Wieczornice

Dobrzykowice to miejscowość znana przede wszystkim z „Samych swoich” – filmu o Kargulu i Pawlaku. Prawdę mówiąc ni to miasto, ni wieś; bardziej wieś. O ile stara część mego grajdołka posiada jeszcze jakąś przemyślaną strukturę, ze sklepami i kościołem w centralnym miejscu, o tyle nowa część – to już zupełnie wolna amerykanka, w której pełno jest domów wolno stojących i bloków deweloperskich, rozlokowanych bez ładu ani składu. Ale nie ma tego złego. Dobrzykowickie pola, które upodobało sobie dzikie ptactwo, mogłyby śmiało służyć za rezerwat, bowiem w okolicy znajduje się wiele przeróżnych cieków wodnych, nieuregulowanych rozlewisk i kanałów, a także bardziej lub mniej efektownych jeziorek i bagnisk. Jest to więc kraina lilii i pałek wodnych, prawdziwie dzikiej przyrody, najbardziej dziewicza w okolicach takich miejscowości, jak Ligota Mała, Chrząstawa i Brzezia Łąka; na dodatek – co warto podkreślić – przez Chrząstawę przebiega szlak turystyczny żółty. I to właśnie na tych terenach ugrzązłem – to właściwe słowo – po przeprowadzce z miasta na ładnych parę lat. A choć do Wrocławia miałem od teraz stosunkowo daleko, to jednak starałem się nie narzekać i zaistniałą sytuację wykorzystać na swoją korzyść i cieszyć się ile wlezie piękną przyrodą i czystym powietrzem. Aby nie być gołosłownym, powiem tylko, że na spacery z psem chodziłem codziennie. Dodatkowo przynajmniej raz na tydzień starałem się robić dłuższe wypady wałami okalającymi Widawę i Kanał Graniczny, podczas których zapuszczałem się daleko w pola, ugory i zagajniki.

Tak było i tym razem. W pewne zimowe późne popołudnie postanowiłem przejść się żużlową, gdzieniegdzie błotnistą drogą łączącą wspomniany Kanał z Dobrzykowicami. Po zachodzie słońca widoczność zdecydowanie spadła, i to do tego stopnia, iż pośród zadymki dało się dostrzec jedynie lekko zarysowaną linię horyzontu, a także chaszcze rosnące wzdłuż biało-czarnej alejki. Krajobraz zrobił się plastyczno-manieryczny i zaczął przypominać wszystkie te akademickie pejzaże węglem kreślone. Śnieg mieszał się z błotem, a czerń kontrastowała z bielą, a raczej z wszelkimi odcieniami szarości. Dróżka, którą szedłem, zdawała się składać z dwóch równoległych względem siebie, czarnych kresek z czymś białym pomiędzy nimi, linię horyzontu zdobiły czarne – a jakże – zagajniki, a granicę ugorów wyznaczały różne odcienie szarości i oczywiście czerni. Obserwowałem to wszystko przez dłuższą chwilę niczym natchniony malarz, maszerując pod lodowato zimny wiatr, który śmigał po polach i sprawiał, że czułem się dziwnie nieswojo. Strachem bym tego nie nazwał, ale cała ta surowa, ascetyczna aura mnie się udzieliła. Głucha przestrzeń z opowiadania Stefana Grabińskiego w wydaniu dobrzykowickim była naprawdę głucha i zionęła. Chłodem i wilgocią. Ale najlepsze, a raczej najgorsze miało dopiero nastąpić.

Pod koniec przechadzki spojrzałem jeszcze przed siebie w najodleglejszą dal, chcąc się przekonać, jaki dystans dzieli mnie od wału przeciwpowodziowego oraz starego młyna, w kierunku którego zmierzałem. I wtedy to ujrzałem. Naprzód jakieś dwa kilometry przed sobą zauważyłem dwie czarne, pochylone do przodu sylwetki. Pojawiły się nie wiadomo skąd i wyglądały jak dwie zgarbione staruszki z chustami na głowie. Były całe, caluśkie smoliście czarne. Nie mogłem uwierzyć w to, co zaobserwowałem. Ze zdziwieniem wytężałem wzrok i przecierałem oczy, ale obraz wcale nie znikał, a wręcz przeciwnie – wyostrzał się. Po chwili jakby spod ziemi wyrosła trzecia sylwetka i ta również skierowała się w moją stronę. Kobiety, bo to musiały być na pewno kobiety, one zawsze chodzą stadami, zdawały się unosić w powietrzu. Miałem w związku z tym unoszeniem się bardzo złe przeczucia i uznałem, że nie ma chwili do stracenia. Odwróciłem się na pięcie i skierowałem pośpiesznie ku Dobrzykowicom. Jednak co pewien czas sprawdzałem dystans, jaki dzielił mnie od dziwotworów. W końcu z niedowierzaniem stwierdziłem, że obserwowane zjawy zmniejszyły dzielącą nas odległość o więcej jak połowę. Zamarłem, a serce zaczęło mi łomotać. I wtedy począłem biec co tchu. Miałem nadzieję, że uda mi się uciec tym trzem osobliwościom, których nie potrafiłem nawet po ludzku nazwać. Ostatnie metry okazały się być najtrudniejsze do pokonania, bo zmęczenie zdążyło już zrobić swoje, niemniej wolałem sobie nawet nie wyobrażać, co by było, gdyby dopadły mnie te... demony. W końcu udało mi się dotrzeć do pierwszych domostw, gdzie poczułem od razu ulgę, a dziwotwory znikły i więcej się już nie pojawiły.

Na drugi dzień odwiedziłem proboszcza z Gajkowa, który tymczasowo sprawował pieczę nad naszą dobrzykowicką parafią, by dowiedzieć się czegoś na temat miejscowych legend i zapoznać się z tutejszą demonologią. Miałem nadzieję, że uda mi się coś odkryć. Sędziwy kapłan przywitał mnie niezwykle ciepło i z powagą wysłuchał tego, co miałem mu do powiedzenia. Nie byłem ani przesadnie wierzący, ani jakoś specjalnie bojaźliwy, jednak sprawę widziadeł należało po ludzku zbadać. Ksiądz pokazał mi ilustrowaną księgę parafialną z ubiegłego wieku, z której wynikało niezbicie, że pod koniec wojny żołnierze powracający z frontu dopuścili się okrutnego gwałtu na trzech mieszkankach sąsiedniego Krzykowa, a te – podług miejscowej legendy – stały się wkrótce wieczornicami.

Tak gwoli wyjaśnienia: wieczornicami stawały się dusze kobiet zmarłych tuż przed albo w trakcie ślubu, bądź też wkrótce po weselu. Te zadawały ludziom napotykanym na polu zagadki, od odpowiedzi na które zależał los pytanego. Zabijały lub okaleczały swe ofiary, dusiły śpiących na polu żniwiarzy i porywały dzieci bawiące się na skraju pola. Były więc dla człowieka niebezpieczne, tak samo zresztą jak owiane złą sławą południce.

Usłyszawszy to i skojarzywszy fakty, więcej się wieczorami po dobrzykowickich, krzykowskich i wieściszowskich polach nie wałęsałem. W ogóle czyniłem starania, by od tej pory w mym towarzystwie na wałach przebywał stale albo spacerujący ze mną sąsiad – chodziarz z zamiłowania, albo chociaż pies Chico – mój najlepszy przyjaciel i pogromca wszelkich upiorów.

Następne częściWieczornice (wersja II)

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Akwadar 04.03.2023
    Niezłe, niezłe... :)
  • maciekzolnowski 05.03.2023
    Dzięki, dzięki, starałem się, by było... straszne!!! ;)
  • maciekzolnowski 05.03.2023
    No gdzie ci miłośnicy strasznych opowieści?! Komentować proszę, nie lenić się! Dziękuję! :)
  • Dekaos Dondi 05.03.2023
    Maciekzolnowski↔Początek, to takie jeno preludium, wprowadzające w klimat. Bo już od tych chaszczy po bokach, robi się nieswojo deczko. A zaś, to już zupełnie. Jednakowoż szkoda, iż taki płochy był, co nie pozwoliło czytelnikowi,
    dostrzec więcej i w razie czego, przezornie, nie pospieszać w to miejsce.
    Ciekawe niektóre sformułowania. Chociażby:
    "zdawała się składać z dwóch równoległych względem siebie czarnych kresek z czymś białym"
    Pozdrawiam?:)
  • maciekzolnowski 05.03.2023
    Dzięki DD, wstęp nieco odstaje od reszty, reszta zdaje się bardziej rustykalna i straszna, czyli po prostu klimatyczna. No fakt: jeszcze się nie zaczęło, jak już się skończyło, a upiory pozostały niepoznawalne. Tak czy siak, dzięki raz jeszcze.
  • maciekzolnowski 10.04.2023
    Audio wersja:
    www.youtube.com/watch?v=XdZz8Pjlzg4&ab_channel=Zaczytany .
  • Tu też bardzo spoko, niezły klimacik i w ogóle.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania