Wartmin Tajemnice Corvasji Rozdział trzeci "Akademia Magnim"

Rozdział trzeci

Akademia Magnim

 

Od samego progu drzwi już widać było, że w tym miejscu uczy się magii. Ściany wejścia do akademii były śnieżno-białe z licznymi malowidłami prezentującymi różne wyczyny magów. Co chwila malowidło na ścianach zmieniało się na inne jednocześnie się poruszając i dając niesamowite prezentacje zanim obraz się znowu zmieni. W powietrzu lewitowały świetliste kule, które Rose już tak dobrze znała. Dach był cały pokryty roślinami o różnych kolorach, które poruszały się na lewo i prawo rozpraszając przyjemny zapach gdziekolwiek postawi się nogę. W różnych kątach znajdowały się posągi rycerzy w grubych zbrojach i z wielkimi rogami, wysokie kolumny, fioletowe dywany z czego kilka zaczęło latać i pofrunęło w głąb korytarzy, książki, listy i kartki latające na lewo i prawo, okna, które zamiast szyb miały żółte, magiczne tarcze oraz wielkie wygodne, kanapy i krzesła pod ścianami, które większość uczniów już zarekwirowało dla siebie.

Rozejrzeli się po pomieszczeniu chcąc znaleźć resztę swoich przyjaciół. Hol, do którego prowadziło wejście główne był naprawdę duży i wręcz roiło się tam od innych uczniów rozmawiających ze sobą albo pokazujących innym swoje moce. Szkoda, że wielu to naprawdę kiepsko wychodziło, ponieważ jeden chłopak niechcący się poparzył w rękę własnym płomieniem a inna wysoka dziewczyna ze szpiczastymi uszami zamieniła poduszkę jednej z kanap w kamień. Zauważyli też innego chłopaka rozmawiającego z kimś stojącym za kolumną. O dziwo był naprawdę dobry w korzystaniu z magii. Wyciągnął rękę, błysnęło pomarańczowe światło i pojawił się wielki, ostry topór. Błysnęło jeszcze kilka razy i broń się co chwile zmieniała. Miecz, włócznia, sztylet, łuk i potem nic. Szybko poznali tą osobę. Podeszli bliżej i zobaczyli też osobę, z którą rozmawiał. Byli to ich przyjaciele, Thomas Valentin i Ivy Fiore.

Thomas był podobny wzrostem do Termisa i Rose z ciemno-brązowymi włosami, pomarańczowymi oczami, prostym nosem oraz sporą blizną na prawym policzku. Pochodził z jednej z najbogatszych i najsilniejszych rodzin w całym królestwie więc nie było zaskoczeniem to, że szybko nauczył się kontrolować swoje moce. Zwłaszcza po jego codziennych treningach z ojcem. Ivy bardzo się wyróżniała na tle ich grupy z powodu jej rasy. Była trochę niższa od Thomasa, miała zieloną skórę i oczy, jasno-niebieskie włosy, bardzo wysokie uszy, które wyrastały jej lekko ponad głowę, mały nos, ostro zakończone palce oraz długi, cienki ogon. Pochodziła z arystokracji, ale z innego kontynentu. Jej rodzice dogadali się z królem i wysłali ją tutaj, żeby mogła zdobyć lepszą edukacje magiczną. Każdy kto ją choć trochę zna wie jak bardzo się do tego przykłada. Pochłania najwięcej książek i zawsze była bardzo ambitna w swoich celach. Czasami nawet za bardzo i była gotów przesiedzieć tydzień bez spania, żeby zdobyć o jeden stopień więcej.

Jak tylko zobaczyli Termisa pomachali mu szczęśliwie, ale przerwało to typowe powitanie Rose. Thomas szybko zrobił unik zanim z jego żeber zostaną tylko prochy, ale Ivy nie miała tyle szczęścia.

— Co tam u was? — zapytała się Ivy uzupełniając płuca zapasowym powietrzem na wypadek kolejnego ataku Rose.

— Zamroziłem podłogę — Odrzekł Termis.

— Prawie wywróciłam pracownika zamku — Odrzekła Rose.

— Czyli wszystko w normie — Odpowiedziała Ivy dosyć przyzwyczajona do takich wydarzeń — Właśnie mówiłam Thomasowi, że ostatnio naprawdę dobrze mi idzie magia. Dzisiaj rano udało mi się sprawić, żeby zasadzone nasiona natychmiast wykiełkowały. Szkoda, że chwile potem zwiędły... — napomknęła smutno.

— Nie przejmuj się tym tak bardzo — powiedział jej ciepło Thomas i poklepał po ramieniu — każdy ma takie problemy na samym początku. Na przykład ja przez długi czas potrafiłem co najwyżej wyczarować jeden sztylet. Do tego był tępy jak decha — dodał a reszta parsknęła śmiechem.

Kontynuowali rozmowę o tym co im tylko przyszło na myśl tak jak zazwyczaj. Brakowało jeszcze dwóch ludzi. Lucy i Drake’a. Zazwyczaj trzymali się razem i też razem sprawiali kłopoty tam, gdzie byli. Jest prosta i niezawodna metoda na znalezienie ich. Po prostu patrz tam, gdzie jest jakieś zamieszanie, ponieważ jest duża szansa, że to oni są jego sprawcami. Ta metoda znowu okazała się niezawodna, bo zauważyli jak dwójka ludzi kłóci się z kamiennym posągiem kruka blokującym drzwi do korytarzy.

Lucy Blitz była najwyższa z grupy z ciemnymi, krótkimi włosami, w których zawsze miała jakieś dekoracje, ciemno-zielonymi oczami, piegami na policzkach i kolczykami. Wyglądała trochę inaczej niż reszta grupy, ponieważ nie pochodziła z arystokracji więc nie ubierała się tak dostojnie. Pomimo tego reszta jej kumpli nie miała nic przeciwko jej obecności a ich więź pogłębiał fakt, że ona też była magiem choć nie miała magicznych rodziców. Takie przypadki są naprawdę rzadkie, jak to im tłumaczyła Ivy. Obok niej stał Drake Starmin. Miał blond włosy, troche niższy od reszty grupy, złote oczy oraz ostrzej zakończone paznokcie i fioletowe znamię na szyi. Mówił, że paznokcie i znamię to pozostałość po jakiejś rzadkiej chorobie, którą dostał jak był mały. Wychowywali go dziadkowie, ale Drake zawsze musiał przed nimi ukrywać przyjaźń z Ivy i Lucy, ponieważ nienawidzą takich osób. Wielokrotnie mówił, że czasami wolałby żyć na ulicy niż pod jednym dachem z takimi ludźmi. Nigdy się nie spotykali w jego domu choć szkoda, bo jego dziadkowie mają dom niedaleko najładniejszych plaż.

— No weź daj nam przejść — powiedziała zirytowana Lucy do posągu — Przecież jesteśmy uczniami to czemu nie możemy pozwiedzać szkoły?

— Dyrektorka zabroniła wchodzić na teren tego korytarza — odpowiedział spokojnie kamienny posąg kruka — A ty nawet nie próbuj — dodał jak Drake spróbował się przekraść obok niego i zablokował mu drogę skrzydłem.

— Ty to umiesz psuć zabawę. Chodź Lucy, znajdźmy resztę. — Powiedział pokonany Drake i szybko zauważył swoich przyjaciół — O, to było proste.

Podbiegli do reszty i się z nimi przywitali. Rose i Termis poczuli to samo uczucie szczęścia, kiedy widzieli całą grupę razem. Znali się już osiem lat i przez ten cały czas ich więź była nie do zerwania nawet pomimo kilku mniejszych konfliktów i kłód rzucanych im pod nogi przez innych ludzi, którzy uznawali ich przyjaźń za coś haniebnego i ohydnego. Spotykali się praktycznie codziennie wychodząc na wycieczki, nocowania, imprezy i napady na pole jabłoni niedaleko domu Lucy. Termis zawsze odgrywał role Lidera grupy i to on zazwyczaj wychodził z inicjatywami albo po prostu reprezentował grupę w różnych przypadkach, zwłaszcza kiedy ktoś coś nabroił. Thomas i Ivy znali się najlepiej na magii i pomagali reszcie w opanowaniu ich mocy, Ivy była też głosem rozsądku, kiedy ktoś wypalił zbyt głupim pomysłem. Rose utrzymywała wszystkich w dobrym nastroju i zdobywała to co najlepsze za pomocą swojego pochodzenia a Drake i Lucy zawsze pokonywali chwile nudy gadżetami które Lucy sama tworzyła albo sztuczkami, które znał Drake.

Zanim rozmowa zaczęła się na nowo otworzyły się wielkie drzwi w holu i wyszedł z nich Hektor.

— Witajcie uczniowie, pora na rozpoczęcie nowego roku — powiedział głośno — Dyrektorka powita was i wytłumaczy wam to co musicie wiedzieć. Teraz za mną.

Cała podekscytowana grupa poszła za Hektorem razem z całą rzeszą innych uczniów. Korytarze zamku były naprawdę duże więc bez większego problemu mogły pomieścić taki natłok ludzi. Im dalej w głąb szkoły tym więcej magii można było zobaczyć. Jeszcze więcej ksiąg i listów latających w różne kierunki, żywe posągi rozmawiające ze sobą, wielkie świecące trofea zdobyte przez dawnych uczniów, poruszające się szkielety różnych zwierząt. Po jakimś czasie Hektor zaprowadził do ogromnego, okrągłego pomieszczenia, które prowadziło na różne piętra jednak nie miało żadnych schodów. Pod nimi była tylko przepaść wypełniona na samym dole cyjanową woda. Gdy tylko wystawiło się nogę w przepaść to kamienny most sam się tworzył dokładnie tam, gdzie chciałeś iść. Kiedy parę osób przechodziło przez most na raz całe pomieszczenie wyglądało strasznie chaotycznie, ale każdy most prowadził do celu.

— Schody są tak zaczarowane, żeby nikomu nie stała się krzywda — powiedział Hektor prowadząc ich do dużych drzwi z napisem “Sala główna” — A zresztą nawet jak ktoś spadnie to woda jest tak zaczarowana, żeby uniosła was z powrotem do punktu wyjścia. Ale lepiej nie skaczcie, bo jeszcze zaklęcie może się popsuć.

Hektor otworzył drzwi głównej sali i uczniowie weszli za nim do środka. Ujrzeli ogromne pomieszczenie; co najmniej trzy razy większe od holu. Okrągły, szklany dach podtrzymywały wielkie kolumny, na końcu sali znajdował się półokrągły stół, przy którym siedziała spora grupa ludzi a na ścianie ponad nimi znajdował się złoty kruk oraz portrety dawnych dyrektorów. Na ścianach wisiały też tablice z różnymi ogłoszeniami czy zasadami a reszta pomieszczenia była pusta. Hektor zatrzymał się przed nimi.

— To tutaj. Za chwilkę zaczniemy.

Nagle ciało Hektora błysnęło na granatowo i dosłownie zapadł się pod ziemie, żeby po paru sekundach wyłonić się z podłogi obok stołu nauczycieli i usiąść w jednym z wielkich, złoto-fioletowych krzeseł.

— Nawet nie wiecie jak często wyskakuje z podłogi w domu — powiedział Termis do reszty.

Znaleźli sobie mniej zatłoczone miejsce przy jednej z kolumn i czekali na to co się zaraz wydarzy. Inni uczniowie stali na środku komnaty i też czekali rozmawiając ze sobą, ale tym razem nikt nie próbował używać mocy przed całym gronem pedagogicznym. Nagle Rose i Termis zauważyli dwójkę ludzi odchodzących od grupy osób tej samej rasy co Ivy z zbrzydzeniem na twarzy. Jedna z nich miała wręcz nienormalnie długą szyje oraz kręcone blond włosy a obok niej szedł niski chłopak z brązowymi, kolczastymi włosami.

— Hej, Ter, czy to nie oni naśmiewali się z tych niebieskoskórych ludzi na placu? — zapytała się Rose.

— Ta, to oni. Widzę, że nie tylko do nich mają jakiś problem — wycedził Termis patrząc jak dwójka rozmawia z grupą innych ludzi. Na pierwszy rzut oka już widać, że nie za bardzo miłych.

— Mówicie o nich? Znam ich — powiedział Drake wskazując na dwójkę ludzi — Są rodzeństwem. Marcus i Elise Hassenowie.

— To są Hassenowie? — zapytał zaskoczony Termis.

— Tak. Moi dziadkowie przyjaźnią się z ich rodzicami i czasami u nas byli. Właściwie to raz, bo nie za bardzo się polubiliśmy — dodał sarkastycznie — Ich rodzinę i moich dziadków łączy tylko nienawiść do każdej rasy poza ludzką, gardzenie biedniejszymi oraz ego większe niż ten kontynent. Dlatego jak tylko ta dwójka pojawiła się w moim domu od razu zaczęliśmy się nienawidzić. Oraz dlatego, że wyrzuciłem im do soku pryszczowate cukierki Lucy. Przez resztę dnia wyglądali jak ogry.

Rose i Termis zaśmiali się wyobrażając sobie rodzeństwo wychodzące z domu Drake’a pokrytych pryszczami wielkości orzechów włoskich.

— Chyba mój najlepszy projekt — szybko dodała do rozmowy Lucy — Jak coś kilka mi zostało więc możemy to powtórzyć.

— Ja odwrócę ich uwagę a ty wrzuć im cukierki do picia — szepnął Drake uśmiechając się niczym geniusz zła.

— O nie! Żadnych takich akcji w szkole! — syknęła Ivy łapiąc Drake’a za ramie — Nie po to czekałam osiem lat na dzień, w którym znajdę się w akademii tylko to to, żeby mnie z niej wyrzucili pierwszego dnia!

— A możemy wylecieć za tydzień? — zapytał się żartobliwie Drake, ale Ivy tylko obrzuciła go srogim spojrzeniem — No dobrze, żadnych wygłupów dzisiaj. No ale wracając do tego co mówiłem. Uwierzcie mi, że nie chcecie się z nimi zadawać. Ta dwójka i ich rodzina to chyba najbardziej aroganccy ludzie w całym królestwie jak nie na całym świecie.

— Więc lepiej, żeby nie próbowali niczego wrednego z Ivy i Lucy — powiedział Thomas a Ivy uśmiechnęła się do niego ciepło — Hassenowie... już i tak za dużo o ich słyszę w domu.

Lucy tylko zrobiła zdziwioną minę. Termis to zauważył i powiedział:

— Nigdy ci nie mówiliśmy o konflikcie naszych rodzin?

— Mówiłeś mi tylko, że twój ojciec i ojciec Thomasa się strasznie nienawidzą, ale nic o całych rodzinach.

— Cały konflikt trzyma się już jakieś osiem lat — tłumaczył jej Termis — Tibersowie, Valentinowie i Hassenowie to najsilniejsze i najbogatsze rodziny w królestwie. Przez lata są skłócone i walczą o wpływy i pieniądze.

— To prawda — dodał Thomas — Ledwie przekonałem ojca, żeby pozwolił mi się z tobą spotykać. Mówił, że “Hektor wykorzysta to jako broń przeciwko naszej rodzinie” — westchnął przypominając sobie te wszystkie momenty, kiedy ich rodzice prawie rozerwali grupę na strzępy.

— Mój dziadek mówi, że strasznie go to irytuje — dodała Rose która też się dołączyła do rozmowy — podobno ludzie z każdej rodziny chcą go non stop przekonać do swoich poglądów. Głównie tego jak traktować wszystkich nie-ludzi.

— Ale na szczęście twój dziadek ma łeb na karku — powiedziała szczęśliwa Ivy — To on pozwolił mojej rasie chodzić do akademii chociaż od setek lat mogliśmy tylko pomarzyć.

Nagle rozmowę przerwały fioletowe błyskawice, które rozjaśniły cały pokój i towarzyszył temu potężny grzmot. Wszyscy uczniowie się wzdrygnęli, kilku krzyknęło ze strachu i zasłonili sobie głowy rękami. Pomimo wielkości błyskawicy sufit nie był ani trochę uszkodzony. Po chwili usłyszeli starszy, kobiecy głos.

— Skoro wszyscy są już cicho to możemy zaczynać.

Z środkowego siedzenia przy stole nauczycieli wstała starsza kobieta. Miała zawiązane siwe włosy, niski wzrost, zmarszczki na twarzy, lekko świecące, fioletowe oczy, zaskakująco duży nos oraz ubrana była w długą, fioletową szatę.

— Nazywam się profesor Anna Movgray i jestem dyrektorką Akademii Zaawansowanej Magii Magnim. Proszę nie nazywać nas AZMM, nienawidzę tego skrótu — dodała zirytowanym tonem po czym ciągnęła dalej — Nasza akademia już od tysiąca lat uczy młodych magów Królestwa Corvasji jak kontrolować swoją magie i w przyszłości być kolejnym przykładem dla nowych pokoleń i odnosić życiowe sukcesy. Zacznę od podstawowych informacji dla nowych uczniów. Edukacja trwa trzy lata i pod koniec każdego z nich odbędą się egzaminy do następnych klas. Oczywiście nie możemy pozwolić sobie na chaos więc każdy z was zostanie przydzielony do klas.

Cała grupa zrobiła przerażone miny po usłyszeniu tego. Zawsze byli razem więc co się stanie, jak trafią do osobnych klas. Nie będą mogli się uczyć razem, mogą być problemy, ponieważ jedna klasa przyswoi materiał szybciej niż druga albo po prostu będą mieli inaczej przydzielone zajęcia więc nawet nie będą mogli się spotykać. Wszyscy zaczęli błagać los o to, żeby przydzielili ich do jednej klasy.

— Muszę też zaznaczyć, że określone pomieszczenia i korytarze zamku nie będą zawsze dostępne — Movgray kontynuowała swoje przemówienie spokojnym, miłym głosem spacerując w te i z powrotem — Jeżeli nad drzwiami i korytarzami znajduje się zielony płomień to oznacza, że każdy może tam wejść, kiedy chce. Jeżeli znajduje się żółty ogień to oznacza, że można tam wejść tylko za pozwoleniem nauczyciela. Przy czerwonym płomieniu tylko pracownicy szkoły albo osoby im towarzyszące mogą tam wejść. Poza tym jest też kilka zasad, które każdy z was powinien znać, ale wymienię tylko najważniejsze, na przykład to, że zakazuje się używania magii na innych uczniach, zakazuje się wszelkich pojedynków, wandalizmu czy wynoszenia przedmiotów należących do szkoły poza jej obręb. Typowe formalności. Jest też kilka innych, które powinniście znać a ich lista wisi na tablicach w tej sali. System oceniania jest prosty. Będziecie mieli wytypowane różne zadania, które sprawdzą wasze magiczne zdolności. Będą one oceniane w skalach 1-5, 1-10 i 1-20. Żeby przystąpić do egzaminów trzeba mieć co najmniej 200 punktów z każdego przedmiotu. Poza tym będzie też oceniane wasze zachowanie, które nie może spaść poniżej pięćdziesięciu punktów. No dobrze, z ważniejszych rzeczy to wszystko więc teraz zostaniecie przydzieleni do klas.

“Proszę obyśmy trafili do jednej klasy” modliła się w głębi duszy Rose widząc zaniepokojenie na twarzach swoich przyjaciół. Lucy była szczególnie przestraszona. Z powodu jej stanu pochodzenia ciężko będzie jej znaleźć innych przyjaciół, jeżeli odseparują ją od innych.

Movgray zacisnęła pięść i tuż nad nią pojawiła się horda małych latających, fioletowych stworów z ogromnymi uszami i oczami, drobnymi kończynami i małymi ogonami. Małe stworzenia podleciały do stołu nauczycieli i zabrały z niego stosy papieru. Podlatywały do jednego ucznia po drugim i dawały im ich papiery. W końcu jeden z nich podleciał do nich i podał im ich papiery. Termis przeczytał swój na którym była wypisana jego klasa oraz plan lekcji na dzisiaj. Jego niepokój narastał jeszcze bardziej. Przecież jest tutaj tona nowych uczniów. Szanse, że wszyscy zostaną wybrani do jednej klasy są niskie. Zdenerwowany przeczytał papier.

Termis Tibers

Klasa: I A

1. Zaklinanie

2. Alchemia

3, Bestiologia

4. Botanika

5. NOD (nauki ofensywno-defensywne)

6. Uzdrowicielstwo

Skończył czytać swój plan lekcji i zerknął na innych. Wszyscy wymienili nerwowe spojrzenia i wymienili się kartkami. Termisowi kamień spadł z serca. Wszyscy byli w tej samej klasie. Rose aż poskoczyła z radości, Thomas uniósł pięść w górę na znak zwycięstwa, Drake i Lucy przybili piątki a Ivy wyglądała jakby co najmniej wybrali ją na następną królową.

Movgray klasnęła raz i wszystkie latające demony zniknęły po czym znowu zabrała głos.

— Wszyscy będziecie musieli się udać z nauczycielami konkretnych przedmiotów na krótkie lekcje prezentacyjne. Nauczyciele będą was wzywać klasami. Klasy drugie i trzecie będą musiały iść do swoich wytypowanych sal i czekać aż nauczyciele skończą prezentować swoje lekcje. Dla uczniów pierwszego roku dzień szkolny kończy się po przejściu przez wszystkie lekcje prezentacyjne. Wtedy możecie iść do domu a wyższe klasy mają normalne lekcje. Obecnie to wszystko z mojej strony. Życzę wam szczęśliwego roku szkolnego i proszę was, nie wysadźcie szkoły w powietrze pierwszego dnia.

Pstryknęła palcami i błysnęło fioletowe światło z towarzyszącym głośnym hukiem tak jak wcześniej i dyrektorki już nie było. Nauczyciele wstali z krzeseł i wyszli na środek pomieszczenia wywołując klasy. Wśród uczniów wylągł się spory chaos, ponieważ każdy szedł w inną stronę. W końcu usłyszeli głos wołający:

— Klasa IA! Klasa IA do mnie!

Wszyscy ruszyli w stronę wypowiadanych słów, które mówił niski, łysy człowiek w dziwacznie kolorowej szacie z długą peleryną i diademem na głowie. Dziwaczne były też jego oczy, ponieważ jedno było niebieskie a drugie zielone.

— To wszyscy? Cudownie — powiedział wesoło niski mag — Chodźcie za mną na prezentacje lekcji zaklinania. Mogę wam obiecać, że na pewno spodoba wam się ten przedmiot.

Nagle Drake złapał Rose i Termisa za ramiona i wskazał na coś co sprawiło, że od razu nabawili się strachu. Marcus i Elise byli w ich klasie razem z paroma ich przyjaciółmi. Wszyscy tam albo wyglądali jak egocentryczne balonowe dzieci albo jak przestępcy chowający się w ciemnej uliczce. Termis już sobie wyobrażał te wszystkie kłótnie i nawet potencjalne walki.

— To nie będzie najlepszy rok szkolny — powiedział cicho zaniepokojony Termis i ruszył za resztą uczniów jego klasy.

Nauczyciel zaklinania prowadził ich korytarzami szkoły z których okien widać było kompletnie inną stronę budynku. Można było zauważyć ogromne białe wieże z fioletowymi dachami, mini parki z różnymi drzewami i innymi roślinami, duży pusty trawnik, dziedzińce i nawet miniaturową rzekę.

W końcu dotarli do dużych drzwi, nad którymi wisiała tablica z napisem “sala zaklinania”. Weszli przez drzwi do pokoju w kształcie trójkąta wypełnionym ławkami i krzesłami z niskim oparciem. Na samym końcu było stanowisko nauczyciela a obok niego wielkie szafy z różną biżuterią, narzędziami a nawet broniami. Nauczyciel przeszedł pomiędzy ławkami i stanął za swoim biurkiem.

— Siadajcie, siadajcie — powiedział szybko zapraszając ich gestem do zajęcia miejsc — Myślę, że warto zacząć lekcje od przedstawienia się. Jestem Devin Lepos i jestem nauczycielem zaklinania. No dobrze, będę walić prosto z mostu. Czy ktoś z was coś wie o zaklinaniu?

Kilku uczniów podniosło rękę góry. Profesor Lepos wskazał na Ivy.

— To sztuka magii polegająca na rzucaniu trwałych, specyficznych zaklęć na przedmioty — odpowiedziała

Marcus i Elise obrzucili ją chłodnym spojrzeniem i przewrócili oczami, ale Termis póki co postanowił to zignorować. Najlepiej będzie jak Thomas też to zignoruje, bo jeszcze jeden z tych Hassenów skończy w szpitalu... albo oboje.

— W sumie to masz racje — powiedział radośnie widząc rzeczywiste zainteresowanie wśród uczniów — Jedyny błąd jest taki, że rzucane uroki nie są trwałe. Jeżeli wykonuje je kompetentny mag to może wytrzymać kawał czasu, ale nawet uroki rzucane na akademie muszą być co najmniej co kilka lat odświeżane. No może poza kulami światła oświetlającymi korytarze, bo pewnie przeżyją nawet mnie, skoro wyczarował je sam król Nicolas.

Lucy podniosła rękę a profesor Lepos spytał się o co chodzi.

— Czym się różni urok od klątwy? — zapytała a kilku uczniów nawet mocniej wsłuchiwało się w lekcje — Bo często słyszałam, że na jakimś przedmiocie jest urok a na innym jest klątwa.

— No cóż... — zaczął trochę smutnym głosem — klątwy to taka skaza na imieniu zaklinania. Zazwyczaj są rzucane za pomocą Zakazanej Magii i w przeciwieństwie do uroków mają skutki negatywne. Niestety zgodnie z programem nauczania muszę przynajmniej pokazać wam typowy przykład klątwy, ale tym zajmiemy się na przyszłych lekcjach.

— A my będziemy rzucać klątwy? — zapytał się Marcus Hassen.

— No co ty! — Profesor aż odskoczył do tyłu po usłyszeniu pytania i wywrócił krzesło przy swoim biurku — Ja sam tylko parę razy rzucałem tak mroczne zaklęcia i zawsze na polecenie króla. Nie, nie, nie my będziemy rzucać tylko uroki w kontrolowanych warunkach.

Profesor Lepos odwrócił się od uczniów i wyjął z szafki parę skórzanych, czerwonych rękawiczek.

— Pokarze wam przykład przedmiotu, na który został rzucony urok. Potrzebuje jakiegoś ochotnika do prezentacji tego jak wielofunkcyjna może być magia.

Kilka osób podniosło rękę do góry. Profesor Lepos rozglądał się pomiędzy uczniami przez chwilę i wskazał na Rose, która wesoło podskoczyła.

— No to może ty, panno...?

— Rose Luxian — odpowiedziała uśmiechając się ciepło a profesora i większość klasy trochę zatkało po usłyszeniu jej nazwiska. Zwłaszcza Marcus i Elise po czym zaczęli coś do siebie szeptać.

— No proszę…— powiedział zaskoczony — Nie sądziłem, że to ja będę miał zaszczyt uczyć samą księżniczkę królestwa. Zapraszam tutaj. Pomożesz mi w prezentacji. Po prostu załóż te rękawiczki.

Rose podbiegła do biurka nauczyciela i włożyła rękawiczki. Były miłe i miękkie w dotyku, ale zaskakująco ciepłe. Wtedy profesor Lepos podał jej szklane wody i powiedział, żeby ją chwile potrzymała. Wzięła szklankę w obie ręce i po chwili ku jej zaskoczeniu woda zaczęła parować.

— Widzicie? Nie trzeba znać dziedzinę ognia, żeby używać magii ognia. Wystarczy tylko prosty zaklęty przedmiot. No dobrze panno Luxian oddaj rękawiczki, bo jeszcze się poparzysz i dziękuje ci za pomoc — Profesor zabrał rękawiczki i klasa zaczęła bić brawo po czym schował je do szaf razem z innymi zaklętymi przedmiotami — Szkoda, że to tylko krótka lekcja prezentacyjna. Niestety na dzisiaj to tyle, ale spokojnie na przyszłych lekcjach nauczycie się więcej a nawet sami będziecie zaklinać przedmioty.

Wszyscy wyszli z klasy i wrócili do Głównej Sali. Następna lekcja prezentacyjna to alchemia. Po chwili do sali wszedł bardzo wysoki, lekko zgarbiony chudy mężczyzna z długimi czarnymi włosami, kozią bródką i ciemno-pomarańczowymi oczami.

— Wszyscy uczniowie klasy IA za mną — powiedział, odwrócił się i ruszył korytarzami zamku a za nim reszta uczniów.

Szli korytarzami przez parę minut mijając grupy starszych uczniów, którzy mieli normalne lekcje. W końcu dotarli do drzwi jednej z wież. Pomieszczenie było okrągłe, wysokie i wypełnione stanowiskami z palnikami, fiolkami, zlewkami i innymi narzędziami. Cała sala była wyjątkowo zimna i ciemna a pod ścianami stały ogromne szafy pełne dziwnych składników i jeszcze większej ilości sprzętu. Nauczyciel stanął przed swoim biurkiem.

— Jestem Profesor Quentin Dżabir i jestem nauczycielem alchemii — powiedział powoli niskim głosem — Jestem pewien, że albo nie mieliście żadnego kontaktu z alchemią albo był strasznie minimalny. Moim zadaniem jest nauczyć was wszystkiego co trzeba wiedzieć o tej sztuce magii. Dzięki alchemii wasze życia będą znacznie łatwiejsze oraz będziecie wiedzieć, kiedy ktoś doleje wam trucizny do herbaty. Nawet nie wiecie jak często miałem z tym styczność. Jako że mam wiele innych klas którym musze sprezentować te zajęcia zaczniemy od razu.

Profesor Dżabir wziął ze swojego biurka dwie fiolki. Jedna wypełniona zielonym płynem przypominającym gluty a druga miała w sobie świecący się na złoto płyn.

— Czy ktoś jest na tyle odważny, żeby spróbować mikstur, które przygotowałem w 5 minut na poczekaniu tuż przed lekcją?

Tylko parę osób podniosło rękę do góry. Jedni z nich to Lucy i Thomas. Widocznie uczniowie nie są zbytnio przekonani do podejrzanych mikstur zrobionych na szybko.

— To mi się trafiła odważna klasa — zaśmiał się lekko i wskazał na Lucy — Jak się nazywasz?

— Lucy Blitz. Już parę razy tworzyłam mikstury.

— Ciekawe... — powiedział cicho — No to podejdź tutaj i spróbuj tego.

Lucy śmiałym krokiem podeszła do biurka i wzięła fiolkę wypełnioną zielonym, gęstym płynem. Dopiero teraz widać było jak ohydna jest zawartość fiolki. Od zapachu mikstury przypominający wymiociny zmieszane z łajnem aż dostała odruchu wymiotnego.

— Wygląda jak woda z kibla zmieszana z glutami olbrzyma — wymamrotała powstrzymując chęć zwymiotowania.

— A smakuje jeszcze gorzej. Pij, pij, bo cukru ci i tak nie dam.

Lucy niechętnie, ale wypiła całą zawartość. Cała klasa była jednocześnie obrzydzona i pod wrażeniem. Nagle jej włosy zmieniły kolor na taki sam jaki miała mikstura.

— Mikstury często są używane do tymczasowych zmian wyglądu. Na przykład, kiedy chcemy wyglądać ładniej lub ukrywamy się przed wyrokiem sądowym. Spokojnie efekt potrwa jakąś minutę. A teraz pokaże wam coś bardziej zaawansowanego.

Wziął złotą miksturę i polał nią mały, żelazny widelec znajdujący się na jego biurku. Nagle żelazo o srebrnym kolorze zamieniło się w złoto. Kilka osób wytrzeszczyło oczy a potem zaczęło bić brawo.

— Powtarzam, że to są mikstury przygotowane w parę minut. Wy z waszym obecnym doświadczeniem będziecie potrzebować co najmniej godziny i dziesięciu stron podręcznika, żeby przefarbować choć trochę waszych włosów a co dopiero zmienić żelazo w złoto. To pokazuje jak potężna może być alchemia, kiedy bierze się za nią ktoś z doświadczeniem teoretycznym i praktycznym. Na lekcje prezentacyjną to tyle. Wracajcie go głównej sali.

Następna lekcja to bestiologia. Lekcje miały się odbywać na dużym, pustym trawniku, który widać było z większości okien. Na miejsce zaprowadziła ich nauczycielka bestiologii, Profesor Kendra Serpens była grubszą, niską kobietą o krótkich szkarłatnych włosach z żółtymi oczami. Widocznie była bardzo dumna ze swojego rodu, ponieważ przez całą drogę opowiadała o swojej rodzinie a na piersi swojej szaty miała wielki symbol węża, herbu jej rodziny. W końcu po dziesięciu minutach katorgi dotarli na duży pusty trawnik poza trzema dużymi skrzyniami. Dwie drewniane i jedna metalowa.

— Pewnie się zastanawiacie co takiego jest w tych skrzyniach — Profesor Serpens zapukała mocno do metalowej skrzyni a coś w środku niej zaczęło syczeć, skrzeczeć i drapać ściany — Urocze stworzonka, prawda? Nasz świat jest wypełniony różnymi bestiami. Niektóre bardziej niebezpieczne i niektóre mniej. Na tych lekcjach dowiecie się jak radzić sobie z napotkanymi potworami. Tutaj macie jeden przykład.

Pięść Profesorki zamieniła się w żółty kamień i uderzyła prosto w skrzynie. Drzwi otworzyły się i wyszedł z niej niewielki stworek z czarno-białym futrem i długim ogonem.

— Oto jest Skocznik Cienisty. Występują w Puszczy Cieni i zazwyczaj żyją na drzewach przeskakując z jednego na drugie. Właśnie stąd pochodzi ich nazwa.

Małe stworzonko nagle skoczyło na głowę jednego z uczniów.

— Spokojnie, nic wam nie zrobi — krzyknęła widząc lekką panikę wśród uczniów.

Później Skocznik przeskakiwał z głowy jednego ucznia na drugiego aż wylądował na głowie Rose.

— Ale fajny — powiedziała głaszcząc stworka — Spytam się mamy czy mi takiego kupi.

Profesorka zawołała Skocznika, zaprowadziła go do skrzyni i zamknęła drzwi. Uderzyła w następną skrzynie i wyszło z niej wielkie szare stworzenie podobne do nosorożca, ale z prawie kamienna skórą, dwoma łbami i długim ogonem zakończonym kolcem.

— Nie patrzcie im w oczy! — krzyknęła do uczniów i wszyscy natychmiast opuścili głowy — To je denerwuje! Przed wami stoi Brutyn Kamienny. Mają niesamowicie twardą skórę, ostre kły i jadowity kolec na końcu ogona. Zazwyczaj są pokojowo nastawione i żyją w kanionach, chyba że ktoś spojrzy im w oczy. Wtedy zmieniają się w maszynę do zabijania.

Wielki stwór tylko chodził sobie w lewo i w prawo, zjadł trochę trawy, jedna głowa ziewnęła a druga obwąchiwała otoczenie. Chwile później profesorka zaprowadziła wielkie stworzenie do skrzyni. Pomimo swoich rozmiarów był naprawdę spokojny, potulny i z chęcią dał się zaprowadzić do środka. Serpens zamknęła drzwi zanim jeszcze wyjdzie.

— Teraz uważajcie, bo szybko nie zapomnicie następnego widoku. Spokojnie nic wam się nie stanie, mam sytuacje pod kontrolą — dodała widząc tym razem ogromny niepokój na twarzach uczniów, ponieważ otwierała tym razem metalową skrzynie, z które dobiegały przerażające dźwięki.

— Jak myślicie co jest w ostatniej? — szepnęła Ivy

— Sądząc po dźwiękach i opisie... myślę, że to mój dziadek po wyjściu z łazienki — zadrwił Drake a reszta zaczęła się śmiać, ale cała radość szybko zniknęła.

Otworzyła trzecią skrzynie. Nagle wszyscy widzieli jak przez mgłę. Dosłownie, ponieważ ze skrzyni wyleciała duża mgła, ale najgorsze przed nimi. Patrzyli jak niesamowicie wysoka, smukła, czarna figura z długimi kończynami, ostrymi zębami układającymi się w szaleńczy uśmiech i szkarłatnymi oczami wyłoniła się ze skrzyni. Serca zaczęły bić szybciej, ręce im drżały, kilka dziewczyn pisnęło ze strachu, parę osób wywróciło się przy próbie oddalenia się od potwora, ale większość była sparaliżowana ze strachu.

Wtedy potwór rzucił się na uczniów, ale zanim komukolwiek zrobił krzywdę zablokowała go wielka ściana żółtych kamieni. Ziemia pod nim zadrżała i wystrzeliła stertą kamieni wrzucając bestie z powrotem do skrzyni. Próbował z niej uciec zanim się zamknęły, ale nie zdążył i próbował dać upust swojej złości drapiąc w ściany swojej klatki. Wszyscy byli zbyt przerażeni, żeby cokolwiek powiedzieć.

— Nocne Tułacze — powiedziała profesor Serpens nie wzruszona tym co się stało — Jedne z najbardziej przerażających bestii jakie istnieją. Żywią się strachem, włamują się do domów, powodują koszmary a potem pożerają swoją ofiarę. Sama ich obecność wywołuje taki lęk, że mało kto ma odwagę uciekać. Jeżeli nie nauczycie się jak radzić sobie z magicznymi bestiami to możecie pomarzyć o przeżyciu spotkania z czymś takim. To wszystko. Możecie iść.

Wszyscy w absolutnym szoku wrócili do głównej sali i czekali na nauczycielkę następnego przedmiotu. W końcu przyszła do nich Profesor Carmen Herban. Trochę zaskoczyła uczniów, ponieważ była elfką. Miała zawiązane, białe włosy, wysoki wzrost, szpiczaste uszy, niebieskie oczy a z jej pleców wyrastały cztery długie pnącza. Zaprowadziła ich do małego parku na obszarze akademii wypełninego po brzegi roślinami. Oczywiście jak można było się domyśleć Marcus i Elise byli wręcz wzburzeni tym, że elfka ich uczy, ale powstrzymali chęć komentarzy.

— Witajcie na pierwszej lekcji prezentacyjnej z botaniki. Jak pewnie wiecie botanika to nauka o roślinach, ale tutaj w akademii nie będziemy się uczyć o różach i stokrotkach. Nie, tutaj będziemy się uczyć o roślinach magicznych. Czy ktoś z was ma dziedzinę magii natury?

Ivy podniosła rękę.

— No to musze ci od razu powiedzieć, że łatwo przyswoisz wiedzę — odpowiedziała słodko Profesor Herban.

— Skoro jest dziedzina magii natury to, dlaczego musimy się uczyć botaniki? — zapytała Elise Hassen

— Po co mówić, skoro mogę ci pokazać — Odrzekła profesorka. Nagle pnącza z jej pleców powędrowały kilka metrów dalej i przyniosły jej dwie duże doniczki. Potem pokazała klasie dwa nasiona. Jedno było niewielkie i się świeciło na złoto a drugie było wielkości małego kokosa — Pewnie myślicie, że botanika to będzie podlewania kwiatków w ogrodzie, tak? No to was zaskoczę i pokaże wam jak jednocześnie piękne i niebezpieczne mogą być rośliny.

Zasadziła oba nasiona do doniczek i machnęła nad jednym ręką. Błysnęło niebieskie światło i z jednej doniczki wyłoniło się niewielkie drzewo z świecącą na srebrno korą i złotymi liśćmi które pod wpływem wiatru wydawały dźwięk podobny do małych dzwoneczków.

— Oto jest Drzewo Kupca. Zyskało swoją nazwę ze względu na kolory srebra i złota. Jego kora i Liście są bardzo drogie i bogaci ludzie uwielbiają dekorować sobie domy za pomocą tej kory.

— W naszym domu mamy kilka mebli z kory tego drzewa — powiedział dziarskim tonem Marcus Hassen a jego siostra przytaknęła.

— A więc pora przestać, bo ten gatunek drzewa jest na skraju wyginięcia przez zbyt masową wycinkę — odpowiedziała chłodno a rodzeństwo tylko prychnęło złością. Profesorka to zignorowała i ciągnęła — Później przesadzimy to drzewo do jakiegoś rezerwatu. A teraz pokaże wam coś bardziej groźnego — Machnęła ręką nad drugą doniczką i natychmiast wyrosło z niej coś podobnego do ludzkiej twarzy, ale była ogromna, różowa z wieloma kolcami — Zobaczcie co robią Różowe Trapiciele po zobaczeniu człowieka — z jej ręki wystrzelił niebieski promień i przed rośliną pojawił się bałwan. Bez chwili zastanowienia roślina rzuciła się na bałwana i odgryzła mu połowę ciała — No właśnie o tym mówię.

Profesorka wystrzeliła niebieską parę i roślina się zamroziła a potem rozsypała. Większość uczniów patrzyła na to z lekkim strachem. No poza Ivy ponieważ ona wydawała się bardzo zainteresowana. Nauczycielka spojrzała się na klasę i powiedziała:

— Z botaniką jest tak jak z bestiologią. Musicie się nauczyć jak walczyć z niebezpieczeństwami. Co was zabije a co nie. Co jest jadalne a co trujące. Słabości i mocne strony flory i fauny królestwa. Jeżeli będziecie mieli braki w tych dziedzinach to nie przeżyjecie wiele lat dorosłego życia. To tyle, możecie wracać.

Wszyscy wracali się do głównej sali, ale Termisowi przyszły różne myśli do głowy. Nigdy nie spodziewał się, że będą się uczyć tyle niebezpiecznych rzeczy. Eliksiry, które mogą łatwo otruć, bestie żywiące się cudzym strachem, rośliny ogryzające połowę ciała. Chyba jedyny przedmiot, który nie zagraża życiu to zaklinanie, ale pewnie i tam źle rzucony urok skończy się utratą kończyny. No, ale przecież wiele uczniów już skończyło tą akademie i wszyscy wyszli bez urazów... chyba.

— EJ stary, wszystko dobrze? — zapytał go Thomas widząc strach na jego twarzy — Dalej masz w głowie tego tułacza?

— Nie tylko — odpowiedział — Nie sądzisz, że uczą nas trochę zbyt niebezpiecznych rzeczy? Przecież tamta roślina mogłaby pożreć człowieka żywcem jednym kęsem.

— Mój ojciec mówi, że takie rzeczy będziemy mieli w ostatnim roku. Póki co będziemy się głównie skupiać na teorii albo na praktykach o naszym poziomie. Podobno nikt jeszcze nie zginął w akademii więc nie mamy czym się martwić.

Termisowi trochę poprawił się humor, ale zauważył przechodzącego nauczyciela, który spojrzał na Termisa strasznie jadowitym spojrzeniem.

— Kto to był? — zapytał zdziwiony Termis.

— To nauczyciel NOD — odrzekł Thomas — Mój ojciec i on się przyjaźnią i często był w naszym domu. Możesz mieć z nim mały problem, bo w tym całym konflikcie naszych rodzin jest po stronie mojego ojca i nienawidzi twojego. Dodatkowo słyszałem, że jest strasznie wredny.

— Nasza następna lekcja to NOD, więc jest fantastycznie — westchnął Termis i sarkastycznie wzbił pięść w powietrze.

Czekali na nauczyciela w sali głównej. Rose rozmawiała z Ivy a resztą podawała sobie kule lodu wyczarowaną przez Termisa.

— To jak, podoba ci się tutaj — spytała się Rose patrząc na wielki, szklany sufit.

— Nawet nie wiesz jak. Na pewno będę się najbardziej skupiać na botanice, skoro moje moce same kontrolują rośliny. Strasznie jestem ciekawa jak wyglądają lekcje NOD.

— Z tego co mówiła mi mama po prostu uczą cię jak atakować i bronić się przed przeciwnikiem. Termis i Thomas będą tam mieli najlepszy czas swojego życia.

Nagle coś w kieszeni Rose zaczęło drżeć. Wyciągnęła fiolkę białego eliksiru podzielonego na trzy porcje. Odkąd pamięta Zaria każe jej pić ten eliksir każdego dnia, kilka razy dziennie. Tłumaczyła to tym, że Rose urodziła się z rzadką chorobą, która może zagrażać jej życiu więc jej matka poprosiła swoją przyjaciółkę Scarlett, żeby przygotowywała dla niej miksturę. Nawet zaczarowała fiolki tak, żeby drgały, kiedy Rose ma ją wypić. Przynajmniej nie smakowała najgorzej.

— Twoja mama dalej każe ci pić ten eliksir — zapytała się Ivy a Rose przytaknęła — A mówiła ci kiedyś co to za rzadka choroba?

— Nie, nigdy. No ale to moja mama, więc jej ufam. Pewnie to rzeczywiście coś rzadkiego i sama nie wie co mi dolega.

To prawda, że rzeczywiście z Rose było coś nie tak. Czasami napadały ją nagłe bóle głowy, kompletnie niekontrolowane wystrzały mocy albo co było najdziwniejsze; zmiana koloru oczu z żółtych na świecące fioletowe. No, ale takie sytuacje zdarzały się tylko przy zapominaniu wzięcia eliksiru więc teraz upewnia się, że zawsze bierze go na czas i regularnie.

Wtedy do głównej sali wszedł starszy, łysy mężczyzna z krzywym nosem, bardzo krzaczastymi, siwymi barwami, białymi oczami i w czarnym płaszczu.

— Klasa IA za mną! Już! — warknął do klasy, odwrócił się i poszedł w głąb korytarzy.

Wszyscy już wiedzieli, że nie będzie to najlepszy pedagog. Poszli za nim do znacznie większej sali od poprzednich, która była podzielona na dwie części. W jednej były ławki i krzesła a w drugiej wolna przestrzeń do ćwiczeń z różnymi broniami, tarczami i manekinami odepchniętymi na bok. Nauczyciel zatrzymał ich ręką i sam stanął na środku wolnej przestrzeni.

— Nazywam się Douglas Malbon i jestem waszym nauczycielem Nauk Ofensywno-Defensywnych — powiedział szybkim chłodnym tonem patrząc się na uczniów jadowitym wzrokiem — W skrócie NOD. Moim zadaniem jest nauczenie was kontroli nad magią jaką posiadacie. Mam nadzieje, że nie zmarnujecie daru jaki dostaliście tak jak wielu moich miernych uczniów. Pragnę zaznaczyć, że każdy z was jest inny. Wszyscy macie inne dziedziny magii i dopóki nie zdobędziecie wiedzy praktycznej i teoretycznej możecie pomarzyć o zdobyciu drugiej dziedziny. Czy ktoś wie, jak dzielimy magię?

Kilku uczniów podniosło rękę.

— Widocznie tylko kilku z was ma łeb na karku — zadrwił Malbon i wskazał na Thomasa — Jak się nazywasz?

— Thomas Valentin.

— Valentin... A no racja — powiedział wykrzywiając twarz w coś co chyba miało być podobne do uśmiechu. Gorsza reakcja pojawiła się na twarzach Elise i Marcusa, którzy wyglądali jakby ktoś ich uderzył z liścia w twarz po usłyszeniu słowa “Valentin” — Znam twojego ojca. Jeden z moich najlepszych uczniów. Mam nadzieje, że nie narobisz mu wstydu. Jak dzielimy magię?

— Na magię skupioną na defensywie, czyli magie kreacji i magie skupioną na ofensywie, czyli magie destrukcji— odpowiedział tak szybko jakby recytował wiersz.

— Dobrze. Oczywiście obie magie mogą zarówno bronić i niszczyć więc macie równe szanse w walce z przeciwnikiem nie ważne jaką ma magię. Magia kreacji i destrukcji dzielą się na 10 dziedzin. I tak nie będę was prosić o wymienienie ich, bo zazwyczaj uczniowie nie pamiętają nawet pięciu... Tak? — zapytał widząc rękę Ivy w górze.

— Ja pamiętam wszystkie i mogę je wymie...

— Chyba mówiłem, że i tak nie będę was o to prosić! — przerwał jej ostro a Marcus i Elise parsknęli szyderczym śmiechem.

Ivy opuściła rękę zawstydzona a Termisowi, Thomasowi i Drake’owi krew uderzyła do głowy ze złości.

— No więc dopóki wasza koleżanka mi bezczelnie nie przerwała mówiłem o dziedzinach magii. Magia kreacji dzieli się na magię: światła, lodu, natury, wody, ziemi, bestii, dźwięku, transformacji, astralną i runiczną. Magia destrukcji dzieli się na dziedziny: ognia, siły, śmierci, energii, umysłu, cienia, wiatru, ducha, jadu i demonów. Ja posiadam magie destrukcji i dziedziny ognia i śmierci. Zapewne zauważyliście też, że wasze oczy mają bardzo nietypowe kolory. To właśnie jest kolor waszych mocy. Zaklęcia, które rzucacie mają taki sam kolor jak wasze oczy. To ważna informacja, kiedy chcemy zidentyfikować poszczególnych magów po śladach magii jakie zostawili. Chociaż czasami zdarza się sytuacja, że ktoś ma dwa różne kolory magii.

Wtedy wszystkim przypomniały się dziwne oczy Profesora Leposa.

— Zaprezentuje wam typowy przykład ataku i obrony. Hektor! — krzyknął a z ziemi wyskoczył Hektor rozrzucając małe kamienie po klasie — Przestaniesz mi wyskakiwać z podłogi i brudzić klasę?! — powiedział z jadem w głosie.

— Oj tam bez przesady — odpowiedział beztrosko Hektor, machnął ręką i wszystkie kamienie w klasie zniknęły z towarzyszącym im granatowym błyskiem.

— No dobrze, jak mówiłem wcześniej każda magia i każda dziedzina ma zdolności ofensywne i defensywne. Przy walce wszystko zależy od doświadczenia i technik — wtedy bez żadnego ostrzeżenia w ręku pojawiła mu się kula białego ognia cisnął nią prosto w Hektora. Klasa wstrzymała oddech widząc to, ale Hektor jeszcze szybciej wyczarował lodową tarczę, która roztrzaskała się po uderzeniu — Niezły refleks. Ale do tarczy lepiej użyj magii ziemi.

— NASTĘPNYM RAZEM OSTRZEŻ! — ryknął na niego Hektor

— Oj nie bądź dzieckiem, wiedziałem, że zablokujesz cios.

— Jak mówiłem — Thomas szepnął do Termisa — nienawidzi twojego ojca. I chyba tylko nie on — powiedział wskazując na Elise i Marcusa którzy ze sobą rozmawiali. Termis wyłapał kilka słów.

— Szkoda, że ten stary Tibers nie dostał kulą ognia prosto w łeb — powiedziała Elise.

— Prawda. Mama udusiłaby się ze śmiechu — zadrwił Marcus.

Termis chciał już powiedzieć coś tej dwójce... no i może trochę zrobić im krzywdę, ale Ivy go powstrzymała widocznie też słuchając ich rozmowy.

— Myślę, że wystarczy im prezentacji, Douglas! — warknął Hektor

— Chyba masz racje. No dobrze, prezentacja skończona i lepiej ćwiczcie w wolnych chwilach, bo nie zamierzam tolerować ani lenistwa, ani niekompetencji w mojej klasie. Teraz wynocha!

Wszyscy wyszli z klasy ze zmieszanymi myślami. Nagle Hektor podszedł do Termisa.

— Mamy jeszcze po jednej lekcji. Jak skończysz uzdrowicielstwo to wróć do wielkiej sali i idziemy do domu. Nie chce być w jednym zamku z Douglasem.

Cała grupa była już na lekcji uzdrowicielstwa. Przedmiocie, który uczy ich o magicznych chorobach, antidotach, i sposobach rozpoznawania i opatrywania ran. Mają ten przedmiot raz w tygodniu i prowadzi go Profesor Gabriella Medine. Kobieta o krótkich blond włosach, wręcz nienaturalnie pomalowanymi rzęsami nad jej czerwonymi oczami i ubrana w krwiście czerwoną szatę. Na pierwszej lekcji opowiadała im o najgroźniejszych chorobach i ich skutkach oraz kilka historii z jej życia. (z czego połowa nie dotyczyła nawet tematu lekcji). Po parunastu minutach lekcja skończyła się i Termis powiedział, że jego ojciec na niego czeka i musi wracać do domu. Kiedy chciał się ze wszystkimi pożegnać nagle usłyszał głos wołający:

— Hej, ty!

Wszyscy odwrócili się odruchowo. To był Marcus i Elise Hassenowie. Teraz gdy im się przyjrzeli zobaczyli szare oczy Elise i białe oczy Marcusa. Widocznie kierowali swoje słowa do Rose. Ona sama absolutnie nie chciała z nimi rozmawiać po wysłuchaniu tylu opowieści o nich, ale jak to zwykle była zbyt miła, żeby ich prosto z mostu spławić.

— Naprawdę jesteś Rose Luxian? — zapytała się Elise z uśmiechem na twarzy choć nie było w nim serdeczności — Wnuczką króla?

— Tak, to ja — odpowiedziała z uśmiechem na twarzy, który wyszedł jej znacznie lepiej niż Elise.

— No to strasznie miło poznać. Jestem Marcus Hassen a to moja siostra Elise. Tak czuliśmy, że będziemy chodzić z tobą do akademii na tym samym roku, ale widocznie mieliśmy szczęście i jesteśmy w tej samej klasie.

— Cóż, ja jestem chętna do zaprzyjaźnienia się z każdym. Oni są świetnym przykładem. — wskazała na swoich przyjaciół za jej plecami, ale Marcus i Elise wydawali się zdziwieni i obrzydzeni.

— Chwila, nazywasz ich przyjaciółmi? — Powiedziała nie mogąc powstrzymać śmiechu.

— No tak, a co?

— Myślałam, że to jacyś twoi służący.

— Dokładnie albo po prostu widzą w tobie lidera i ci usługują — dodał Marcus.

Rose aż zatkało razem z resztą grupy. Służący? Usługują? Za kogo oni się mają. Drake miał co do nich całkowitą rację.

— Nie! To moi przyjaciele! Znam ich pół życia! — podniosła głos a Elise i Marcus cofnęli się o krok — Cały dzień słuchałam o was opowieści i obserwowałam wasze zachowania i naprawdę miałam nadzieje, że jesteście inni, ale widocznie moi PRAWDZIWI przyjaciele mieli co do was racje.

— Z całym szacunkiem, Rose — zaczął Marcus choć w jego głosie nie było ani trochę szacunku do kogokolwiek — ale widocznie kiepsko wybierasz przyjaciół. Widziałem jak ten tutaj rozmawiał z Hektorem oraz słyszałem imię tego tutaj na lekcji NOD. Tibersowie i Valentinowie to tylko wstyd na imieniu Corvasji! Znam już Starmina i dziadkowie powinni się go wstydzić! Lucy Blitz? Znamy wszystkie rodziny arystokratów i nie ma tam żadnych Blitzów. Taka klasa społeczna nie powinna w ogóle się zbliżyć do akademii. A o tym czymś to nawet szkoda gadać — powiedział wskazując na Ivy.

— Czymś?! — zapytała się Ivy aż czerwona ze złości a jej ogon wykrzywił się jak zgięty metal. Odepchnęła Rose na bok i stanęła przed Marcusem — Tak, Drake na pewno miał racje. Najbardziej aroganccy arystokraci jakich w życiu widziałam.

— Chyba nie wiesz z kim rozmawiasz zielony gadzie! — powiedziała rozwścieczona Elise.

— Oj bardzo dobrze wiem — odpowiedziała i przyjęła kamienna twarz — Elise i Marcus Hassenowie. Spokojnie, nie jestem głucha. Tylko sprawa jest taka, że mnie nie obchodzi kim jesteście.

— A powinno, bo to my decydujemy o waszym losie! Ciebie i innych twoich pobratymców marnujących powietrze, które należy się nam!

Wokół Ivy i jej grupy oraz Marcusa, Elise i ich grupy zebrała się spora ilość ludzi. Rose i Lucy były w szoku, Ivy stała z kamienna twarzą nieruszona przez obelgi a Termis, Drake i Thomas aż gotowali się ze złości.

— Ja już sporo słyszałem o twojej brudnej rasie — rzekł Marcus z drwiącym uśmieszkiem — Jedyne do czego się nadajecie to kradzież. To jak, ile pieniędzy ukradłaś dzisiaj tym swoim ogonem, czy rąk też używałaś? Zapewne, gdyby przeszukali twoje kieszenie to wypadłoby więcej pieniędzy niż to, ile ta wasza kumpela Lucy dostała przez ostatnią dekadę.

— A ja sporo słyszałam o twoim typie ludzi — odpowiedziała mu Ivy z taką samą miną — Rozpuszczone dzieciaki w skórze znacznie starszych ludzi niż pozwala na to ich wiek mentalny. Rodzice widocznie kupili wam o dwa cukierki za dużo, bo nie mogli wytrzymać waszych ryków i już tak wam zostało.

— Moi rodzice przynajmniej do czegoś się nadają. Gdyby nie to, że masz magię to pewnie już dawno skończyłabyś tak jak twoi bracia kilkaset lat temu. Wiesz wtedy, kiedy polowali na nich jak na jelenie w lesie i wieszali ich głowy nad kominkami — odwrócił się plecami do Ivy — Ej siostra, mam pomysł, napiszmy do króla, żeby przywrócił te polowania. Na pewno przynajmniej rozważy propozycje. — znowu spojrzał na Ivy — Co o tym myślisz zielo...

Wszystko eskalowało do maksimum, kiedy pięść Thomasa trafiła prosto w nos Marcusa. Thomas uderzył go tak mocno, że dosłownie odleciał z dwa metry i wylądował z hukiem na ziemi.

— JESZCZE JEDNO SŁOWO... — ryknął tak głośno, że wszyscy wokół podskoczyli ze strachu — to przysięgam... że rozwalę ci ten egoistyczny łeb o ścianę.

— TY... — Marcus syknął niczym wąż wstając z podłogi. Nos miał całkowicie rozwalony i kapała z niego krew na podłogę.

Zacisnął pięść i przed Thomasem pojawił się duży, biały demon z ostrymi szponami i wielkimi rogami. Thomas przywołał do ręki wielki topór i obaj zamachnęli się. Huknęło, błysnęło granatowe światło i demona przebiły na wylot sople lodu a Thomas upadł na podłogę z toporem zamienionym w pokruszony kamień.

— DOSYĆ! — Wszyscy usłyszeli głośny krzyk pochodzący od Hektora z końca korytarza — Nie wierze! Nigdy... Przenigdy... w całym moim życiu nie widziałem bójki już pierwszego dnia w szkolę!

— Ale, to oni zaczęli tato! — powiedział Termis wciąż czerwoni ze złości — Obrażali nasze rodziny, obrażali ciebie, zwyzywali Lucy, nawet życzyli Ivy śmierci!

— Cisza! — krzyknął Hektor — Żaden z was nie okazał się tutaj rozsądkiem! Thomas! Niepotrzebnie dałeś się sprowokować. Marcus, Elise! Rzeczy jakie wygadywaliście są niedopuszczalne! Powiadomię o tym dyrektorkę a ona waszych rodziców. Marcus idź z tym do Profesor Medine, nie wygląda na bardzo złą ranę i naprawi to w sekundę. A teraz rozejść się! Wszyscy!

— Ivy, chcesz iść do mnie jak zawsze? — zapytał się Thomas a Ivy tylko przytaknęła widocznie w szoku po tym co zrobił Thomas i oboje odeszli.

Drake i Lucy też się pożegnali i poszli w głąb korytarza. Elise pomogła Marcusowi i poszli szukać profesor Medine. Rose uściskała Termisa i pobiegła za Drake’em i Lucy. Hektor był widocznie zawiedziony zachowaniem uczniów i razem z Termisem poszli do domu.

“Świetny pierwszy dzień” pomyślał Termis. Już doszło do bójki, złamanego nosa i zrobienia sobie wrogów. No cóż, przynajmniej wreszcie nauczy się magii.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania