrywała przerażenia. Krzaczaste brwi skrzata uniosły się lekko do góry. Pot zgromadzony na gładko ogolonej twarzy, odbijał światło docierające z żyrandola wiszącego wysoko nad kamienną podłogą.

– Przepraszam, Przenajświętszy – odparł pokornie mag.

Cisza po tych słowach była nie do zniesienia dla zawstydzonego niziołka. Jedynie okazjonalne wtrącenia silnie wiejącego na zewnątrz wiatru, przerywały zaistniały nieprzyjemny spokój. Zabijający duszę wzrok księcia był krępujący dla Detmonda.

– Chcę wiedzieć więcej o tym Intruzie. Chcę w końcu usłyszeć jakieś konkrety. Chcę… Mieć w końcu święty spokój – wyliczał lodowatym głosem Artair. – Powiadom mnie, kiedy przyjadą tropiciele – dodał po chwili, odwracając swój wzrok w stronę drzwi.

– Naturalnie, Wasza Wysokość.

Głuche stukanie skórzanych butów Detmonda o kamienną podłogę warowni przez jakiś czas wypełniało salę obrad – cichnąc z każdym kolejnym krokiem – tylko po to, żeby całkowicie zniknąć w momencie, gdy mag otworzył potężne sośniane drzwi. Skrzyp starych zawiasów nieoficjalnie ogłosił, że w komnacie został sam Artair.

•R•

Ciepłe światło wylewające się z warowni silnie kontrastowało z zimnem, otulonej chłodnym lśnieniem gwiazd i księżyca nocy. Obłoki pary wodnej wymieszanej z kryształkami lodu, które wydobywały się z ust tropiciela, odbijały część światła rzucanego z nieskalanego chmurą nieboskłonu. Ciemna klacz, na grzbiecie której siedział Rodhlann, powolnym galopem wjeżdżała na drewniany most dzielący ich od wejścia do twierdzy. Jeździec zatrzymał konia, gdy zobaczył, że odziany w czerwoną kurtkę gwardzista zagradza im dalszą drogę.

– Ktoś ty? – krzyknął głębokim głosem mężczyzna, w tym samym czasie trzymając swoją rękę blisko pochwy, w której mieścił się miecz.

– Rodhlann… - jeździec zawahał się na chwilę – Tropiciel. Zostałem wezwany przez…

– Czekają na ciebie na górnym dziedzińcu – przerwał strażnik, schodząc jeźdźcowi z drogi.

Jeździec lekko poruszył wodzami konia, zmuszając go do ruchu. Biały puch osadzony na moście zaskrzypiał pod naporem kopyt.

Wjeżdżając na błotnistą drogę, która zawijasem prowadziła do górnego dziedzińca – lawirując przy tym obok stalowych kloszy, w których to paliły się średniej wielkości ogniska oświetlające drogę swoim ciepłym blaskiem – Rodhlann zwrócił uwagę na dużą ilość żołnierzy, których mijał po drodze. Niektórzy z nich obojętnie przechodzili obok wolno kroczącej klaczy tropiciela. Inni zaś stali małymi gromadkami przy źródłach ciepła, za które w tej sytuacji służyły im jasno świecące klosze. Hałas rozmów prowadzonych przez owe zgromadzenia, których częstotliwość występowania na drodze była wysoka, dekoncentrował jeźdźca, który nie przestawił jeszcze swojego słuchu na wszechobecny jazgot po pełnej ciszy podróży. Chmara postaci odzianych w ciężkie ciemne buty, pasiaste spodnie – przeplatające barwy czerni i bladego brązu – oraz czerwony tors z przyszytym miniaturowym herbem Aberrach – na którym to pośród jaskrawego tła mieścił się kruk, który w swych szponach trzymał czerwoną różę – była rozsiana prawie równomiernie po powierzchni całej warowni. Nawet na górnym dziedzińcu ich liczba była przytłaczająca. Pośród tego zgiełku, Rodhlannowi ciężko było znaleźć swój punkt docelowy na wielkim placu, za którym mieścił się główny budynek warowni zbudowany z wielkich kamiennych cegieł. Po chwili zakłopotania tropiciel w końcu wypatrzył miejsce, w którym go wyczekiwano. Mały skrawek gołej ziemi – a raczej błota – który w rogu mieścił trzy konie przywiązane do poziomo postawionej beli wydawał się być tym miejscem, w którym miał się znaleźć jeździec. Rodhlann zastanawiał się jedynie, czemu skrawek wypatrzonego przez niego gruntu nie roił się od ludzi. Gdy jeździec zbliżał się do owego miejsca, pytanie znalazło swoją odpowiedź. Na środku skrawka stał Biały Kruk, lub oficjalnie Detmond.

– Rodhlannie – odezwał się donośnym głosem mag. Tropiciel w tym samym momencie zszedł z konia i zaczął prowadzić go za wodze w stronę beli.

– Widzę, że drużyna na mnie nie czekała – odparł sarkastycznie mężczyzna.

Konie, obok których klacz tropiciela została zostawiona, były spokojne, a każdy miał inny kolor – od ciemnobrązowego po biały i srokaty. Natomiast kary wierzchowiec, którym mógł się pochwalić Rodhlann, był rzadkością.

– Coś się wydarzyło po drodze? – zapytał zaintrygowany Detmond. Trzymał swoje ręce w kieszeniach swojego jasnego – wykończonego futrem białego lisa w okolicach kołnierza – płaszcza. Odzienie mistrza magii kontrastowało z minimalnym okryciem tropiciela. Jedynie zbroja Rodhlanna – która w tym momencie była zakryta przez ciemny płaszcz – wydawała się emanować śladowymi ilościami przepychu. Jednak to wszystko było spowodowane obszyciem – wykonanym z cienkiej nici złota – które występowało na sklepieniach kolejnych warstw grubego i wytrzymałego materiału. Złote obszycie zaś zwiększało potencjał magiczny tropiciela, przez co magiczne siły nie opuszczały Rodhlanna, a przynajmniej nie w tak szybkim tempie. Złoto również zwiększało moc magicznych znaków, którymi posługiwał się jeździec boskiej śmierci.

– Czemu pytasz? – odparł zapytaniem mężczyzna.

– Kruk, którego wysłałem do ciebie wrócił jako pierwszy – oznajmił beznamiętnym tonem mag. Zgiełk w warowni trwał w najlepsze, przez co niziołek musiał zbliżyć się do tropiciela żeby zadać to pytanie.

– Cóż… Miałem przyjemność zetknąć się z kilkoma elfami w Lesie Haggrin – odpowiedział Rodhlann, odpinając pochwę, w której mieściło się diamentowe ostrze, z grzbietu swojego wierzchowca. – Co tu się w ogóle dzieje? – dodał po chwili, przewieszając pokrowiec przez swoje ramię.

– Znaleźliśmy kolejnego Pierwszego, Rodhlannie – powiedział Detmond. W między czasie obaj ruszyli w stronę głównego budynku warowni.

Powolnym krokiem zbliżali się do wielkiego kamiennego prostopadłościanu. Jego forma oraz kształt były bardzo prymitywne, jednak budowla ta nie miała wyglądać, miała spełniać swoją funkcję obronną. Wielka Warownia jednak nie spełniała obowiązków obronnych od przynajmniej stu lat. Twierdza ta była symbolem zamierzchłych czasów. Okresu wojen wymierzonych przeciwko nieludziom, prawowitym mieszkańcom wysypy Meadtuath. Teraz jednak warownie, znajdujące się głęboko w czeluściach Księstwa Aberrach, były wykorzystywane okazjonalnie. Wypełnione ludźmi były zazwyczaj wtedy, gdy odkryto miejsce pobytu jednego z Pierwszych.

Oczywiście książę w takiej sytuacji nie był potrzebny stacjonarnie. Władca mógł nadzorować wszystkim ze swojego pałacu w Deas, jednak tym razem sytuacja wyglądała inaczej. Można powiedzieć, że Artair był wysoce nieszczęśliwy, gdyż swój pobyt w Wielkiej Warowni uwarunkował potrzebą polowania na tych terenach. Wielki Książę chciał się jedynie rozerwać, uciec od miejskiego zgiełku na chwilę przed swoimi urodzinami. Polowanie oczywiście się powiodło, jednak powrót do Deas dzień przed swoimi urodzinami już nie.

Rodhlann pchnął wielkie sośniane drzwi, przez co ciepłe światło w środku warowni wylało się na zewnątrz. Ciepły blask był oślepiający dla Rodhlanna. Jego źrenice natychmiast się skurczyły.

Kamienny wystrój były surowy, dość nieprzyjemny dla oka. Ściany składające się z wielkich kamiennych bloków wyglądały jakby zaraz miały się zapaść pod własnym ciężarem. Natomiast z łukowatego sklepienia co jakiś czas zsypywał się materiał skalny, co mogło powodować pewien niepokój dotyczący stabilności tej budowli. Szeroki na kilkanaście metrów korytarz prowadził jedynie prosto do wielkiego przedsionka. Jednak nawet w łączniku znalazło się miejsce na trofea myśliwskie, ozdobne zbroje, czy czerwony dywan okrywający jedną trzecią kamiennego gruntu.

– Długo czekałeś na tym mrozie? – zapytał Rodhlann, spoglądając na niziołka.

– Niedługo… Spokojnie nie zmarzłem – odpowiedział beznamiętnie Detmond.

Weszli do przedsionka. Wysoko postawione sklepienie w korytarzu, w tym miejscu stało się jeszcze wyższe. W budynku roiło się od gwardzistów, ubranych w charakterystyczne czerwone płytowe zbroje. Co jakiś czas w oczy rzucał się sługa, ubrany w ciemne obcisłe szaty, oraz wysokie skórzane buty.

– Po co mu tyle ludzi? – rzucił niespodziewanie tropiciel.

Mag uśmiechnął się pod nosem.

– Wielki Książę bał się, że Pierwszy zwęszy jego obecność… Bał się ataku z jego strony. – odparł Detmond, prowadząc Rodhlanna w górę schodów, które mieściły się naprzeciwko korytarza, którym wcześniej szli.

– Nasz książę ma rozmach… – oznajmił pogardliwie jeździec.

– Wysoce niepotrzebny.

Rodhlann jedynie uśmiechnął się pod nosem.

W środku głównego budynku twierdzy, jak na taką ilość osób, było dość cicho. Głuche stąpanie butów o kamienne schody roznosiło się echem po przedsionku, co jakiś czas zakłócane szeptami strażników lub głuchym stukaniem płyt ich ciemnych pancerzy. Dźwięk ten przypominał stłumione dźwięczenie małego dzwonka.

Obaj weszli na piętro. Tutaj, w przeciwieństwie do korytarza na dole, łącznik był o wiele szerszy i prowadził do wielu rozwidleń. Czerwony dywan natomiast pokrywał całość kamiennej posadzki. Ilość trofeów myśliwskich tak samo jak i straży zwiększyła się.

Niziołek i tropiciel przechodzili obok ciemnych postaci stojących w bezruchu, rozstawionych po obu stronach korytarza. Pancerz efektywnie zakrywał zmęczenie ludzi, kryjących się za nim. Była już późna noc, jednak dalej nie doszło do zmiany warty.

– Którego Pierwszego znaleźliście? – rzucił niespodziewanie Rodhlann.

– Nie wiemy – odparł beznamiętnie Detmond, licząc na to, że ten dzień się wreszcie skończy.

– A Idlina? – indagował zniecierpliwiony tropiciel.

– Co w związku z nią? – odpowiedział znudzony mistrz.

– Coś więcej o niej wiemy?

Obaj skręcili w prawo.

– Miałem nadzieję, że ty mi przyniesiesz jakieś nowości.

– Nie jestem jedyną osobą w tym księstwie, która ją tropi. Myślałem, że może moja drużyna wpadła na jakiś świeży trop.

– Nikt nie wpadł na żaden świeży trop, Rodhlannie. Wszyscy żywiliśmy nadzieję, że może ty coś odnajdziesz.

– Badam to samo miejsce od Ciepłych Wiatrów, za każdym razem przynosząc tam wasze nowe magiczne zabawki… Nic z tego nie wychodzi.

– To tak naprawdę nasz jedyny trop.

– To czemu wysyłacie innych tropicieli w inne miejsca?

– Po pierwsze, wysyłamy ich w miejsca wyjątkowo aktywne magicznie, mając nadzieję, że akurat coś znajdziemy – zaczął niecierpliwie wyliczać niziołek. Detmond stawał się powoli zmęczony rozmową z Rodhlannem.

– Po drugie musimy pieczołowicie przebadać teren, gdzie ostatnio zanotowaliśmy jej obecność. – dodał po chwili mag.

Znowu skręcili w prawo. Wystrój korytarzy pozostawał bez zmian, a jedyną zmienną była ilość strażników, która zwiększała się, gdy zbliżali się do komnaty, w której przebywał Artair.

– Czyli mówisz, że moja magiczna latarnia nie zadziałała? – zapytał w końcu Detmond.

– Została przeładowana chwilę po zapaleniu. Kryształ w środku pękł… – odparł chłodno Rodhlann.

– Znowu ją przeciążyło…

– W tamtym miejscu jest po prostu za dużo magii…

– Niedługo znowu tam pojedziesz. – przerwał niziołek, dotykając lekko owłosioną dłonią swojej gładkiej twarzy. – Będę musiał zwiększyć pojemność magiczną tego urządzenia… - dokończył pod nosem.

Dwie ubrane w czerwony pancerz postaci, trzymające wielkie włócznie w swoich lewych dłoniach, stały dumnie obok masywnych drewnianych drzwi, umocnionych wąskimi stalowymi płytami ułożonymi wzdłuż łukowatych wrót. Te same postaci ani drgnęły, kiedy to Detmond za pomocą magii otworzył oddalone o kilka metrów drzwi.

Skrzek zawiasów stawał się coraz głośniejszy w miarę dalszego otwierania wrót. W końcu drewniana konstrukcja zatrzymała się, kiedy to mag oraz tropiciel stanęli w przejściu pomiędzy korytarzem a salą obrad.

Następne częściWarownia 2

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania