Wędrówka po Starej Pradze i Targówku

To już historia, a przecież to było niedawno... Pod koniec kwietnia 2012 włóczyłem się po Starej i Nowej Pradze, dotarłem aż na Targówek Fabryczny i Mieszkaniowy. Fotografowałem obiekty i miejsca, po których nie ma już dzisiaj śladu...Niektóre wprawdzie przetrwały, ale przebudowano je tak bardzo, że trudno cokolwiek rozpoznać... Pamiętam, że któregoś dnia (chyba 30 stycznia 2024) zatrzymałem się przed budynkiem dawnej piekarni mechanicznej (taka nazwa przetrwała do naszych czasów - piekarnia mechaniczna) przy ulicy Stolarskiej 2/4. Od strony ulicy Szwedzkiej zbliżał się jakiś starszy pan, który po chwili podszedł do mnie i w zupełnie naturalny sposób nawiązał rozmowę. Okazało się, że ten pan właśnie skończył 95 lat i od urodzenia mieszka na Nowej Pradze. Oczywiście wyjeżdżał stąd - jako dorosły człowiek przez pewien czas mieszkał w innym mieście. Ale po kilku latach wrócił na Nową Pragę, chyba na ulicę Kamienną. Jego dom został zburzony na początku lat 70, ale znalazło się mieszkanie komunalne na sąsiedniej ulicy (chyba Stolarskiej). Zamieszkał w jeszcze starszej kamienicy, dzięki czemu nie utracił tak naprawdę swojej małej ojczyzny. Pod koniec rozmowy nieznajomy pan powrócił do wspomnień z końca lat 30. Przed koszarami na ulicy 11.Listopada stał strażnik, ale jego zawsze wpuszczał do budynku dowództwa, ponieważ tam pracowała ciocia mojego rozmówcy. Niedaleko był komisariat granatowej policji. Tramwaje dojeżdżały tylko do muru cmentarza na Bródnie, a na Żeraniu przy FSO (wtedy na Pelcowiźnie) było wielkie osiedle baraków dla biedoty. Po drugiej stronie torów, już na Bródnie też było sporo baraków. W poszukiwaniu ostatnich drewnianych obiektów na Bródnie i Targówku Mieszkaniowym dotarłem na ulicę Praską, tuż za rondem Żaba. Ten parterowy dom spłonął w połowie lipca 2019. Powędrowałem również przez uliczki i zakamarki Bródna. Kilka razy zatrzymałem się przed domem rodziny Borowców przy ulicy Siedzibnej. W sąsiednim drewnianym domu Krzysztof Kieślowski nakręcił kilka scen swojego filmu "Biały" z cyklu "Trzy kolory". Niestety, ten dom pokryto tzw. sidingiem, dzięki czemu wygląda teraz jak zwyczajny amerykański domek jednorodzinny gdzieś w Teksasie lub Georgii. Mój rozmówca zauważył, że dzielnica powoli traci swój dawny charakter, ale za to coraz więcej ludzi przyjeżdża tutaj fotografować to, co jeszcze przetrwało... Przed wojną ta okolica była pełna życia. Tu był sklepik przy fabryce mydła Schichta, a na ulicy Stolarskiej i w sąsiedztwie unosił się zapach wszystkich gatunków chleba, jakie produkowała piekarnia mechaniczna. Trochę dalej były warsztaty ślusarzy i stolarzy. W suterenie któregoś domu od rana do wieczora pracował krawiec - cichy i skromny człowiek. Najlepiej było latem, kiedy chodziło się na tory kolejowe. Jeżeli przejeżdżał pociąg towarowy (a składy towarowe ciągnęły trochę inne lokomotywy), jeszcze długo unosił się obłok dymu i pary. Wtedy chłopcy mieli wielką frajdę. Niektóre pociągi jechały aż do dalekiej Gdyni, ale musiały przejechać przez Wolne Miasto Gdańsk. Dalekie sprawy, znane nazwy miast... Ale dzieci z Pragi nie jeździły do Gdyni czy Juraty... Tak, dobrze pamiętam, mój rozmówca wspomniał również o Juracie, która dla chłopaków z przedmieścia była wtedy jakimś egzotycznym miejscem... Czymś takim, jak dla nas Valparaiso w Ameryce Południowej... A później? Co się działo później? 1 września 1939 na Nową Pragę i koszary przy ulicy 11. Listopada spadło kilka bomb. Zaczęła się wojna.

PS.

Przechowuję trochę zdjęć... W pamięci zapisuję różne rozmowy z przeszłości. Mam jednak wrażenie, że za każdym razem odwiedzam zupełnie obce miasto...

---- ----

>>> Gwałtowna burza w listopadzie>>>

 

Słoneczny dzień pod koniec listopada 2024. Od rana włóczę się po peryferyjnych dzielnicach, robię kilkanaście zdjęć na Żeraniu Wschodnim - kiedyś dzielnicy wyłącznie przemysłowej; od Kanału Żerańskiego uderzenie fali lodowatego powietrza. W pobliżu tablicy dawnego przystanku autobusu nr 145 jacyś dwaj faceci palą tanie papierosy, ostrożnie rozglądają się... Jeden z nich wyjmuje z kieszeni sfatygowanej kurtki ortalionowej puszkę piwa... Wymieniamy kilka słów i żegnamy się na zawsze...

Blokowisko na Bródnie- Podgrodziu w jesiennej mgle wygląda jak jakaś złowroga twierdza lub zamek Bran w Siedmiogrodzie, w którym przed wiekami mieszkał Wład Palownik. Nie zatrzymując się, idę dalej, wreszcie po kilku minutach stoję przed dziełem Pawła Althamera w Parku Bródnowskim; zawsze gdy widzę tę grupę okaleczonych nieszczęśników, myślę o Wojnie Trzydziestoletniej i rycinach z tamtych czasów, m.in. o cyklu "Okrucieństwa Wojny" i "Los Caprichos" Francisco Goi z początku XIX wieku, które w czasach wczesnej młodości były dla mnie olbrzymim wstrząsem..., później zastanawiam się nad tzw. bezdusznymi mechanizmami rządzącymi naszym światem (chyba) od zawsze...

Pamiętam również, że w dzieciństwie obraz Eduarda Muncha "Krzyk" wprawił mnie w stan najgłębszego przygnębienia - zobaczyłem swój własny lęk przed ludźmi, przed światem, ucieczkę przed czymś, co dzisiaj mógłbym nazwać obsesją (lub obsesjami); ale z drugiej strony, czy źródło tego lęku jest tylko lub przede wszystkim w nas samych...? A może każdy z nas " tak naprawdę" samotnie stoi na moście, a gdzieś w oddali czają się jakieś mroczne indywidua, które są coraz bliżej...? Ci ludzie, których twarzy w ogóle nie widzimy, zbliżają się do nas, już są tak blisko... A może obojętnie miną nas i pójdą dalej...? Ale dokąd oni zmierzają?

Wyobraźmy sobie, że ich obojętność może jest równie, a może nawet bardziej dramatyczna niż jawna wrogość... Nienawiść jest straszliwą emocją, ale jakąś przewrotną więzią z kimś, kogo nienawidzimy... Ale to żadne pocieszenie!

Obojętność zapewne jest stanem prawie uniwersalnym, pozornie bezpiecznym - przecież ten, kto nami się nie interesuje, nic złego chyba nam nie zrobi...? To straszne, po prostu straszne, tak jak kolejne warianty naszych związków z innymi ludźmi...

- Jak zwykle wszystko upraszczasz i z wirówki myśli wydobywasz jakąś "sieczkaninę" - mówi wewnętrzny głos...

- Co to jest ta "sieczkanina"- pytam, ale tamten ma chyba coś ważniejszego do roboty... Ostatecznie jest moim wewnętrznym cenzorem- recenzentem...

" Mam tylko to i to"- mówi jeden z facetów spotkanych na nieczynnym przystanku na Żeraniu Wschodnim, a następnie pokazuje paczkę papierosów i puszkę piwa... Wypowiada te słowa bez radości, z jakimś grymasem zamiast uśmiechu...

Półgodzinny wyczerpujący, chaotyczny marsz, a tak naprawdę ucieczką przed jakimiś nieobecnymi demonami; w międzyczasie pogoda kompletnie się pogarsza - krople deszczu walą jak lawina kamieni w jezdnię i chodniki na ulicy Szwedzkiej. Atakują również i mnie...

 

Przed ostatnią gwałtowną burzą tej jesieni kryję się w bramie na terenie dawnej fabryki Schichta (później były to Zakłady POLLENA URODA)

Teraz stoję przed jakimś stalowym potworem pełnym wypustek, zaworów i połączeń. Z przodu ten stwór jest znacznie ciekawszy- to maska z pustymi oczodołami; wyjmuję z plecaka aparat fotograficzny i robię całą serię zdjęć. Maska powraca do życia- w oczodołach czai się prawie niezauważalny błysk ironii, który po chwili gaśnie...

- To jest kocioł przemysłowy lub coś w tym rodzaju... - mówi sympatyczna pani w pobliskim antykwariacie; po chwili z wielkim zainteresowaniem ogląda dalsze zdjęcia.

- Na zdjęciach wygląda jak przybysz z zaświatów- zauważa, zamyśla się i dodaje:

- Trochę jak te rzeźby w Parku Bródnowskim...

---

Przed burzą przeszedłem dokładnie 12 kilometrów, potem szedłem jeszcze przez dwie lub trzy godziny i zrobiłem około 6 kilometrów...

Postanowiłem kolejnego dnia przejść dokładnie 18 kilometrów, wtedy w ciągu dwóch dni przemierzyłbym 36 kilometrów, a to już liczba magiczna...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Moews

    Nie unikajmy tzw. banału, w nim jest cała podszewka naszego " jesteśmy tu i teraz lub tam i w przyszłości..." Wielkie tematy są jak olbrzymi sterowiec, którego los dokądś niesie... Wkrótce runie na ziemię i na tym wszystko się skończy... 36 to liczba sprawiedliwych żyjących czasami daleko od siebie, nawet nic o sobie niewiedzących, mówiących innymi językami... Ale to od nich zacznie się wielki proces odrodzenia - tak kiedyś myśleli mistycznie postrzegający świat Chasydzi...

  • Diabelskie Muskuły

    i gitówa :) przeczytałam całe. od AdoZet. od deski do deski, co do joty. i o demonach terz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania