Węgiel 🦋🦋

– ...dodał mój kierownik. Lumi, a co Ty myślisz?

– Serio? Nie pomyślałabym, ejjjjj...

Moi synowie od 16. roku życia pracują – i jeden, i drugi. Po szopkach w sądzie, gdy przez 5 lat leciało po 250 złotych na głowę, a tata nigdy nie pamiętał o ich urodzinach, o butach i czasie do budowania więzi, musieli sobie radzić. Szybko musieli się nauczyć samodzielności. Nawet testy na prawo jazdy mieli zdane tak, że 18. urodziny skutkowały od razu praktycznym egzaminem. Później robili kolejne kategorie i sami sobie na nie zapracowali. Wszystko, co mają, mają dzięki własnej pracy rąk. Nie ma czego zazdrościć, bo to niełatwe do dokonania w pełnej rodzinie, a co dopiero w pojedynkę.

Więc gdy Gabi poprosiła, żeby podwieźć ją do Empiku, bo zamówiła książki, mówię do niej:

– Wiesz, chciałbym też jedną napisać. Taką, co z butów wywala, jak te skarpety na Świętego Mikołaja.

Bo wychodząc, przy drzwiach, przy których ciągle dzwoni dzwonek, stała papierowa torba. „OJCZE... PREZES... TATO” – lśniło w błyszczącej wersji nad uszami renifera. A w środku: wino Lisbona, dwa słoiki z suszonymi grzybami i krzesło z siedzącym na nim Mikołajem. Czwarty listopada 2026 roku.

Pytam:

– Gabi, co to?

– Nie pytaj! Ktoś komuś daje, bo czegoś chce.

– Coooo? – zapytałam.

Bosze... Bossowi zrobiłam paczkę na Świętego Mikołaja z okazji roku 2025. Chyba była tam książka Mroza, bokserki, skarpetki, dużo słodyczy Kinder (bo ma dwoje dzieci), skarpetki dla dziatek, breloczek z kapibarą i zestaw Sol de Janeiro z Douglasa. Była i kartka z Mikołajem: „HO HO HO”.

No i gdy dzień chylił się ku końcowi, przypomniałam sobie rozmowę ze Star o Biblii. Pytałam, czy nie dostała jej z okazji Pierwszej Komunii. Coś odbąknęła, opowiadając, że na tym rejsie to była w hotelu, gdzie motyli było do osrania i ożygania – cała lodówka, drzwi, ściany, a nawet kabina prysznicowa.

Popatrzyłam na drukarkę, przy której stała ulotka reklamowa z motylem. Nazwa leku skojarzyła mi się z Harlequinem. Gdy na Bujwida ktoś mi wsadził ją do ręki, beczałam jak bóbr. Łzy mi leciały, a zza szyby śmiali się ze mnie. Ejjjj... na Harlequinie płakałam bez pamięci. Seria zielona i nieważne.

Ale mój roczny synek był właśnie w trakcie diagnozowania, czy nie ma przerzutów nowotworowych. I gdy dostał pierwszą chemię, nie miałam telefonu i wyszłam zadzwonić. Jakaś baba krzyczała, że jestem studentką i chodzę, gdzie chcę. A na przejściu samochód mnie potrącił – tym peżotem, co głową szybę rozbiłam, we Wrocławiu, przy Kredkach, akademikach. I gdy zadośćuczynienie dostałam, ex zabrał całą kwotę i kupił węgiel.

Więc teraz nie wiem, o czym pieprzy marabut, pisząc o kamieniu filozoficznym do Lumi. Bo dziś po Vaxigripie czuję się, jakby skrzydła miały mi urosnąć, bo ta moja głupia sąsiadka na zapyziałej wiosce ma kolorowy, kryształowy żyrandol jak w Wersalu. Śmiałam się do Betowena, że to fikoł nad fikoły, gdy darła się do mnie, że kupiłam dla niego milion dwieście jabłek, bo przez płot widzi, że aż tyle...

CDN

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania