Poprzednie częściWarownia 1

Warownia 2

Światło wewnątrz komnaty wydawało się ciemniejsze od tego, jakie zastał tutaj Detmond kiedy po raz ostatni odwiedził w niej księcia. Jednak oprócz Artaira, w sali znajdowały się również trzy inne osoby, tropiciele z drużyny Rodhlanna.

Dwóch mężczyzn oraz jedna kobieta, wszyscy odziani w ten sam ciemny oraz długi do kolan płaszcz, przysłaniający tropicielski pancerz. Wszyscy mieli zwrócony wzrok w stronę jeźdźca oraz niziołka.

Tropiciel podszedł normalnym tempem w stronę stołu, na którym mieściła się mapa Meadtuath.

– Przenajświętszy… – przywitał się z księciem, kłaniając się oraz kładąc zaciśniętą prawą pięść na swojej lewej piersi.

– Tropicielu. – odparł beznamiętnie monarcha, kładąc swoją dłoń na blacie sośnianego stołu.

Rodhlann dołączył do swoich kompanów w szeregu, będącym w odległości około metra, od stojącego przed nimi stołu.

– Możemy zaczynać? – zapytał Artair, spoglądając w stronę niziołka, który stał po lewej stronie szeregu.

– Naturalnie, Wasza Wysokość – odparł mag.

Niziołek bez zastanowienia udał się w stronę księcia, zatrzymując się po jego lewej stronie. Sala na chwilę wypełnił dźwięk głuchego stąpania butów Detmonda o kamienną podłogę.

Rodhlann wtenczas powiódł wzrokiem po swojej drużynie, której członkowie stali po jego prawicy.

Tuż obok niego stała Eileen, jedna z niewielu kobiet w tropicielskim fachu. Co jeszcze ją odznaczało, to jej niezwykła oliwkowa cera oraz fioletowe oczy. Mimo faktu, że Eileen liczyła sobie już czterdzieści jeden wiosen, dalej wyglądała zadziwiająco młodo. Jej delikatne rysy twarzy były komplementowane przez jej długie i aksamitnie brązowe włosy. Tropicielka mogłaby być muzą dla wielu artystów, jednak na przeszkodzie stała jedna rzecz. Fakt, iż miała złamany nos. Swoista pamiątka po wykonywanym zawodzie.

Natomiast po prawej stronie Eileen stał Albion – również czterdziestojednolatek oraz najniższy tropiciel w drużynie. Swój wzrost nadrabiał jednak masą mięśniową, a jego obła twarz, łysina oraz krótki zarost powodowały, iż wyglądał groźnie jak na człowieka o jego wzroście.

Na samym końcu szeregu zaś stał Carrow: najstarszy oraz najwyższy z drużyny. Rodhlann, który był uważany za wysokiego mężczyznę, dosięgał swojemu starszemu koledze wyłącznie do ramion. Dla ludzi wrażliwych (oraz niskich) była to jednak ulga, gdyż widok twarzy Carrowa mógłby ich obrzydzić. Jego facjata była pokryta różnymi bruzdami oraz bliznami – na szczęście niektóre z nich były zakryte przez siwy zarost tropiciela. Wypada dodać również, iż Carrow nie posiadał jednego oka, natomiast drugie szmaragdowe, wydawało się emanować własnym oraz lekkim światłem. Jego siwe oraz zaczesane do tyłu włosy uwydatniały podłużny kształt jego twarzy.

Detmond stanął w miejscu. Jedynie jego barki, szyja oraz głowa wystawały zza jasnego blatu. Wszystkie oczy w komnacie były zwrócone w jego stronę.

– Udało nam się ustalić miejsce, w którym przebywa teraz Pierwszy… Mniej więcej – zaczął niziołek swoim szorstkim głosem.

– Ze wstępnych oraz bardzo ogólnych informacji, których dostarczyli nasi zwiadowcy, wynika na to, że miejsce pobytu A’Chiada znajduje się w okolicy wsi Lahvann. Chodzi mi dokładnie o obszar położony na północ od niej.

Detmond zapukał knykciami w sośniany stół pięć razy, po czym lekko pchnął ręką przed siebie. Białe pióro – leżące na krawędzi blatu – zaczęło lewitować w powietrzu. Człowiek nawet nie zdążył mrugnąć, a przedmiot już był maczany w kałamarzu z czerwonym atramentem. Po chwili natomiast pióro zostało wprowadzone w ruch i zaznaczyło okrąg, tuż przy wsi Lahvann, która mieściła się pośrodku Lasu Haggrin. W tym samym czasie mag zataczał koło na blacie stołu, za pomocą palca wskazującego. By to uczynić jednak, musiał najpierw stanąć na palcach, przez co niziołek wyglądał jak dziecko, które ze swojej nieopanowanej ciekawości spoglądało na to, co znajdowało się na stole.

Rodhlann uśmiechnął się pod nosem.

Wtenczas Dwunasty z linii Eionów ślepo wpatrywał się w mapę wyspy Meadtuath. Jego szczególną uwagę przykuwało Księstwo Soccair. Książę dobrze wiedział, że widmo trzeciej Cogadh Mor – czyli Wielkiej Wojny – ciążyło nad wyspą. Wykrycie Intruza, który mógł mieć powiązania z przeciwnikiem, jedynie podsycało nastroje.

„Ten chłopak musi być kluczem do sukcesu” – pomyślał Artair, spoglądając na Rodhlanna. Wyraziste rysy twarzy młodego tropiciela przykuły uwagę księcia. Tak samo jak jego średniej długości blond włosy, oraz oczy o lekko złotym kolorze.

– Jaka jest rzeźba terenu na tym obszarze? – zapytał Carrow, swoim głębokim oraz szorstkim głosem.

– Mapy wskazują na iglasty las, żadnych wzniesień oraz jaskiń – odparł spokojnie niziołek. – Miejsce natomiast jest aktywne magicznie.

– Jak bardzo? – indagowała Eileen.

– Nie jesteśmy w stanie dokładnie zmierzyć… Nie mówimy jednak o ekstremach.

– Jak duże jest prawdopodobieństwo, że natrafimy tam na Idlinę? – wyrzucił z siebie Rodhlann.

Wszyscy zwrócili swój wzrok na niego. Detmond westchnął błagalnie.

– Nikt tego nie wie, Rodhlannie – oznajmił lodowato niziołek. – Jedyne co wiemy to to, że któryś z A’Chiad tam jest.

Za oknem ruszył się wiatr, gdy w sali nastała nieprzyjemna cisza.

„Hamuj się” – pomyślał jeździec boskiej śmierci.

Nie mógł mieszać swoich uczuć w tę misję, jednak chęć zabicia Idliny była od niego silniejsza. Sam jednak dobrze wiedział, że tak błaha rządza krwi będzie jedynie przeszkadzać. Nie był w stanie przekuć tego głodu w skupienie. Za każdym razem kiedy przez jego myśli przechodziła Idlina – co konsekwentnie powodowało myśli o Stelli ¬– nie był sobą, zaczynał odrywać się od rzeczywistości.

„Zemsta przyjdzie w swoim czasie” – pouczał samego siebie.

– Czy macie jakieś pytania? – zapytał po chwili mistrz magii. – Oczywiście… Ochronne runy dostaniecie za chwilę, jednak mam dla was jeszcze jedną rzecz. – dodał, oddalając się od stołu.

Detmond podszedł do półki znajdującej się za sośnianym stołem, po czym podniósł z niej cztery krótkie sztylety, schowane w skórzanych pochwach. Niziołek zbliżał się do lady powolnym krokiem.

– Wolałem być przy tym ostrożny – oznajmił Biały Kruk, kładąc sztylety na sośnianym stole. – Są do waszej dyspozycji.

Dźwięk wyciągania ostrzy z futerałów wypełnił salę. Jasnoniebieskie brzytwy o długości przedramienia były prawdziwym dziełem sztuki. Sztylety były wyposażone w ozdobne rękojeści. Złote węże oplatały ramiona jelców, a samo ostrze było ozdobione magicznymi glifami.

Na spojeniu ostrza z rękojeścią znajdowało się okrągłe wgłębienie. Miejsce to, w czasie walki, było zazwyczaj okupowane przez magiczną runę.

– Diamentowe? – zapytał Albion, swoim charakterystycznym wysokim głosem.

– Naturalnie. – odparł Artair, po czym odszedł od stołu. Swój wzrok utkwił w krajobrazie za oknem.

– Wyruszacie za trzy godziny… Dla niektórych z was będzie to pierwszy kontakt z A’Chiadem. – dodał, odwracając się.

Monarcha spojrzał na Rodhlanna.

– Spróbujcie odpocząć… Detmond zaprowadzi was do waszych komnat – kontynuował Wielki Książę, spoglądając na siewców zagłady swoim przenikliwym wzrokiem.

W tym samym czasie Detmond zaczął rozdawać tropicielom ochronne runy, których kolor przypominał wieczorne słońce.

– Dla pewności naładujcie je jeszcze – oznajmił niziołek, prowadząc drużynę w stronę wyjścia.

Głuchy stukot wraz z porywistym wiatrem na zewnątrz tworzył symfonię wypełniającą salę obrad. Ład ten jednak został zaburzony, gdy stare zawiasy potężnych drzwi zagrały swoją melodię.

– Nie zawiedźcie mnie. – powiedział beznamiętnie Artair.

Po chwili książę został sam w sali.

•R•

Komnata Rodhlanna nie należała do najskromniejszych. Mimo faktu, iż była stosunkowo mała – bo niewiele większa od pokoi, które można było znaleźć w każdej lepszej gospodzie – to jednak była ona bogato wyposażona w różnego rodzaju regały lub stoliki. Pomieszczenie to jednak zazwyczaj było użytkowane przez generałów, więc obecność tych mebli nie powinna dziwić.

Mężczyzna zaczął powoli rozpalać w małym kominku, który mieścił się naprzeciwko łóżka. Tropiciel uklęknął na kamiennej podłodze i pochylił się w stronę paleniska.

„Magia nie ładuje magii” – powtarzał sobie w myślach, podczas gdy ocierał krzemień o maleńką stalową płytę.

Po chwili blask ciepłego światła oświetlił spowitą ciemnościami komnatę.

Rodhlann położył runę ochronną na podłodze blisko ognia. Ciemnopomarańczowy kamień zaczął ożywać. Minerał wyglądał jakby uwięził w swoim wnętrzu kawałek oceanu. Magia, którą zaczęła wypełniać się runa, majestatycznie falowała, odbijając się przy tym od ścianek kamienia. Po chwili minerał zaczął emanować własnym, lekkim ciemnopomarańczowym światłem.

Jeździec boskiej śmierci wpatrywał się we freski, które tworzyły płomienie. Zwinnie tańczący ogień, dumnie pnący się do góry, powoli usypiał Rodhlanna.

Mężczyzna po chwili zasnął odwrócony w stronę kominka, siedząc w poprzek łóżka, opierając swoją głowę o kamienną ścianę.

W tym czasie taniec ognia powoli stawał się coraz mniej widowiskowy. Gwałtowne ruchy płomienia uspokoiły się, freski, które zataczał, stały się bardziej przewidywalne oraz mniej zamaszyste. Runy, leżące niedaleko kominka, powoli wypełniały się magią. Fale w ich wnętrzu również się uspokoiły.

Ciepłe światło iluminowało twarz śpiącego Rodhlanna.

•R•

– Konklawe druidów zbliża się wielkimi krokami – wtrącił niziołek, spoglądając na stojącego przy oknie księcia.

Świece oświetlające salę obrad powoli się wypalały. Na terenie warowni zaś było zadziwiająco cicho.

Monarcha przejeżdżał swoją dłonią po delikatnym materiale karmazynowych zasłon.

– Jak co roku… – odezwał się po chwili Artair. – Od kilkudziesięciu lat z kolejnych konklawe nic nie wynika. – dodał protekcjonalnym tonem.

– Ostatnim razem, gdy mieli coś do powiedzenia, zmusiliśmy ich do milczenia. – odparł chłodno mag.

– Po to by nie wzbudzać paniki… Chyba, że chciałeś mordu wszystkich Rodhlannów? – zapytał beznamiętnie Dwunasty z linii Eionów.

– Na pewno nie chciałem niszczyć czyjegoś życia z powodu imienia jakie nosi.

– Teraz masz pretensje o to, że uciszyliśmy druidów? Czy o to, że ten chłopak może być naszym kluczem do zwycięstwa?

Detmond zamilkł.

Artair schował dłoń do kieszeni swojej ciemnoniebieskiej szaty i spojrzał na stojącego przy stole maga. Słabnące z każdą minutą światło powodowało, że sylwetka Białego Kruka była ledwo widoczna. Jedynie połowa ciała niziołka była dostatecznie dobrze oświetlona, by książę mógł cokolwiek zobaczyć. Tak samo było z salą, której jedynie centralna część była zalana słabym oraz ciepłym światłem świec, podczas gdy najdalsze zakamarki komnaty były spowite ciemnościami.

Wymiana zdań pomiędzy księciem a magiem wyglądała zatem jak przedstawienie na deskach wielkomiejskiego teatru.

– Wieśniacy by go zabili, gdyby się dowiedzieli, że ktoś może tknąć ich bożków – oznajmił lodowato Wielki Książę. – Ilu tropicieli straciliśmy tylko przez to, że przejechali przez teren jakiejś wsi? Teraz wyobraź sobie reakcję tych samych ludzi, kiedy usłyszą, że na świat przyjdzie dziecko o imieniu Rodhlann i będzie „jeźdźcem boskiej śmierci”. Uratowaliśmy tego chłopca Detmondzie.

– Kiedy ten chłopak pozna prawdę? Kiedy ten chłopak zrozumie, że to nie przypadek, że jest tak świetnym wojownikiem? Kiedy zrozumie, że na jego poszukiwania wydaliśmy równowartość połowy skarbu księstwa? Kiedy zrozumie, że jego normalne życie zostało poświęcone dla tyrady trzech księstw? Tyrady, której celem jest zdobycie jakiejś przeklętej Korony Bogów. Kiedy ten chłopak pozna prawdę?!

Oczy Artaira pozostawały bez wyrazu, podczas gdy Detmond wyrzucał z siebie kolejne pytania.

– Pozna wtedy, gdy zostanę ukoronowany królem Meadtuath – odparł spokojnie książę.

„Czyli nigdy” – pomyślał mag.

– Jednak do tamtego momentu będziemy go chronić ¬– dodał po chwili Wielki Książę, spoglądając za okno.

Leniwie wznoszące się zza horyzontu słońce iluminowało swoją ciemnopomarańczową barwą obrys gór, których ostre turnie były zanurzone w wiecznej oraz grubej pokrywie białego puchu.

Poranne światło słońca przebijało się przez powierzchnię zamarzniętego okna komnaty, lekko ją oświetlając.

– Do tej pory chroniliśmy tylko siebie – oznajmił lodowato Detmond.

Monarcha tego nie skomentował. Jedynie odwrócił się w stronę okna i znów zaczął dotykać zasłon. Materiał pod jego palcami był miękki oraz delikatny. Firanka w tej komnacie nie była gruba. Przysłoniwszy okno, miała jedynie lekko blokować ostre światło, docierające z zewnątrz.

– Masz coś jeszcze do dodania? – zapytał po chwili wahania książę.

– Nie ignorujmy konklawe – odparł natychmiast niziołek. – Druidzi zrobili się ostatnio naprawdę cisi.

Monarcha nie odezwał się.

„Czyli zignoruje konklawe” – pomyślał mag.

Detmond ruszył w stronę wyjścia. Po raz kolejny stąpanie butów niziołka o kamienną podłogę rozległo się po sali, będąc przy tym jedynym źródłem jakiegokolwiek dźwięku. Stojąc tuż przy drzwiach (tym razem Detmondowi nie chciało się ich otwierać za pomocą magii) mag na chwilę stanął. Po chwili patrzenia na sośniane wrota, odwrócił się w stronę Artaira.

– Ah… I wszystkiego najlepszego, Wasza Wysokość – oznajmił wychodząc z komnaty.

Monarcha znów milczał.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Vespera 2 miesiące temu
    Tak się to trochę zaczyna jak stereotypowa gra fantasy, w której trzeba zebrać drużynę i iść pokonać zło. Ale ja lubię fantasy, nawet stereotypowe, będę więc czytać dalej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania