Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
WIDZĄCY TYCH ZA TOBĄ. (opowiadanie mystery/o duchach)
WIDZĄCY TYCH ZA TOBĄ.
(opowiadanie mystery/o duchach)
Za przeciętnie zwyczajne, uznawane jest postrzeganie czegokolwiek, dokładnie w taki sposób, jak podlega to indywidualnej interpretacji. Oczywiście. Każdy: nawet na to " zupełnie inaczej patrzy ". Nie mniej jednak: co widzą nieliczni: przeraża nawet ich. Zobacz zatem... Osobiście.
Metaliczny chłód szpitalnego stołu operacyjnego, przeszywał jej ciało nie mniej przenikliwie, od oślepiającej łuny bezcieniowej lampy, matowym lśnieniem szeregu chirurgicznych narzędzi, zdającej się niechybnie pretendować ku wglądowi skrywanych przez jej umysł tajemnic. Jako jedyną drogę, stanowiło ku temu rozbiegane przerażeniem spojrzenie, pozbawione działania aplikowanych garściami medykamentów, pozwalających zamilknąć głosom, każącym jej uciekać. Choć jedynie miała świadomość ich słyszenia, zdała sobie sprawę, iż odnosi wrażenie, jakby szarpało ono medycznymi pasami bezpieczeństwa, powodując epileptyczne konwulsje, wybiórczo ogarniające tępym bólem jej kończyny. Nie... przecież: tym razem, nie darzono jej leczniczym działaniem prądu elektrycznego. Zamilkła. Zupełnie, jakby impulsy wobec elektrod na jej skroniach, przestały stanowić świadomość. Czego właściwie?.. skoro to tylko chyba postać lekarza, ujmującego w dłoń lobotomiczny gwóźdź, niczym insygnium władzy nad zdrowiem... wobec życia. Zanim jego ostry koniec zaczął precyzyjnie wybierać punkt osadzenia w jej oczodole, usiłowała zastanowić się, jak to jest widzieć cokolwiek ponadto, nie mając ku temu sposobności innej, jak odczucie uderzenia, zdającego się ogarniać kości jej twarzy przejawem metalicznego impetu, powodowanego zachwytem wzniosłości medycyny, podającym ją jako swój chlubny przykład...
Pani Pelagia, obudziła się, jak zwykle: bardziej roztrzęsiona, niż strachem przed śródsennym odejściem, jeszcze dalece przed momentem zasypiania. Z ulgą przecierając dłonią pociętą starczymi zmarszczkami, twarz, zaczęła utwierdzać się w przekonaniu, iż ów moment... akurat jej się nie śni, a jeżeli nawet: akurat dla niej pozostaje na tyle realnym, żeby emerytowany umysł, był świadom uznania jego autentyczności. Z biegiem kolejnych dekad, półkulista blizna w górnej części oczodołu, tuż pod łukiem brwiowym, niechlubnie zdobiąc jej powiekę, przestała być dla niej powodem zarówno poświęcania uwagi, jak i pamiętania o jej obecności. Nawet oni już o to nie pytali, dlatego: przestała rozmawiać z kimkolwiek zupełnie, właściwie: nie mogąc odnaleźć w pamięci momentu, gdy zaczęło to mieć miejsce. Zwykła zbywać ich obecność, gdy jedynie stojąc, zwyczajnie patrzyli. Dlatego brała leki, niezmiennie od minionych dekad, zauważając, iż zamykają im usta. Zważywszy, że mijała ich wystarczająco, aby przestać rozróżniać wobec będących naprawdę, chciała przeżyć resztę dobiegającego kresu, życia: przynajmniej w spokoju. Ileż można im wyjaśniać, że kimkolwiek są, okłamują samych siebie własną samotnością... przekonani, że oprócz nich: tam nie ma kogokolwiek ponadto... jak ty obecnie: z tego powodu, kierując wzrok za własne plecy...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania