Węgierska Górka 1954
Mała Zosia, zaledwie 11-letnia, samotnie bawiła się w gęstym, mrocznym lesie, serce biło jej jak oszalałe, gdy nagle cichy, złowieszczy szum przeszył ciszę jak ostrze noża. Powietrze zgęstniało od grozy, a nad koronami drzew unosił się srebrny dysk, migoczący zimnym, hipnotycznym światłem, które paliło oczy i duszę. Niewidzialna siła, jak lodowaty, bezlitosny uścisk śmierci, pociągnęła ją brutalnie w stronę nieznanego, a łzy strachu mieszały się z potem, spływając po policzkach w strumieniach paniki.
Wnętrze pojazdu było obce, lodowato zimne, powietrze ciężkie od metalicznego zapachu strachu. Stały tam wysokie, smukłe istoty o bladej, szarej skórze i ogromnych, czarnych oczach, które wwiercały się w duszę jak sztylety, budząc falę mdłości i bezradności. Nie padło ani słowo, lecz ich myśli wdarły się do jej umysłu jak huraganowa burza, rozrywając myśli na strzępy: "Jesteśmy strażnikami gwiazd. Ludzkość pędzi ku zagładzie, pochłonięta chciwością i nienawiścią. Zmieniajcie się, zanim będzie za późno – zanim pochłonie was wieczna ciemność!"
Wizje zalały jej dziecięcy umysł z miażdżącą, paraliżującą siłą – płonące miasta w agonii, gdzie wieżowce topiły się w morzu ognia jak woskowe potwory w piekle, a ulice wypełniały wraki samochodów i ciała w konwulsjach, wijące się w męczarniach jak robaki na haku, ich skóra pękała od żaru; przeraźliwe, nieludzkie, gardłowe krzyki umierających matek tulących rozszarpane, krwawiące niemowlęta, dzieci błagających o ratunek pośród gruzów, z oczami wyłupionymi przez odłamki, twarze扭曲zone w grymasach niewyobrażalnej agonii, oczy pełne rozpaczy i oskarżenia; oceany krwi i rozpaczy, gdzie fale czerwieni zalewały kontynenty, niosąc ciała gnijące w agonii, powietrze gęstniało od dymu i popiołu, przesycone fetorem spalonych ciał i zgniłych marzeń, z widmowymi zjawami ofiar szepczącymi oskarżenia prosto do uszu, budząc dreszcze grozy; serca pękały od bólu i samotności, echa utraconych miłości i zdradzonych nadziei, gdzie duchy bliskich wrzeszczały w wiecznym cierpieniu, ich głosy jak sztylety wbijane w serce, a koszmary czaiły się w każdym cieniu, gotowe pochłonąć duszę. Rozdzierające poczucie straty, bezradności i żalu ściskało gardło jak szpony demona, budząc falę niepowstrzymanych łez, wymiotów i histerycznego szlochu, jakby cały świat tonął w piekle niewyobrażalnego horroru, a ona sama była jego epicentrum.
Ale pośród tej koszmarnej otchłani rozpaczy, jak nagły promień słońca przebijający najczarniejszą burzę, rozbłysła desperacka, drżąca iskra nadziei: ludzie splatający dłonie w akcie czystej, rozpaczliwej miłości, ich twarze rozjaśnione łagodnym uśmiechem; odbudowujące się miasta pełne bujnej zieleni, kwitnących ogrodów i radosnego śmiechu dzieci bawiących się beztrosko; świat odrodzony w doskonałej harmonii, gdzie błękitne niebo jaśniało wiecznym pokojem, a serca biły w unisonie, wypełnione ciepłem braterstwa i nieskończoną empatią, przynosząc ulgę jak matczyny uścisk po burzy, choć naznaczony bliznami.
Istoty delikatnie dotknęły jej dłoni, a przez ciało przebiegł dreszcz ciepła, mieszanka paraliżującego lęku i bolesnego wzruszenia, zostawiając palący ślad w duszy.
Gdy wróciła do wioski, drżąca, blada jak widmo, z sercem walącym o żebra, nikt nie uwierzył w jej łamiący się, przerażony głos. Ale w jej oczach, pełnych gwiazd, bólu i nieugaszonego koszmaru, na zawsze pozostał ten kosmiczny, rozdzierający serce sekret, który nawiedzał ją w każdej nocy.
.
.
Opowiadanie science-fiction.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania