Westchnienie
na odrapanej ścianie, w starej szafce
z wymalowanym czerwonym krzyżem
był bandaż na zbite kolano i kłujący łokieć
pastylki na wszelkie bóle, nawet zmyślone
kropelki na brzuszek, syrop niesmaczny, blee
a nawet ziółka na miłość i te dla nerwusków
była maść na stawy, na pośladki po laniu
jodyna czekała, by zapiec na ranie, ała!
wisiała też instrukcja na drzwiczkach
a w niej jakiś żartowniś napisał mazakiem
„do wesela się zagoi, wystarczy podmuchać”
obok apteczki ulokowano uniwersalny lek
w postaci paska z klamerką na ból paluszka
i niechęci pójścia do szkoły z tornistrem
och to był nasz rodzinny dom z piecem
przy którym ogrzewało się zmarznięte stopy
spiżarnia jak Sezam, skrywała smakołyki
do podkradnięcia, tu jagódki w słoikach
tam śliwki suszone, wędzonki na hakach
zbyt wysoko powieszone by je capnąć
gdy przychodził dzień prania we Frani
wodne wiry ciekawską rękę chciały pożreć
na dźwięk odkurzacza, jak syrena z remizy
psy, koty i myszy uciekały w popłochu
na parapecie stał wielce obrażony kaktus
co nie dawał się dotknąć, dzikus jeden
i podobno na złość wody nie dostawał
stare kąty, pełne wspomnień i tajemnic
zniknęły już pod łychą wielkiego buldożera
ani po nich skrawka dachówki, ni cegły
a pył nagromadzony przez dziesiątki lat
rozwiał wiatr na cztery strony świata...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania