Wiatrak, blondyna i kura

Na elektryków było duże zapotrzebowanie i Alan mógł podjąć pracę zaraz po ukończeniu technikum. Miał bystry umysł i sprawne ręce. Robotę wykonywał fachowo i na czas. Nigdy ponownie nie wzywano go do poprawek. Zdyscyplinowany i oszczędny odkładał regularnie i po krótkim czasie zgromadził wystarczający kapitał, żeby otworzyć własny biznes. Dawał ogłoszenia do gazet i na internecie. Zajmował się podłączaniem świateł, kuchenek, ogniw słonecznych, wszystkiego co chodziło na prąd. W wolnych chwilach krążył po domach w okolicy, żeby promować swój serwis. Nadeszło upalne lato i dostawał więcej niż zwykle zleceń na instalację wentylatorów sufitowych. To ostatnie szczególnie utkwiło mu w pamięci.

 

Klientką była młoda kobieta, przynajmniej tak mu się zdawało, gdy rozmawiał z nią przez telefon. Mieszkała spory kawał drogi za miastem, dlatego wyraźnie zaznaczył, że zażąda ekstra zapłaty za dojazd. Gdy trafił pod wskazany adres, ujrzał niepozorny dom z czerwonej cegły, o prostych drzwiach i oknach, przykryty spadzistym dachem. Z boku stał garaż na traktor i przyczepę, naprzeciwko chwiała się rozklekotana szopa ze sprzętem rolniczym. Po zabłoconym podwórku biegało kilka kur. Na schodach przed domem siedział mężczyzna i palił skręta. Ubrany był w wytarty waciak, na głowie miał czarny beret z antenką, nogi obute w gumiaki. Na widok Alana wstał i nie wyjmując rąk z kieszeni, przepitym głosem zawołał:

— Halinka, ruszże się! Już jest.

Z budynku wyszła kobieta. Alan nie mógł widzieć jej twarzy, bo słońce świeciło mu prosto w oczy. Zdołał tylko uchwycić, że była zgrabna i miała jasne włosy. Z furgonetki wyciągnął skrzynkę z narzędziami, aluminiową drabinę i podszedł do wejścia. Kobieta przywitała go i zapytała, czy chciałby czegoś dla ochłody. Odpowiedział, że ma mało czasu i od razu musi się zabrać do roboty. Zapytał gdzie ma przyczepić ten wiatrak i czy chce, żeby zainstalować jej pilota do przełączania światła i sterowania napędem na odległość. Ta opcja bardzo jej się spodobała.

— Czy to znaczy, że będę mogła się bawić wiatraczkiem leżąc w łóżku?

„Wiatraczek nie jest do zabawy” — miał jej odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. W końcu płaci mu za robotę, nie za komentarze. Mężczyzna w berecie nie odzywał się, jakby w ogóle tam nie mieszkał. Patrzył na Alana nieufnym wzrokiem. Skończył palić i wyszedł na podwórko, zająć się kopaniem butelki po piwie. Alan zbadał sufit w sypialni, odciął dopływ prądu i zdjął żyrandol. Następnie wspiął się po drabinie i wszedł pod dach, ostrożnie stąpając po drewnianych belkach. Robił to z kocią zręcznością, w czym pomagała mu szczupła, wysportowana sylwetka. Na jednej z belek zamocował stalową klamrę, z dołu przykręcił do niej uchwyt, na którym zawiesił wiatrak. Blondyna obserwowała każdy jego ruch z nieskrywanym podziwem.

— Jak pan to wszystko fajnie składa — powiedziała, kiedy skończył montaż kontaktu na ścianie.

Jej słowa ucieszyły go, bo zawsze był łasy na pochwały. Zastanawiał się, jak taka atrakcyjna kobieta może mieszkać na odludziu z facetem, co wygląda jakby całe życie obijał się w PGR. Kiedy skończył, włączył wiatrak na maksymalne obroty. Działał bez zarzutu. Blondyna położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Chłodny nawiew targał jej gładkie włosy. Spódniczka mini odkrywała długie nogi o kształtnych udach i umięśnionych łydkach. Przekręciła się na brzuch i uniosła stopy, machając na przemian czarnymi szpileczkami. Alan wyłączył wiatrak, pozbierał narzędzia i ruszył do wyjścia. W drzwiach się zatrzymał, jakby o czymś zapomniał.

— Zaraz panu zapłacę, proszę usiąść przy stole.

Usiadł i czekał.

— Ile jestem winna?

W odpowiedzi wręczył jej rachunek.

— Tylko tyle? To jak za darmo. — Ucieszyła się. — W takim razie nalegam, żeby został pan na obiad.

Wyszła na próg i zawołała do męża:

— Wacek, złap no jaką kurę. Ugotuję rosół panu elektrykowi. Tyle się napracował, na pewno jest głodny.

Wacek popatrzył na nią z niedowierzaniem. Wymamrotał coś pod nosem, po czym poczłapał w kierunku szopy. Po chwili wyszedł z siekierą w ręku.

— Zielononóżkę czy Sasankę?

— Sasanka to dobra nioska — odkrzyknęła blondyna. — Spróbuj Jarzębiatkę, bo ślepiutka i ledwie się rusza.

Wacek na palcach skradał się w kierunku tłustego ptaka drzemiącego w grajdołku, pod liśćmi oberżyny. Gdy podszedł na dwa kroki, zamachnął się siekierą wysoko w powietrzu. Alan nie mógł znieść widoku dekapitacji i odwrócił głowę. Wacek z całej siły opuścił siekierę. Rozległo się przeraźliwe gdakanie i bicie rozpostartych skrzydeł o płot. Kątem oka Alan ujrzał kurę wzlatującą znad grzędy, tuż za nią spadające ostrze topora, które zaryło się w piachu. Wacek zaklął ze złości i pognał za kurą.

 

Alan patrzył na to w osłupieniu. Wystająca z rękawów waciaka siekiera, goniła dookoła gnojówki przerażoną kurę, na oczach żony obserwującej ten pościg z domu. Otworzyła na oścież okno, wychyliła się na zewnątrz, łokciami oparła o parapet. Alan odnosił wrażenie, że bierze udział w jakimś przedstawieniu, a skoro tak, nie pozostaje mu nic innego, tylko grać wyznaczoną rolę. „Zadrzyj jej kiecę i złap za okrągłe pośladki” — usłyszał czyjś głos. Zrobił tak i czekał aż dostanie w twarz, lecz blondyna nie wykonała najmniejszego ruchu. Widocznie grała w tej samej sztuce. Już nie czekając na żaden głos, lewą ręką złapał ją za włosy i okręcając je wokół palców, pociągnął jej głowę do tyłu. Pozwoliła mu na to bez cienia oporu, bo tego wymagał scenariusz, który przecież znała na pamięć. Drugą rękę wsunął pod biustonosz, starając się uwolnić jej piersi, na co zareagowała lekkim westchnieniem. Zanurzył się w niej ponownie. Tym razem trafił tam gdzie trzeba, bo pochyliła się jeszcze niżej, zaczęła ruszać biodrami i mruczeć z przyjemnością. Puścił włosy, żeby wolną ręką zatkać jej usta, z których dochodził jęk, coraz głośniejszy. Nie odrywając ręki pracował w równym tempie, a każda minuta wydawała mu się wiecznością. Każdy obrót jej bioder był dla niego jak podróż dookoła świata.

 

Wacek wciąż gonił za kurą. Rzucił siekierę na ziemię i usiłował schwytać ptaka rękami. Po wielu nieudanych próbach, wreszcie mu się udało. Odwrócił się w stronę otwartego okna i podnosząc kurę wysoko do góry, zawołał:

— Ta, dobra?

Dobra czy nie, nikt nie mógł powiedzieć. Blondyna straciła kontakt z rzeczywistością. Odfrunęła w krainę znaną tylko kobiecie, do której Wacek nie miał dostępu. Alan zdążył okrążyć świat wiele razy i był coraz bliżej celu podróży. Bał się, że Wacek odkryje, nad czym tak intensywnie pracuje. Wtedy wpadnie do pokoju, powali go na podłogę, złapie za siekierę i mu odrąbie. Co będzie dalej, wolał nie myśleć. Nie tracąc zimnej krwi, wychylił się zza pleców blondyny.

— Ta może być ciut za chuda! — zapiał wysokim głosem.

Wacek spojrzał żonie w twarz, lecz nic z niej nie wyczytał, bo przeżywanie krótkiej chwili w nieskończoność pochłaniało ją bez reszty. Co się działo dookoła, było jej obojętne. „Kręć się mój wiatraczku” — szeptała w kółko i dygotała lekko. Zdezorientowany Wacek wypuścił kurę z rąk i pogonił za inną. Alan zdążył wyskoczyć moment przed zwarciem i kilka ostatnich podrygów wykonał solo. Blondyna obciągnęła spódniczkę, poprawiła włosy, po czym wyszła do łazienki. Po chwili wróciła i jakby nigdy nic, zabrała się za gotowanie obiadu. Kiedy skończyła, siedli do stołu. Przy wódce Wackowi rozwiązał się język. Opowiadał jak bardzo kocha żonę i jakim udanym są małżeństwem. Alan jadł w milczeniu. Kiedy Wacek chciał mu nalać znowu, wymówił się brakiem czasu, podziękował za gościnę i pojechał.

 

Po kilku dniach Alan odebrał telefon. Po drugiej stronie rozpoznał głos Halinki.

— Czy to pan Alan?

— Tak, czym mogę służyć?

— Chciałabym, żeby pan zainstalował jeszcze jeden wentylator, w dużym pokoju… — blondyna umilkła, szukając odpowiednich słów. — Tylko tym razem, niech pan się tak nie śpieszy i wykona robotę porządnie, do końca.

Przyjął zamówienie i umówił się na następny tydzień. Jadąc do niej rozmyślał: „Jaka wymagająca klientka. Pierwsza, która posądziła mnie o fuszerkę”. Uśmiechnął się zawadiacko i zaczął układać plan, jak jej zapewnić pełną satysfakcję.

Średnia ocena: 3.9  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (27)

  • Marek Adam Grabowski 3 miesiące temu
    Dobrze napisane, ale fabuła mało ciekawa. Pozdrawiam 3
  • Narrator 3 miesiące temu
    Marek Adam Grabowski
    Czyżby brakowało poczucia humoru? Chyba pora rozluźnić ten krawat... :)
  • Bożena Joanna 3 miesiące temu
    O dobrego fachowca trudno, niejedna kobieta chciałaby zatrzymać porządnego jegomościa na dłużej niż wymaga usługa nawet za plecami męża.
    Pozdrowienia!
  • Narrator 3 miesiące temu
    Bożena Joanna
    Cieszy mnie ta opinia, bo tak się składa, że z zawodu jestem elektrykiem :)
  • LittleDiana 3 miesiące temu
    Trochę obleśne, ale napisane dobrym stylem.
  • Narrator 3 miesiące temu
    LittleDiana
    Niestety, nie jest to pamiętnik Laury :)
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Haha. Rozbrajające. I cudownie absurdalne. Najlepsza wizja gościa czekającego na ugotowanie rosołu :)) (dla tych co nie gotują: dobry rosół to min 3h samego gotowania a tu się sprawieniem kuraka zaczyna). Odebrałam jak skecz Monty Pythona. Dobre!
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Zapomniałabym. To:
    "Wacek spojrzał żonie w twarz, lecz nic z niej nie wyczytał, bo przeżywanie krótkiej chwili w nieskończoność pochłaniało ją bez reszty. Co się działo dookoła, było jej obojętne. „Kręć się mój wiatraczku” — szeptała w kółko i dygotała lekko."
    - jest świetne.
    Znów przeczytałam przy dopisywaniu komentu i znów się uśmiałam. Kurczę, rozśmieszyć o wiele trudniej niż wzruszyć...
  • Narrator 3 miesiące temu
    Tjeri
    Prawdziwy rosół, jak każda dobra rzecz, wymaga czasu. Lecz obecnie coraz częściej do garnka wrzucamy coś tak mizernego, karmionego sztucznościami, co rozpływa się w pół godziny, nie zostawiając żadnych wartości odżywczych, ani smaku.

    Tę historię opowiedział mi kolega, który faktycznie był elektrykiem i coś tam naprawiał w podwarszawskich błoniach. Sądzę, że się troszkę przechwalał, ale miał tak wybitny dar opowiadania, że każdy by mu uwierzył.

    Cieszę się, że potrafiłem rozbawić :)
  • Szpilka 3 miesiące temu
    Tak to jest, gdy w domu jełopa, się wtedy dzieje całkiem na opak 😁

    Fajne, fajne i sprawnie napisane i o to chodzi 👍
  • Narrator 3 miesiące temu
    Szpilka
    Co Pan Bóg rozłączył, kwaterunek złączył. Mam nadzieję, że wkrótce takie historię będą należeć do przeszłości. Kobieta uzyska finansową niezależność i się obejdzie bez jełopa. Dobrze dla niej, dobrze dla niego :)
  • Józef Kemilk 3 miesiące temu
    Dobrze napisane i zabawne. Na drugą wizytę monter powinien przyjechać z flaszką dla gospodarza😀
    Pozdrawiam 5
  • Narrator 3 miesiące temu
    Józef Kemilk
    Myślę, że gospodarzowi należy się więcej niż flaszka, bo to przecież ofiara systemu.

    Dziękuję za przeczytanie i cieszącą oczy ocenę.
  • pansowa 3 miesiące temu
    A może by tak monterem wiatraczków zostać...?
  • Narrator 3 miesiące temu
    pansowa
    Nigdy nie jest za późno. Oto wynik ankiety, które z zawodów kobiety uważają za najbardziej seksowne:
    4. Murarz
    3. Stolarz
    2. Szef kuchni
    1. Dyrektor renomowanego banku
  • pansowa 3 miesiące temu
    Narrator Gdzie polski hydraulik?!
  • Narrator 3 miesiące temu
    pansowa
    Hydraulik chyba zaraz za murarzem, bo naturą rzeczy zajmuje się tym, co wylatuje z apendyksu. Wpierw trzeba mieć pieniądze i najeść się do syta, potem wybudować dom, kupić meble, a dopiero na końcu do sucha wypróżnić.
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    „Z wana wyciągnął skrzynkę”
    Z vana
    „się do wejścia. Kobieta przywitała go i zapytała, czy chciałby czegoś się napić. Odpowiedział, że ma mało czasu i od razu musi się”
    3 x się
    Trochę jeszcze zaimków można wytrzebić.

    Bardzo przyjemna humoreska. Taki profesjonalista, a jednak fuszerka mu się zdarzyła. Cóż, nikt nie jest doskonały, dobrze, że Alan dostał szansę poprawy. Pan Wacław widocznie swoje okazje już zmarnował. Albo, co bardziej prawdopodobne, wykorzystuje je w innym miejscu, albowiem w przyrodzie nic nie ginie 😊
  • Narrator 3 miesiące temu
    Bajkopisarz
    Dziękuję za korektę, tym bardziej, że sam nie lubię poprawiać własnych tekstów.

    „Się” wyrzuciłem. Czy jest jeszcze jakiś język z takim dziwolągiem?

    Co do drugiego — sprawdziłem, forma „van" jest poprawna, forma „wan” jest dopuszczalna. Osobiście wolę drugą, ponieważ litera V w ogóle nie powinna występować w polskich słowach, choć akurat to słowo jest importowane. Dlatego postanowiłem zmienić na „furgonetka”.

    Nadmiar zaimków to pewnie zły nawyk z angielskiego: Pan Brown siedzi w 𝘀𝘄𝗼𝗶𝗺 fotelu i pali 𝘀𝘄𝗼𝗷𝗮̨ fajkę. Widocznie my, Polacy, nie przywiązujemy uwagi, czyja była ta fajka, a fotel może ukradziony :)
  • Bajkopisarz 3 miesiące temu
    Narrator - no jest, czeski. Tam mają "si" i "se" i nie sposób tego ominąć ;)

    Przyznam, że formy "wan" nie widziałem nigdzie (poza Obi-Wan Kenobi, ale to inna bajka).
    W angielskim faktycznie zaimków jest dużo, ale za to ma ogromne możliwości do gier słownych, taką Alicję w Krainie Czarów można przeczytać dziesięć razy i wciąż okrywać jakiś nowy smaczek.
  • Narrator 3 miesiące temu
    Bajkopisarz
    Conrad (Korzeniowski) świetnie władał językiem francuskim. Otwarło to przed nim drzwi do salonów francuskiej arystokracji. Jednak nigdy się nie zdecydował pisać w tym języku. Zamiast niego wybrał angielski, ze względu na jego uproszczoną formę oraz mniejsze wymagania stawiane pisarzom.

    W angielskim jest mniej słów, za to ich znaczenie zmienia się w zależności od kontekstu. Dla mnie jest fascynujące, jak różne zbiorowiska takich samych mózgów opisują jednakowe rzeczy zupełnie inaczej.

    Czeski jest zabawny: Ryba, ryba, ryba se má, že před tebou, milá, jí hlubina chrání... https://www.youtube.com/watch?v=TxtPM3EGlJ4
  • Trzy Cztery 3 miesiące temu
    Wacek - imię znak! W opowiadanku zastosowałeś, Narratorze, przekaz podprogowy. a jaki - wyjaśni ta rozmowa dwóch wiejskich kobiet.

    Upał. Rozmawiają dwie sąsiadki:

    - Kumo, a co twojemu się stało?! Gorąc taki, że krowy tylko w cieniu ustać mogą, a ten w waciaku, berecie i gumiakach?!
    - Kumo, ja nie wiem! Co go palcem trącę, on pierzyną się po uszy owija! Żadnego pożytku!
    - A może ty mu co zrobiła?
    - Nic, a nic, jak babcię kocham! On woli w waciaku i berecie dookoła gnojówki za kurą ganiać, niż ze mną baraszkować!
    - A to chuj!*

    kuma - sąsiadka
    chuj - wacek

    :)

    Opowiadanko sympatyczne: krótkie i zabawne. Scena seksu opisana językiem technicznym, trochę elektrycznym:)
  • Narrator 3 miesiące temu
    Trzy Cztery
    A to mi odświeżyłaś pamięć! Rzeczywiście miałem kumpla, co powiadał, że uwielbia się wackować myśląc o koleżance z klasy. Język polski jest przebogaty, wystarczy pokopać trochę głębiej pod powierzchnią.

    Podobnie w angielskim:
    Dick — zdrobniale Richard
    dick — wacek

    Co do sceny opisanej językiem technicznym — tak chyba większość facetów to widzi, jako pracę maszynerii, bo w końcu najważniejsze, żeby działało zgodnie z instrukcją :)
  • Jared 3 miesiące temu
    O rany, chyba zacznę pałać panieńskim rumieńcem jak dzięcielina. Przepraszam, ale nie umiem ocenić - na pewno jest to dobrze i nienachalnie napisane. Bez dwóch zdań. Treść przemilczę jako nieśmialec :P
  • Narrator 3 miesiące temu
    Jared
    Ludzie dzielą się na dwa rodzaje: Tych co o tym piszą i tych co to robią :)
  • Vincent Vega 2 miesiące temu
    Tym razem leciutki tekst. W udanym małżeństwie z stażem, być może sex przestaje być utożsamiany bezpośrednio z uczuciami, a jedynie z fizjologiczną potrzebą. Małżeństwo Wacka oraz Halinki, mogło być tak udane, gdyż on tolerował wzmożone potrzeby żony. Nie miał partnerki fizycznie na wyłączność, ale w zamian był w posiadaniu w stu procentach jej miłości. Moja skromna interpretacja. :) pozdrawiam
  • Narrator 2 miesiące temu
    Vincent Vega
    Każda interpretacja ma swoje uzasadnienie. A sam tekst chyba trochę podobny do Twoich, tyle że w bardziej tradycyjnym stylu.

    Dziękuję za ciekawy komentarz i również życzę zdrowia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania