Widok
Jeszcze w czasie trwania przeprowadzki do mieszkania na trzecim piętrze, w przedwojennej kamienicy spojrzałem pierwszy raz przez okno w kuchni. Widok, jaki ujrzałem wcale mnie nie zachwycił, zobaczyłem wewnętrzne nieduże podwórko, otoczone z czterech stron podobnymi odrapanymi kamienicami. Prawie na środku rosło poskręcane niewielkie drzewo, obok, którego były jakieś resztki piaskownicy, dwie zniszczone ławki i trzepak. Nigdzie nie zauważyłem trawy i niczego zielonego oprócz drzewa. Podczas biegania i zabawy dużej gromadki dzieci w różnym wieku, widziałem unoszący się nad ich głowami spory obłok kurzu. Żadnego dźwięku z podwórka nie słyszałem, dopóki mama nie otworzyła okna. Wtedy hałas z krzyków i nawoływań dotarł do mnie. Było tak głośno, że mama musiała prawie krzyknąć.
- Tylko nie wychylaj się przez okno, bo możesz wypaść. Najlepiej jak staniesz z boku, wtedy nie będziesz przeszkadzał przy noszeniu naczyń i garnków.
Nawet nie dała mi szansy cokolwiek powiedzieć, tylko przesunęła mnie do miejsca, w jakim miałem stać, lecz stamtąd podwórka nie widziałem. Odgłosy dochodzące za okna działały na moją wyobraźnię i chęć patrzenia na zabawy była coraz silniejsza. Długo rodzice nie pozwali mi się ruszyć z miejsca i nie reagowali na moje prośby, chociaż mówiłem.
- Nogi mnie bolą i pić mi się chce. Jestem głodny w brzuszku mi burczy.
Dopiero jak wszystkie nasze rzeczy zostały wniesione do mieszkania i rozliczyli się z tragarzami, pozwolili mi ponownie podejść do okna. Jednak było już późno zapadał zmierzch i dzieci wołane do domu kolejno znikały w bramach do swoich klatek schodowych. Noc zapadła, a na podwórku nie zapaliła się nawet jedna lampa. Jedynie światła rozjaśniające mrok pochodziły z mieszkań, część z nich znikła po zasunięciu zasłon w oknach.
Pod drzewem w miejscach gdzie były ławki pojawiły się ogniki. Jedne zaczynały się mocno świecić, by po chwili znikać, lecz inne zaraz obok powtarzały po nich świecenie. Niestety nie zobaczyłem czy jak poświecą to odlecą do swoich domków, ponieważ mama zabrała mnie od okna. Musiałem szybko zjeść kolację i po szybkim szorowaniu wylądowałem w łóżku. Mama przed snem, po pocałunku na dobranoc, powiedziała.
- Postaraj się zapamiętać pierwszy sen na nowym miejscu, on zawsze się sprawdza.
Sam rano byłem zaskoczony, że zapamiętałem sen. Śniła mi się jakaś głośna rozmowa, może kłótnia, czy sprzeczka i wzajemne oskarżenia, które widziałem w oknie. Rodzicom przy śniadaniu opowiedziałem mój sen, a oni chcieli wiedzieć czy zapamiętałem jakieś słowa. Najgorsze było w tym śnie jego wielokrotne powtarzanie, po kilku nocach bałem się sam spać i wciskałem się na trzeciego do łóżka rodziców, aż do gwiazdki. Dopiero groźba nie przyniesienia przez Mikołaja prezentu pod choinkę, zmusiła mnie do spania ponownie na moim tapczaniku.
Rodzice kończyli przeprowadzkę ustawianiem mebli i wkładaniem do nich naszych rzeczy przywiezionych ze starego mieszkania. Natomiast ja w tym czasie stałem przy kuchennym oknie i patrzyłem na krople deszczu płynące po szybach i widziałem puste podwórko. Nic ciekawego się nie działo, więc poszedłem do okna w pokoju, z niego widziałem ulicę, po której jeździły samochody. Kiedy auta wjechały w kałużę, chlapały wodą na przechodniów. Cześć ludzi wymachiwała pięściami w stronę kierowców winnych prysznica, a inni uciekali pod ściany budynków, jak najdalej od ulicy. Deszcz padał do wieczora i przez cały dzień patrzyłem jak dużo osób trzyma mocno parasolki szarpane i wykręcane w drugą stronę przez wiatr.
Dopiero po kilku dniach po powrocie z przedszkola poszedłem z mamą na podwórko. Tam niczego ciekawego do zabawy nie było, nudziłem się okropnie. Dzieci pozabierały swoje zabawki z piaskownicy i nie pozwoliły mi się nimi bawić. Dopiero jak podeszła do mnie dziewczynka Irenka, zaczęło dziać się coś ciekawego. Niedługo po niej podszedł do nas jej brat, był mojego wzrostu i miał na imię Kuba, lecz chciał żebym mówił do niego Jakub. Właśnie on został moim najlepszym kolegą i później chodziliśmy długo razem do szkoły. Zanim to nastąpiło on nauczył mnie zasad obowiązujących na podwórku i hierarchii.
Zawsze był przywódca, który decydował, w co pozostali się bawią. Często się zdarzało, że było kilka grup i każda miała swojego wodza. Kiedy na podwórku było kilka band, to często wtedy dochodziło do bójek i walki o pierwszeństwo, lub miejsce pod ścianą bez okien gdzie można było strzelać gole. Przeważnie najstarsi i najsilniejsi rządzili, lecz zdarzało się nie raz przywództwo liczniejszych, choć młodszych i słabszych.
Trzepak zawsze był miejscem magicznym wystarczyło, że ktoś siadał na jego niższej poprzecze i prawie natychmiast miał towarzystwo. Nawet po latach wiem, jakim ważnym miejscem dla naszego dorastania był skrawek ziemi wewnątrz budynków. Właśnie tam nawiązywaliśmy trwałe przyjaźnie, rodziły się uczucia miłości i nienawiści. Wszystko odbywało się od początku, aż do końca na podwórku. Jednak było coś, co nas łączyło, wrogość do dzieci z innych podwórek. Zawsze w naszej ocenie najgorszy swój był lepszy od nawet najlepszego obcego.
Pewnego dnia nawet nie spostrzegłem, kiedy stałem się dorosłym, musiałem spoważnieć, tego oczekiwano ode mnie. Nastąpiła zmiana pokoleniowa i teraz to ja miałem wchodzić na podwórko, jako opiekun moich dzieci. Jednak i w tej tradycji nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Niespodziewanie z dnia na dzień podwórko się wyludniło. Może spowodowała to korozja trzepaka, przerdzewiał i groził przewróceniem na tych, którzy podchodzili do niego. Lubianą, na co dzień przez dzieci, konstrukcję wycięto, lecz w to miejsce nie postawiono nowego trzepaka. Miejsce spotkań młodzieży przestało istnieć, znikła możliwość wytrzepania przynajmniej dwa razy do roku dywanu. Kiedyś w każdym domu przynajmniej jeden był, o którego się dbało. Można było pochwalić się przed sąsiadami, jakiego ma się wspaniałego „persa” i nie było potrzeby umieszczać zdjęć na portalu społecznościowym. Teoretycznie komunikacja była ograniczona do rozmów na odległość głosu, lecz w przypadku sensacyjnych wiadomości najwyżej po dwóch dniach pikantne szczegóły znało całe miasto.
Podwórko opustoszało i zarosło chwastami. Nikt już nie wychodził żeby porozmawiać, wypalić papierosa i pić pod drzewkiem na ławeczce alkohol. Drzewo wcześniej rosnące w niesprzyjających warunkach i niszczone przez dzieciarnię, nienękane uschło.
Mieszkańcy z każdego z czerech budynków zaczęli należeć do innych administratorów. Jedni lepiej od innych dbali o powierzone mienie i w niedługim czasie okazało się, że część domów ma nowe elewacje, a inni dalej odrapane ściany. Podobnie było z zagospodarowaniem podwórka, podzielonego na cztery części, oddzielonymi płotami. Przy jednym budynku był plac zabaw, inny miał ładny trawnik, następny wybudował na swojej działce wielki śmietnik. Lokatorzy czwartego utwardzili swoją cześć i zrobili parking. Nikt już do nikogo przez podwórko nie chodził tak jak dawniej i życie sąsiedzkie zamarło.
Widok z okna był nie ciekawy i mieszkańcy już nie wyglądali przez swoje okna na podwórko. Kolejno zamykali się w swoich czterech ścianach, a wolny czas poświęcali na oglądanie telewizji. Natomiast ja zmieniłem kuchenne okno na okno na świat, czyli telewizor i oglądając kanały informacyjne kontynuuję spoglądanie na bawiące się dzieci. Właśnie tam mogę zobaczyć jak obrażone na innych zabierają swoje zabawki, lub opluwają się, czy nadąsane przechodzą do innej bandy.
Jedno tylko się nie zmieniło za nic nie odpowiadają. Dalej, kto inny płaci za rozbite szyby i świeci oczami ze wstydu za złe postępowanie swoich milusińskich. Proroczy sen się sprawdził, a szkoda, ponieważ mogło być lepiej. Niestety jest jak jest i nic nie poradzisz, o dzieciach decydujesz przy poczęciu, o politykach przy wyborach, później chowa ich tylko ulica.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania