Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WERSY PISANE ZAŚWIATAMI (opowiadanie mystery)
WERSY PISANE ZAŚWIATAMI
(opowiadanie mystery)
Wiele razy zdarzało mi się czytać, iż: "strach, to ulega poskromieniu, towarzysząc w życiu".. Niby: jest takowo... zawsze. Jednak: jeżeli ów strach, jest wszystkim, o czym nie ma się pojęcia: czy... należy bać się zmarłych?: uznając, że zwyczajnie "wierzy się w Siebie".? Przeczytaj zatem, odnajdując w Sobie ku temu odwagę, skoro uważasz, że "żyjesz własnym życiem"..
PROLOG
Podkulając kolana pod brodę, otuliła się kocem na tyle szczelnie, aby tłumione nim powietrze, zdawało się być czerpanym przez seledynowo morski odcień barwy przerażonych oczu trzynastolatki, niczym szkwał, targający falami sztormu swobodnie brnącą przed nim, tafle młodzieńczych myśli. Zdawały się obecnie szargać uczucia, niczym szmaty żagli, wezwanych do wiecznego odpoczynku, łajb: na dnie nieprzeniknionej światłem radości, mrocznej zawiłości odmętów głębin: własnych, uporczywie skołatanych przemyśleń... nie mniej od serca, śpiącego zanikiem codzienności, pod koroneryjną bielą całunu, wiodącego w ostatnią drogę, najbliższą z osób... i najbardziej nie był przerażającym bezpowrotny brak matczynej miłości. Nawet śmierć głodowa, zdawała się tylko... dość, cholernie: bardzo niemiłym akcentem, niczym sztylet, sterczący wzniośle z piersi szlachcica, w związku z koniecznością ubioru wieczorowej garderoby śmierci... Rzucając krótkie spojrzenia w spowijającym wnętrze pokoju, mroku: zdawała sobie przecież sprawę, że już nie ma kogokolwiek, mogącego stanowić przed nim obronę...
Mimowolnie zionący oddechem, strach: zdawał się unosić szponami umysł, zawieszając go w toni szkarłatu, pozwalającego uznać, iż bycie jego częścią, stanowi ucieczkę od własnej niedoli, która, chociaż będąc rodzimą samotnością, zdawała się uwielbioną w tańcu szaleństwem osobowości: nakazując wyruszenie w nieznane, wbrew paraliżowi przerażenia, który własną nieustępliwością, zezwalał jedynie na przejaw trwożliwości drżenia, jakby w ten sposób uiszczał należną zapłatę, wobec zdrowia rozsądku. Właściwie? Nie czuła się zobowiązana do czegokolwiek więcej, odczuwając powtarzalność paraboli zegarowego wahadła, jako nuty pięciolinii kołysanki, zabierającej dusze, w objęcia ukojenia... Faktycznie. Jakby z tego powodu, usiłowała zrozumieć, w jaki sposób można przemierzać ciemność, w stronę dotyku blasku płomienia świecy, będącego jedyną możliwością poznania nieodkrytych dotąd tajemnic...
Skupiając zadziornie przenikliwą czujność spojrzenia, w ociekłym pszczelim woskiem, mosiądzu zdobień trójogarkowego kandelabru, usiłowała przekonać się, iż pod łóżkiem, nie ma czegokolwiek, zdającego się trwać odwiecznie... przeświadczeniem obecności: której opalizujące blaskiem rubinu ślepia, nieśmiały przestać tkwić szydercze spojrzenie w codzienności lęku, o której istnieniu, z własnej woli, zechciała być nie mniej przeświadczoną. Właściwie... wystarczy przecież tylko postawić stopę na majaczących zgrzytliwością klepkach podłogi, uznając, że pazurzasta dłoń iluzji przerażenia, nie zechce istnieć: jako zaciśnięta boleścią wokół kostki, wlokąc dusze przez bramę piekieł, stojącą ościeżą pod majestatem kubatury żeliwnej wykrętności łoża... śmierci: wszystkiego, czym zechciało się żyć, aby zaznać kresu... w nie inny sposób...
EPILOG
Co w tym złego, że jako dwudziestoczterolatka, przysiadasz na łóżku, paląc papierosa?.. Możesz przecież, odwrócić się od tego, ściskając w dłoniach kubek stygnącej kawy: nadal żyjąc świadomością, iż umysł małej dziewczynki: nie ukrywa się pod kocem... gdy spoglądając z pod jego połów, stanowi jedyne oblicze prawdy... zarówno o tobie, jak i wszystkim, co woląc przemilczeć: ukrywasz przed sobą, aby drzemiąc pod łóżkiem, pozwalało mieć nad sobą kontrolę...
- Psst! Mamoo... - szepnęła konsternacyjnie ukryta w czeluściach przędzalniczo kunsztownego tku wełny, postać, której z powodowanego nim falbany mroku, na świat wydany został obraz oblicza spojrzenia.
- Coo... - odszepnęła żartobliwie ubrana w prostą wiejską codziennością, sukienkę: troskliwa postać czterdziestolatki.
- Mamoo... ona... - rozległo się o wiele ciszej - znowu tutaj jest... - możliwe, że dokładnie tam, na łamach dziecięcego umysłu, gdzie wzrok: powędrował na puste miejsce obok: zajmowane jedynie przez haftowane prześcieradło...
- Ktoo... - spytała kobieta, rzucając okiem na elegancką cykliwość zgrabnego, naręcznego zegarka.
- Sandraa... - szepnęła dziewczynka, nieśeiadomością płynących po policzkach, łez...
Nie rozumiała z jakiego powodu, na widok pustego miejsca obok córki, przeszedł ją mimowolny dreszcz najszczerszego przerażenia:.. dokładnie nieustępliwy wobec strachu, przed zamieszkującym pod łóżkiem potworem... który towarzyszył przez wszelkie noce dzieciństwa, nawet dzisiaj nie pozwalając zapomnieć o swojej obecności...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania