Watt Maczuga
Od kiedy zabrakło Robina, nikt nie chciał mieszkać w puszczy. Nikt nie chciał prać gaci w strumieniu, ani czerpać radości, jaką niesie życie wolnego człowieka. Nawet elfy wyniosły się ze swych domostw. Został tylko roztargniony drwal, który jak mógł pielęgnował dawne obrzędy. Żył, jak kiedyś żyli ludzie, nim wynaleźli sztukę, nihilizm i milicyjne kryminały.
Watt Maczuga, bo o nim jest ta opowieść, wart jest przynajmniej pięciu akapitów i tyle po nim zostanie - ni mniej, ni więcej. Historia zaczyna się w dniu śmierci Robina. Pamiętam go dobrze, bo kruki krzyczały od rana, wrony toczyły koła, a jesień pokazywała swoje smutniejsze, melancholijne oblicze. Śmierć Robina i małe prosektorium, gdzieś na uboczu mi się marzy.
Przychodzili pod dom Maczugi wieczorami. Palili ogniska i strącali gwiazdy, czyniąc przy tym mnóstwo hałasu. Zbóje z lasu - tak nazywał się ich gang. Nikt nie wie, skąd wzięli się w puszczy. Nikt nie znał ich celów, nie widział mistycznych tatuaży pokrywających, jak głosiła plotka, wężowe ciała. Mieli wszystkiego za mało. Brakowało im złota, przygód, kobiet i wrażeń tak silnych, że zdolnych powalić słonia.
Watt Maczuga postanowił rozprawić się z uciążliwym sąsiedztwem. Nie ma chyba drwala, który lubiłby, gdy zakłóca mu się nocną ciszę, wesoło bawi przy alkoholu i nie zaprasza do kompanii. Można się zdenerwować, prawda? Watt był naprawdę wkurzony. Dlatego też na skraju puszczy wywiesił ogłoszenie głoszące, że nagrodą za pomoc w pozbyciu się zbójów jest strzała Herna z autografem.
Jeśli chcesz odkryć tajemnicę śmierci Robina, znaleźć skarb, wziąć udział w balandze przy ognisku, lub zwyczajnie zmarznąć z Wattem Maczugą w domu obleganym przez leśnych zbójów, zakukaj trzy razy pod okienkiem. Stawiam na klimat podobny do tego, jaki niesie widok kolorowych balonów i szkła w odcieniu butelkowym. Rude wąsiska i tańce z mieczami.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania