What a Wonderful... (Cudowny świat…)

W porcelanie paruje oswojony poranek,

słowik rozbija ciszę na drobne, jasne dźwięki.

Ogród namawia do naiwności,

by uwierzyć, że ziemia wciąż jest okrągła i cała.

 

A tam ołów rozrywa horyzont.

W ramionach matki stygnie okruch nieba,

dom stał się własnym nagrobkiem,

zanim zdążył zapuścić korzenie.

 

Słońce leje miodowe światło na rzęsy dziecka,

które boso goni wiatr po zielonej mapie.

Każdy oddech pachnie tu początkiem,

obietnicą czystą jak źródło.

 

Lecz zielone płuca świata krztuszą się czarnym kaszlem,

płoną wieki pisane w słojach drzew.

Niemy krzyk puszczy wsiąka w popiół,

gdy człowiek przelicza życie na metry zysku.

 

Chmury przeglądają się w lustrze jeziora,

fale kołyszą do snu zmęczone łodzie.

Spokój ma zapach tataraku i wilgoci,

chwila zamiera w bursztynie.

 

A wielka biel, co trzymała świat w rygorze,

teraz bezgłośnie łka i spływa do gardeł oceanów.

Woda gęstnieje od naszych grzechów,

gdy ciężkie niebo zrywa z nas dachy i maski.

 

Ptak za oknem nagle połknął swój śpiew.

W kubku osiadł gorzki, zimny osad.

Patrzę na linie własnych dłoni –

czy to my jesteśmy tym końcem?

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania