Widziałem winorośle, cudne winorośle

Widziałem winorośle, cudne winorośle.

 

Widziałem ich łodygi, cudną kore pachnącą ciepłem i domem.

 

Widziałem ich liście, te zielone.

Burgundem ich ogonki naznaczone, zieleniały w każdą stronę.

 

Zawsze, pamiętam że na wietrze tańczyły, obracały się, machały w mą stronę.

 

Jak nie jedna kobieta miały oczy, tańczyły szarmancko, przedstawiając swoje ciało w światła odcieniach.

 

Pamiętam ich uśmiech, wystające jedynki, miękkie usta nie dotknięte rtęcią człowieczą.

A ich kolor różowy, bladoróżowy, tak ślicznie różowy.

 

Zawsze jak przechodziłem, czy z nimi siedziałem, to machały, każda z nich co raz bardziej wygięta.

 

Pamiętam, co raz bardziej jędrna, co raz bardziej piękne.

 

Jak śpiewały pamiętam, to śmiały się, uśmiechały. Machały w moją stronę.

 

I tak rosły, i tak rosły.

 

Pamiętam jak ich usta stały się fioletowe, suknie bardziej burgundowe.

Dłużej się nie wyginały, nie dłużej wulgarne w swym krztałcie.

 

Tak często już mi nie machały, tak często już mi nie śpiewały.

 

Rzadziej siedzieliśmy razem, piliśmy herbatę.

Aż jednego dnia, pamiętam późnej jesieni.

Liście odeszły.

W ich miejscu winogrona, zboże mojego smutku zebrane latem.

Nigdy ich tak nie kochałem, winogrona barwą ich oczu.

 

Ale tak musiało być, jak się hoduje winorośle, jak chce się pić.

Każdej jesieni zbierasz winogrona, każdego lata rzucają na ciebie uśmiechy.

 

Przemijają, pamiętam raz mi wspominały,

że przemijają, dlatego śpiewają o ferworze kwitnięcia, żebym zapamiętał je takowymi.

 

Tak mi co roku śpiewają.

Nowe twarze, słowa, ramiona i biodra.

 

Ale moje pragnienia zostaję te same.

W głębokie, moje ręce doły pogrzebane.

Ciągle tańczę, swe ciało pragnieniu oddaje.

 

Takiej drogi nie wybrałem, że łaknę.

 

Moje oczy spopielałe, choć sięgam w górę i marzę.

 

Marzę o skrzydłach, nieba witanie.

Koło gwiazd czerwieni przelatywanie.

 

Gdzie głód byłby przeszłością,

a pragnienie wspomnieniem.

 

W wieczność taniec z moim własnym żebrem.

To wieczne kwitnięcie, ze śmierci Bożą ręką minięcie.

Takie piękne to mego ducha marzenie.

 

W tym marzeniu pęknięcie, zamek z klamką wbity w ścianę.

 

Niewidoczne, tapetą przykryte, niebem zamalowane.

 

Łańcuchy krwią wysmarowane, wy wszyscy podlegli.

 

Ciemność was nie skryje, ani krew zapachu nie zmyje.

Że wasze mięso gnije, a wy chcecie więcej?

 

Czego jeszcze chcecie? Ile jeszcze zjecie?

 

Co pożrecie że chcecie więcej?

Urodziny, narodziny, guzami pokryte.

A wy pijecie, swe dusze do piekła ciągniecie.

 

Spaliliście lasy, zburzyliście kościoły.

Zostały ogrody, w nich odkopane groby.

 

Ich kształty wy chcecie, dziewicę łakniecie?

 

Czego ciała, duszy czyjej?

Że łakniecie, że widzicie?

 

Ile stron ma wasz bok, ile żeber macie?

 

Wy niewolnicy, człowieczy nierządnicy pod butem pragnienia.

 

Ale jest wam tak miło, jest tak przyjemnie.

 

Krok od zbawienie, a wy dalej kopiecie.

Ile wina wypijecie?

Ile winogron zjecie?

 

Na ziemi nie ma Nieba, więc gdzie uciekniecie?

 

Żeby duszę zadeptać, waszego komfortu parkiecie.

 

Ile stopni do nieba?

A wystarczy, że sięgnięcie za berło królewskie i każcie werdyktem tym nienarodzonym by gineły idee, by deptać mądrości.

Odkopywać groby.

 

Wy upici w gnuśności, im wyższe pragnienie tym niżej ręce na szyji zaciśnięte, a proch powstaje.

Obraz tak piękny, portret cudowny w oprawie złotej targany przez chołotę.

 

Choć ich własne twarze na płótnie wymalowane, plute i targane.

 

Wy przed lustrem, co się skradacie?

Przed czyim wzrokiem się chowacie?

 

Wasze kości krwi złożami, serce młotem i kowadłem. Wychodzą łańcuchy, te białe,

ciągle głodne, zawsze za krótkie,

zbyt małe.

 

Ale jest nam tak wygodnie, tak jest mi miło.

Kiedy ciało duszę zabiło.

 

Chce mi się pić, jestem głodny.

Potrzebą owładniony.

ciepłem zniewolony, opętany ferworem,

przerażony ogniem, jutrzejszym ogniem.

 

Czytam głośniej, a one się uśmiechają.

Chociaż mnie nie znają.

Znów mnie o coś pytają.

Znów tańczą.

Znów się śmieją.

 

Ja też tańczę, ja też się śmieję na mojego komfortu parkiecie.

I zadeptałem winorośle..........

 

Teraz już dalej nie sięgnę, bo zasadziłem ręce.

Myślę jakim motylem będe kiedy szczesnę.

 

Wolność, dla moich winorośli,

Niewinnych winorośli.

 

Jakby chciały żebym z nich jadł, żebym nie chciał innego smaku.

Nie patrzył na inne kwiaty, żebym w ich gałęziach szukał innych twarzy.

 

Żebym w nich szukał ciepła, spełniania werdyktu króla nieba.

Jakby chciały stać się bielą moich marzeń, te ręce muskające moją twarz i serce.

 

Ich usta stykające moje, jakbym to ja był tu winogronem.

 

Ciągle na nich stoję, śmierdzi tu siarką.

 

Może tego chciały?

Może tego pragnęły?

 

Wolności z objęć nierządnika, który je zeżarł.

Ucięcia złotego berła przez koronę królowej.

 

Moje dłonie, znowu coś trzymają.

Nowe berło, nowy owoc.

 

I znowu jestem więźniem, moje marzenie zostaję nie tknięte.

 

O ile nie zapomnę.

Jeśli widziałem dobrze.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • najmniejsza 5 miesięcy temu
    Sporo błędów ortograficznych .Pozdrawiam
  • LightRaven89 5 miesięcy temu
    Luz poprawiłem, dz za info. Wogule co sądzisz?
  • piliery 5 miesięcy temu
    Może i poprawiłeś ale nie wszystkie np: w tytule.
  • LightRaven89 5 miesięcy temu
    Nawet się niezorientowałem, dzięki wielkie. Wybacz że zajmuje czas ake jak ci się podoba?
  • Grisza 5 miesięcy temu
    Jest jeszcze co najmniej 16 błędów w tekście. O słowie "wogule" w Twoim komentarzu nawet nie wspomnę. Ogarnij się!
  • LightRaven89 5 miesięcy temu
    Syzyfowa robota tak ci powiem, zawsze coś przegapisz. Ogólnie co sądzisz o tekście jak przymkniesz oko na błędy

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania