Wdech cz. 1
East Haven, Oregon
Jack siedział przy kuchennym stole, wpatrując się w parującą filiżankę kawy. Palce miał zaciśnięte na uchwycie tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Była godzina 6:12 rano. Na zewnątrz panował szarawy półmrok – ta dziwna godzina pomiędzy nocą a dniem, kiedy jeszcze nikt nie wyszedł z psem, a ptaki dopiero zastanawiały się, czy już warto śpiewać.
Wczorajszy wieczór zlewał mu się w rozmytą plamę. Praca. Zakupy. Przekrwione oczy kasjerki. Potem powrót do domu. Ból w klatce piersiowej, ciężki oddech, jakby ktoś włożył mu worek ziemniaków do środka. Vicks VapoRub – pomyślał. Zawsze pomagał.
Ale tym razem nie.
Pamiętał moment, kiedy się kładł. Potem... ten głęboki, paniczny wdech i zryw nogi. A potem nic. Żadnego snu. Żadnego przebłysku. Po prostu pustka. Jakby go nie było.
Sięgnął po gazetę ze stołu.
„Miasteczko żegna Bena Travera – lokalny stolarz zginął w tragicznym wypadku.”
Jack przeczytał nagłówek jeszcze raz. I jeszcze raz. Nie pasowało mu to. Ben Traver był wczoraj na stacji benzynowej. Rozmawiali. O nowej serii ciężarówek Forda i tym, jak młodzi nie potrafią już trzymać młotka. Ben miał wtedy kubek kawy i plamę oleju na koszuli. Mówił, że jeszcze ma robotę u Jenkinsów.
To było wczoraj.
A dziś miał być zmarły?
Jack wstał gwałtownie, aż krzesło zaskrzypiało na podłodze. Wrzucił gazetę na blat i przeszedł się po kuchni. Coś było nie tak. Albo miał halucynacje, albo... No właśnie – albo co?
Spojrzał w lustro nad zlewem. Widział siebie. Potargane włosy, lekki zarost, sińce pod oczami. Ale przez sekundę – króciutką, prawie niezauważalną – wydawało mu się, że jego odbicie nie poruszyło się idealnie w tym samym czasie.
Zamrugał.
Obraz był już normalny.
– Co do... – mruknął pod nosem.
Wyszedł przed dom. Powietrze było rześkie, a trawa wilgotna od nocnej mgły. East Haven było spokojne jak zawsze. Zbyt spokojne.
Ruszył w stronę stacji benzynowej.
---
Stacja Thompsona znajdowała się dwie przecznice dalej. Jack włożył ręce do kieszeni bluzy i szedł szybkim krokiem, jakby uciekał przed czymś, co nie miało jeszcze imienia. Gdy wszedł, znajomy dzwonek nad drzwiami zadzwonił przeciągle.
Za ladą stała dziewczyna, której nigdy wcześniej tu nie widział. Miała dredy, ciemne oczy i spojrzenie kogoś, kto w życiu widział więcej, niż powinien.
– Szukasz czegoś? – zapytała.
– Ben Traver... pracował tu wczoraj. Był tu. Rozmawialiśmy.
Dziewczyna uniosła brew.
– Ben Traver? Nie pracuje tu nikt taki. I nie widziałam go tu od... – zawahała się. – Od zeszłego roku? Zginął w wypadku samochodowym na 47-ce.
Jack zamarł.
– Zginął wczoraj. Tak mówi gazeta.
– Nie, koleś – odpowiedziała powoli. – Ben nie żyje od miesięcy.
Jack wybiegł bez słowa.
---
W domu przeszukał wszystkie szuflady. Wyciągnął wszystkie rachunki, stare listy, kalendarze. I tam... coś jeszcze bardziej niepokojącego.
Na lodówce, przypięta magnesem w kształcie ryby, wisiała kartka:
"Środa, 12 maja – Wizyta u dentysty, 14:30"
Ale telefon, zegar i gazeta mówiły co innego:
Wtorek, 11 maja.
To był jego charakter pisma. Jego kartka. Ale jakim cudem zapisał coś na jutro, jeżeli dzisiaj znów był wtorek?
Wrócił do sypialni. Położył się na łóżku. Jego serce waliło jak szalone. Zamknął oczy.
Zrobił wdech. Głęboki. Zbyt głęboki.
I znowu zniknął.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania