Wiedźmy ( Rozdział 1)
Droga prowadząca do domu Alventy biegła przez las, który tak uwielbiam. Wszędzie, gdzie się spojrzało, można było ujrzeć cudowne dzieła natury. Wysokie sosny ,grube dęby oraz buki , czerwone nakrapiane muchomory , i wielkie, rozłożyste paprocie czy jeżyny mieniące się jak onyks, który widziałam ostatnio w biżuterii na targu. Było też mnóstwo innej roślinności, która idealnie komponowała się z lasem, tworząc cudowny pejzaż. Od dzieciaka uwielbiałam tu przychodzić. Leżałam na konarach, obserwując ptaki lub inne zwierzęta mieszkające w tym niesamowitym miejscu. Czasami zdarza się zobaczyć takie widoki, które przyćmiewają wszystko inne i wypalają się w umyśle, na długo tam pozostając.
Szłam już od dłuższego czasu, więc niedługo powinnam być na miejscu. Nie mogę się doczekać, aż tam dotrę i się z nią spotkam. Myślałam o tym, jak może przebiec ta nasza schadzka .Nagle to poczułam. To dziwne uczucie, gdy ktoś cię obserwuje, jednak nie wiesz, skąd to robi i kto to robi. Po prostu wiesz. Oddech niemal od razu przyśpieszył, a strach swoimi zimnymi rękami chwycił mnie za wnętrzności i gardło. Momentalnie wszystkie włoski na moich rękach stanęły dęba, a mięśnie spięły się jak nić na kołowrotku. Ręce powoli zaczęły się trząść, a zimny sztylet przeszył mnie od środka. Zapatrzyłam się w głąb lasu, starając się dostrzec coś pomiędzy konarami drzew, jednak niczego tam nie było, a uczucie nie znikało. Wtem dostrzegłam coś kątem oka. Jakiś ruch - zbyt niewyraźny, aby zobaczyć, do kogo należał, ale na tyle widoczny, aby go zauważyć.
Przypomniałam sobie te wszystkie straszne opowieści, które słyszałam od mieszkańców wioski w młodości, oraz przestrogi mojej mamy, które mówiła mi przed wyjściem z domu. Nie wiedziałam skąd, ale miałam pewność, że to, co się ruszyło, na pewno nie było zwierzęciem. Nagle usłyszałam trzask łamanej gałązki i znowu zauważyłam jakiś ruch. To wystarczyło - zaczęłam uciekać. Natychmiast cała roślinność zlała się w pasy różnych odcieni zieleni lub brązu, zupełnie jakby szalony malarz wziął parę pędzli naraz i w przypływie weny przejechał nimi po płótnie. Jedynie co wyraźnie widziałam, to wydeptana ścieżka pokryta ściółką. Wciąż biegłam, nie oglądając się za siebie. Sukienka powiewała pod wpływem nagłego biegu, a nogi paliły mnie żywym ogniem tak samo jak płuca. Jednak nie zaprzestałam ucieczki. Pierwszy raz czuję się tak w lesie. Dziwne uczucie zostało, dopóki nie wybiegłam stamtąd, niemalże krzycząc, nie mogąc złapać oddechu.
Wtedy pozwoliłam ciału odetchnąć. Nogi drżały z wyczerpania, a płuca łapczywie brały coraz to nowsze hausty powietrza. Stałam tak, dopóki nogi się nie uspokoiły, tak samo jak oddech. Starałam się wyciszyć myśli, jednak te bez przerwy latały po mojej głowie jak pszczoły w lato. Co to mogło być? I skąd to wrażenie, że to coś... mrocznego? Przerwałam rozmyślania, gdy zauważyłam, że jestem tuż przed moim celem podróży. Po prostu jak ręką odjął - najpierw nie mogłam się wyciszyć, a teraz przyszło mi to bez problemu, zupełnie jakby to miejsce otoczyło mnie ochronną barierą. Dom Alventy był niezwykły pod każdym względem. Ściany były wykonane z kamienia, lecz z biegiem lat zaczął je porastać bluszcz, tworząc kamuflaż na tle drzew i roślinności. Jak na razie tylko jedna ściana była kompletnie zielona. Wokół zaś rosło mnóstwo różnych kwiatów, ziół i warzyw. Dach był wykonany z dębowych desek, z boku których wyrastał potężny komin buchający szarymi obłokami.
Wtem poczułam cudowne zapachy. Poziomki, miód, cynamon i kruszonka grały na pierwszym planie. Reszty zapachów nie udało mi się odgadnąć, ale pachniały równie obłędnie. Od tych znajomych i cudownych bodźców brzuch zaczął wygrywać swoją burczącą melodię. Podeszłam więc do grubych drewnianych drzwi, na których wisiała złotawa kołatka. Zawsze przypominała mi oko, które otwiera swoją powiekę, a później ją opuszcza, wydając dźwięk. Chwyciłam ją w rękę, po czym uderzyłam nią pierwszy raz, a ta wydała swój charakterystyczny dźwięk. Momentalnie odpłynęłam myślami. Czym było to coś z lasu? Dlaczego mnie obserwowało? Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Przecież tyle razy chodziłam tam na spacery. Stuk. Nie wiem, co to było, ale jedno wiem na pewno. Cokolwiek to jest - pochodzi z mroku. Za trzecim stuknięciem dźwięk wydobywający się z kołatki rozchodzi się głośnym echem jak uderzenie w dzwon. Z bólu, a może bardziej z zaskoczenia, łapię się za głowę i zaciskam zęby. Nadal słyszę dziwne echo i jakby wibrację tej kołatki, które dopiero po chwili milkną, a mnie zalewa błoga cisza. Prostuję się i zdezorientowana patrzę na złote kółko wiszące na drzwiach Alventy.
- Co się ze mną dzieje?
Szepczę do siebie. Nie mam czasu się nad tym zastanowić, gdyż słyszę otwieranie drzwi, a w ich progu odnajduję Alventę. Miała na sobie niebieską sukienkę również z bufiastymi rękawami, tak jak moja. Była obszyta błękitną nicią, co nadawało jej niebiańskiego wyglądu. Kreacja podkreślała jej oczy - jedne z najładniejszych, jakie widziałam. Przypominały zamarzniętą taflę wody, na której słońce rozpościerało swe promieniste skrzydła. Włosy zawiązane w warkocz przypominały mi świeży miód z pasieki pana Beusa, u którego od czasu do czasu kupowałam ten cudowny składnik dla mamy. Alventa uśmiechnęła się do mnie promiennie swoimi różanymi ustami. Klnę się na wszystko mi bliskie, że jeśli jakiś rzeźbiarz potrzebowałby wizerunku anioła, aby móc go wykuć w kamieniu - bez wątpienia wskazałabym na Alventę.
- Eloven! Jak miło cię widzieć.
- Ciebie też, Alvento.
Po szybkim przywitaniu objęłyśmy się w szybkim, acz życzliwym uścisku, po czym Alventa zaprosiła mnie do środka, do którego chętnie weszłam. Niesamowite zapachy nasiliły się, a mój żołądek znów zaczął o sobie przypominać. Na suficie, podobnie jak w moim domu, mogłam ujrzeć suszące się zioła, które niemal pokrywały całą górną powierzchnię, tworząc wysuszony las. Mogłam dostrzec wysuszoną lawendę, paprykę zwisającą niczym ogniste dzwonki, charakterystyczne liście mięty i inne składniki, które każda gospodyni, w tym moja mama, miała w swoim domostwie. Lecz Alventa miała w swoim posiadaniu inne suszone rośliny, choćby takie jak krzak jeżyn, pęk pokrzyw, a ku mojemu zaskoczeniu - korę wierzby i mech. Nie widziałam ich wcześniej i przyznam, że było to dziwne, gdyż nigdy nie słyszałam o jakimkolwiek przepisie, który by potrzebował tych składników. Wtem moja przyjaciółka odsunęła dla mnie krzesło przy ogromnym, ciemnobrązowym stole z gracją, jakiej by pozazdrościła niejedna dama dworu. Stół był okryty białym, wydzierganym obrusem, który niczym płatki śniegu rozpościerał swoje cudowne wzory na całą powierzchnię. Usiadłam tuż koło Alventy, przy której niespodziewanie znajdował się przepięknie wyglądający placek. Był złocisty, a na jego powierzchni była kratka stworzona z pasków ciasta i dżemu, pomiędzy którymi leżały soczyste truskawki. W dodatku ten zapach... Wciągnęłam go nosem z rozkoszą, zamykając oczy. To na pewno on tak pięknie pachniał tuż przed domem Alventy.
- Wszystkiego najlepszego, Eloven! Aleś ty stara!
Zamrugałam zdezorientowana, ale po chwili załapałam, o co chodzi, i udałam oburzoną.
- Powiedziała to starsza ode mnie!
- Bynajmniej ma uroda wciąż zakrywa mój prawdziwy wiek! - odpowiedziała Alventa z udawaną wyższością.
- Tak? A co to za zmarszczki jak u starej wdowy ?!
Alventa wciągnęła powietrze z udawanym oburzeniem, po czym zaniosła się salwą śmiechu, który brzmiał jak dzwonienie malutkich dzwoneczków na wietrze. Odpowiedziałam równie donośnym śmiechem. Te nasze przekomarzania dla innych ludzi mogłyby wydawać się dosyć nieprzyzwoite i nie na miejscu, jednak to była nasza mała tradycja przy każdym spotkaniu. To jedne z moich ulubionych chwil z Alventą, których w życiu bym nie oddała.
Wtem Alventa ukroiła dosyć ostrym i długim, złowróżbnie połyskującym w świetle ranka nożem kawałek ciasta, który mi podała na schludnym talerzyku. Rodzina Alventy była jedną z bogatszych w naszej wiosce, a dokładniej drugą, zaraz po rodzinie naszego pastora Zdraumy. Pokazywały to ich dom, stroje czy choćby posiadanie takiej zastawy, gdzie większość domów, w tym i mój, posila się na własnoręcznie robionych talerzach z gliny. Przyjęłam ochoczo kawałek deseru, który prezentował się tak cudownie. Uśmiechnęłam się do Alventy, po czym wzięłam pierwszy kęs i - z wrażenia aż przestałam przeżuwać. Nigdy w moim całym życiu nie skosztowałam lepszego ciasta, a jadłam ich wiele, gdyż Alventa od bardzo dawna pasjonowała się wypiekami. Miała do tego talent i zawsze jej wychodziły bardzo dobrze, jednak dzisiaj przekroczyła granicę zwykłego dobrego ciasta. Przecież można by to podawać na zamku u samego króla! Przełknęłam kawałek, a na moim języku smaki, które zostały idealnie skomponowane, odgrywały symfonię. Najpierw poczułam słodką komfiturę truskawkową wraz z cynamonem, później miód i poziomki, a na koniec samo ciasto. Jedząc je dalej, w głowie wirowały mi wspomnienia z dzieciństwa, w których to wraz z Alventą podkradałyśmy z jej ogródka dojrzałe truskawki. Zalała mnie fala spokoju, poczucia bezpieczeństwa i jakby tęsknoty za przeszłością. Spojrzałam na Alventę, która skończyła swój kawałek ciasta, jednak na jej twarzy nie doszukałam się jakichkolwiek emocji, zupełnie jakby jadła zwykły deser.
- I jak? Smakuje ci?
Spojrzałam na nią zszokowana, że w ogóle o to zapytała.
- Żartujesz? To jest obłędne!
Ochoczo wzięłam kolejny kęs tego cudownego dania, na co Alventa promiennie się uśmiechnęła. Nagle usłyszałam głośny huk, a z wrażenia aż zakrztusiłam się ciastem. Spojrzałam na źródło dźwięku, jakim była szyba, która teraz była pokryta pajęczynką cienkich pęknięć. Co się dzisiaj dzieje?! Najpierw to coś w lesie, potem kołatka, a teraz to. Jestem niemal pewna, że to, co uderzyło w szybę, tak naprawdę celowało we mnie. Przyglądając się dalej szybie, z szokiem obejmującym mnie w silnym uścisku, mogłam dostrzec małe czerwone kropelki przypominające krople rosy na trawie o poranku. Spojrzałam na Alventę, która również miała rozszerzone oczy ze zdumienia. Wtem rozległo się krakanie – nie za głośne, ale na tyle donośne, abyśmy wraz z Alventą je usłyszały.
- To wrona - powiedziałam do Alventy, która oderwała swój wzrok od szyby i skierowała go w moją stronę.
Chwila, w której nasze oczy patrzyły na siebie nawzajem, po czym niemal w tym samym czasie ruszyłyśmy ku drzwiom. Jedną z najlepszych zalet mojej przyjaźni z Alventą jest to, że rozumiemy się bez słów. Wypadłam na dwór i od razu moje włosy otoczyły mnie brązową zasłoną wywołaną przez chłodny wiatr. Włosy mojej przyjaciółki były odporne na silny żywioł dzięki mocno zaplecionemu warkoczowi, jednak mogłam zobaczyć dwa złociste pasemka, które powiewały jak pranie na sznurku. Szybkim tempem doszłyśmy do okna, pod którym leżało coś czarnego. W istocie była to wrona. Czarne pióra rozwiewały się pod wpływem wiatru, tworząc okrąg, z którego środka łypała na mnie różowa skóra. Szary, podłużny, ale ostro zakończony dziób połyskiwał w słońcu, jakby był wykonany z metalu. Później skierowałam wzrok ku głowie, która była nienaturalnie przekrzywiona. Oczy wrony wpatrywały się w pustkę i były zasnute mgłą. Z wykrzywienia przy szyi wystawała malutka, ostra, biało-żółtawa kość, która była pokryta szkarłatną krwią. Miała ten sam odcień co te kropelki na oknie. Odwróciłam wzrok, nie mogąc dłużej patrzeć na biedne zwierzę leżące pod oknem. Niejednokrotnie widziałam cykl natury - coś się rodzi, żyje, a potem umiera lub zostaje posiłkiem, dzięki czemu pozwala żyć komuś innemu. Ale ta wrona zginęła straszną śmiercią - tak jakby nienaturalną.
- Musimy ją pochować - niespodziewanie powiedziała Alventa.
Rozumiałam to oczywiście. Każde stworzenie zasługuje na pochówek, a zresztą nie możemy pozwolić, aby truchło zaczęło się rozkładać jak przejrzałe jabłka. Momentalnie Alventa poszła w stronę domu a następnie wróciła z dwoma lekko zardzewiałymi łopatkami. Po chwili wzięłam jedną z nich. Wydawała się tak dziwnie ciężka - za ciężka. Wtem usłyszałam odgłos kopania w lekko mokrej ziemi . To Alventa podeszła do krzaków i tuż przed nimi zaczeła kopać dziurę a raczej mogiłę dla wrony. Podeszłam do niej uklękłam po czym zaczełam kopać wraz z nią dopóki nie otrzymaliśmy perfekcyjnego dołu. Wtem Alventa wstała i podeszła do martwej Wrony którą po chwili wzięła na łopatkę i zaczeła iść w moją stronę. Głowa ptaka kiwała się nienaturalnie przypominając mi drewnianą huśtawkę na której w dzieciństwie bawiłam się z Alventą. Alventa wrzuciła wronę do wykopanego przez nas dołu a ja zerwałam rosnące obok stokrotki i położyłam je na ciele ptaka. Ten widok ewidentnie nie pasował do słońca , roślin, drzew i wiatru które nas otaczały odstawał od niego tak samo jakby kwiaty wyrosły nagle na środku pola przykrytego śniegiem. Po chwili wraz z Alventą zaczęliśmy zakopywać wronę za pomocą łopatek jednak nawet one nie pomogły nam uchronić się od ziemi która ubrudziła nasze ręce i rękawy sukienek. Następnie wstałam patrząc na to co zrobiłyśmy. Tuż przed nami było malutkie wybrzuszenie które wyglądało jakby coś wyrosło pod ziemią ale niemogło się przebić na powierzchnię.
- Będzie z tobą zawsze, nawet kiedy się zgubisz.
Pomoże ci wszędzie gdziekolwiek będziesz
Przypomniało mi się jak pewnego razu moja mama podeszła do mnie i Alventy i nauczyła nas tej pieśni. Powiedziała nam że śpiewały to jeszcze nasze prababcie i to przez nie została wymyślona. " Tylko nikomu o tym nie mówcie " tak tak powiedziała. Spojrzałam na Alventę po czym do niej dołączyłam.
- Przypomni ci o wszystkim co kochasz miłujesz lub lubisz
spokój i ochronę zawsze w niej znajdziesz
Czułam jak coś ściska mnie w środku coś pierwotnego co zawsze tam było i na zawsze zostanie.
Wsłuchaj się a usłyszysz jej śpiewanie
- Zło przed nią zgnije i zczernieje
- Żadna krzywda ci się nie stanie
ostatnie słowa piosenki zaśpiewałyśmy razem a nasze głosy zlały się w jeden mistyczny i potężny głos
- Dopóki trwa , dopóki istnieje
Spojrzałam na Alventę w tym samym czasie co ona. Miałam wrażenie jakby jej oczy zamieniły dię w lodowaty ocean który miał mnie pochłonąć. Nagle przed oczami stanoł mi obraz tego czegoś w lesie i kołatki. Nie nie będę Otyń teraz myśleć. Odgarnełam nadchodzący niepokój i tedy sobie przypomniałam o tym gdzie się miałam wybrać . Jakby któś za pomocą piorunu mi to uświadomił. Alventa wciąż patrzyła się na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy. Ciekawe o czym myśli
- Muszę już iść.
Powiedziałam poczym uściskałam Alventę na pożegnanie. Ta wpatrywała się we mnie zaskoczona po czym uśmiechnęła się z lekko smutnym wyrazem oczu. Odwróciłam się z zamiarem odejścia gdy nagle z ust Alventy wypłyneło pytanie
- Mogę spytać dokąd ?
Spojrzałam na nią lekko się uśmiechając.
- Do ojca
Momentalnie jej mina zrzedła a w jej oczach coś się zmieniło . Jakby promienie słońca które rozświtlały lód w jej oczach zamarły . Jej oczy zawsze pozostają i pozostaną dla mnie intrygujące. Pokazuję idealnie jej emocje jak na talerzu z tąd wiedziałam, że się zamartwia albo się smuci. Po pewnej chwili pomachała mi na pożegnanie na co odpowiedziałam tym samym gestem.
°¥°
Po odejściu z domu Alventy znalazłam się na polance usłanej fioletowymi kwiatami obok której płynął strumyczek połyskujący niczym diament. Po tym co widziałam w lesie nie chciałam znów do niego wchodzić więc wybrałam okrężną drogę która zajeła mi trochę więcej czasu. Siedziałam na ziemi usłanej trawą niczym dywanem a moja sukienka rozłożyła się wokół jakby chciała się scalić z otaczającą roślinnością. Przedemną stał kamienny krzyż obrośnięty mechem. Mama chciała go zerwać jednak ja wiedziałam, że tata wolałby aby dalej rósł. Uwielbiał mech. To on pokazał mi las i wszystko co o nim wie. Jak obserwować zwierzęta z bliska na tyle cicho aby cię nie usłyszały. Jak wchodzić na drzewa i jak je rozróżniać. Sprawił, że pokochałam te miejsce tak samo jak on. Uśmiechnęłam się lekko na te wspomnienia a łzy zaczeły się wzbierać w kącikach oczu przez co trochę słabo widziałam.
- Dziś są moje urodziny tato
Powiedziałam jakbym oczekiwała odpowiedzi od kamiennego krzyża. Pamiętam obużenia w wiosce jakie wywoła to że chcieliśmy pochować go w tym miejscu a nie przy kościele , jednak my z mamą wiemy że on wolałby być otoczony naturą. Mama mówiła, że ponoć na tej polanie właśnie pierwszy raz się zobaczyli - jako dzieci. Ona plotła wianek a on gonił za motylem którego zauważył. Ciekawie jak wyglądali gdy byli młodsi . Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić.
- Brakuje mi cię wiesz?
Co z tego, że minęły dwa lata od twojego odejścia. Co z tego, że i tak wszyscy lekarze, jakich miał, mówili to samo. Że mamy się przygotować na najgorsze. Pamiętam go całego bladego z kroplami potu na czole, kiedy leżał w łóżku. Nie chciałam go takiego pamiętać. Odgoniłam ten obraz z mojej głowy, jednak to nic nie dało. Nagle poczułam się, jakby pokrywa od słoika z rozpaczą lekko się przechyliła i wylała swoją ciemną zawartość. Niespodziewanie zaniosłam się szlochem, a obraz przed oczami już wcześniej niewyraźny, teraz zupełnie się zamazał. Przytuliłam się mocno do krzyża, który był chłodny i twardy, a zarazem miękki i ciepły. Przywarłam do niego na tyle mocno, jakbym chciała się w niego wtopić. Byle być bliżej ojca. Krople łez poleciały na rzeźbę, znacząc ją ciemnymi kropkami. Położyłam głowę na jednym z jego ramion i przymknęłam oczy, starając się utrzymać w myślach obraz taty uśmiechniętego i pełnego energii. Czułam zapach mchu i zimno kamienia, a wokół mnie rozśpiewały się ptaki. Chcę zasnąć, ale nie mogę. Mama pewnie czeka w domu i się zamartwia. Otarłam łzy z policzka, po czym wstałam, otrzepując pył z sukienki.
- Pa, tato - powiedziałam, po czym stamtąd odeszłam z dziwnym uczuciem pustki w sercu.
°¥°
Gdy dotarłam do mojego domu, słońce powoli ustępowało miejsca księżycowi na niebiańskiej scenie. Zapukałam do drzwi, jednak nikt nie odpowiedział, więc po chwili weszłam do domu. Rozglądałam się za mamą, jednak nigdzie jej nie mogłam znaleźć. Zaczęłam sprawdzać każde pomieszczenie w domu, które tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że jej tu nie ma. Ale gdzie mogła być o takiej porze? Zadałam sobie to pytanie, gdy nagle mój wzrok przykuła mocno intensywna czerwona wstążka przywiązana do klamki drzwi, którymi dopiero co wchodziłam. Przypomniałam sobie pewną zabawę z mamą, w którą grałyśmy w dzieciństwie. Nazywała się „Znajdź trop”. Chodziło w niej o to, że mama przywiązywała wstążki w różne miejsca, a ja musiałam iść ich śladem, aby odnaleźć skarb, którym zazwyczaj była jedna z moich zabawek lub przedmiotów w domu. Teraz, patrząc na wstążkę, czułam podekscytowanie. Czyżby kolejny prezent? Jeśli tak, to nie wiem, jak się jej odpłacę. Musiała dużo pracować, aby zarobić na to lusterko, nie mówiąc już o kolejnym podarunku. Westchnęłam, po czym otworzyłam drzwi, za którymi biegła droga, którą niedawno przyszłam, i las. Robiło się coraz bardziej ciemno i mogłam już usłyszeć pierwsze melodie żab. Przed wyjściem z domu wzięłam metalową latarnię z białą świecą w środku, którą odpaliłam. Błądziłam wzrokiem po całym otoczeniu, dopóki nie znalazłam kolejnej wstążki, równie czerwonej co poprzednia, znajdującej się na gałęzi jednego z drzew rosnących przed lasem. Dotknęłam jej i zaskoczyłam się delikatnością materiału, z jakiego była zrobiona. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie miałam w dłoni. Zupełnie jakby mięciutka czerwona chmurka otulała moją rękę. Było w tym coś dziwnego. Chwilę potem wypatrzyłam kolejną wstążkę, która była przywiązana do gałęzi sosny, przez co zapuściłam się głębiej w las. Teraz widziałam coraz więcej czerwonych wstęg tworzących szlak. Przypominało mi to coś - krew, szlak krwi, jakby tą samą drogą przebiegało ranne zwierzę. Zadrżałam i momentalnie wróciłam myślami do tych dziwnych sytuacji, które mi się dzisiaj przytrafiły. Kruk, kołatka i to coś w lesie. Przy ostatnim wspomnieniu poczułam się, jakby przeleciał przeze mnie lodowaty sztylet. Chcę stąd iść. Gałęzie zaczęły się złowrogo wykrzywiać jak poskręcane ze starości ręce, a pomiędzy pniami wydawało mi się, że coś mnie obserwuje. Patrzy bacznie na każdy mój ruch. Nie! Nie mogę uciec. Mama się tak postarała dla mnie i nie mam zamiaru sprawiać jej przykrości. Podeszłam do kolejnej wstążki, starając się odgonić niepokój, który mnie ogarniał. Wtem przede mną widzę migotanie światła, a raczej świateł, gdyż blask był na tyle silny, że aż się zdziwiłam, iż go wcześniej nie zauważyłam. Szybkim zdmuchnięciem zgasiłam płomyk świecy, który płonął uwięziony w mojej przenośnej latarni, po czym przykucnęłam za gęstym krzakiem trzmieliny i obserwowałam.
Na małej polance tuż przede mną paliło się mnóstwo pochodni, jednak to nie one przyciągnęły moją uwagę. Wokół było mnóstwo ludzi ubranych w długie, aż do kostek, szaty z kapturami. Dominowały tam kolory brązu, zieleni i czerni, zupełnie jakby chcieli się wtopić w otaczający ich las. Nie wiedziałam tylko, co jest na samym środku polany, gdyż wszyscy zebrani ustawili się w kręgu. Wyglądało to trochę przerażająco. A co jeśli to impreza niespodzianka? Ale aż tyle ludzi na moich urodzinach? Przygryzłam wargę w zamyśleniu. Dopóki nie sprawdzę, to się nie dowiem. Powoli wyszłam z krzaków, zmierzając w stronę tłumu, który, choć w większości był ustawiony do mnie plecami, rozstąpił się przede mną, jakby wiedzieli, że ich podglądałam. Momentalnie poczułam, jak na moich policzkach rozlewa się rumieniec. Przede mną była droga utworzona przez ludzi, prowadząca na sam środek kręgu. Była tam jedna osoba w krwistoczerwonej szacie, w zupełnie takim samym odcieniu jak wstążki, które mnie tu zaprowadziły. Obok niej stał ogromny kamienny stół, a na jego powierzchni doszukałam się drewnianego moździerza, różnych ziół, takich jak bylica, piołun i bagno, jednak najbardziej moją uwagę przykuł malutki sztylet. Miał ciemnobrązową rączkę, na której były wydziergane dziwne symbole, ostrze było małe, ale podłużne, i już stąd mogłam dostrzec, że jest piekielnie ostre. Coś jest nie tak. Zaczęłam się cofać, na co postać ruszyła się niczym zwierzę podążające za swoją ofiarą. Odwróciłam się z zamiarem ucieczki, jednak tłum brązowo-zielono-czarnych szat znacznie się przybliżył, wciąż tworząc idealny krąg. Próbowałam się przedrzeć, jednak bezskutecznie. Kątem oka zobaczyłam, jak postać ubrana na czerwono sięga po nóż, po czym idzie w moją stronę.
- Ni... nie, proszę!
Wykrzyczałam błagalnie, wciąż starając się wydostać. W końcu jedna z osób, która miała brązową, wręcz kasztanową szatę, odepchnęła mnie, przez co upadłam jak kłoda tuż przed nogami człowieka z nożem. Łzy zaczęły spływać mi kropla po kropli z policzków. A co jeśli zrobili coś mamie?! Zacisnęłam pięści, wyobrażając sobie, jak mama szła przez las, szykując mi niespodziankę, dopóki nie dopadli jej ci ludzie. Nagle wszyscy zebrani zaczęli dziwnie długo i przeciągle mruczeć. Brzmiało to tak, jakby stado kotów odśpiewywało pożegnalną pieśń. Mruczenie zaczęło przyśpieszać, gdy osoba w czerwieni się do mnie zbliżyła, po czym z zadziwiającą siłą, ale również i delikatnością, chwyciła mnie za rękę i podniosła do góry. Widziałam, że nie ma sensu krzyczeć o pomoc. Najbliżej był dom Alventy, ale i tak trzeba było przebyć niemałą trasę, aby do niego dotrzeć. Błądziłam wzrokiem w poszukiwaniu tak dobrze mi znanej twarzy mamy, jednak nadaremno. Nagle poczułam, jak ostrze sztyletu rozcina mi dłoń, wywołując palący ból. Krew, niemal jak wściekły ogar, wyrwała się na zewnątrz, pokrywając skórę ciepłym czerwonym płaszczem. Zamarłam w totalnym bezruchu. Wtem postać wzięła moją okaleczoną dłoń i pokierowała ją tuż nad brązową miskę, której wcześniej nawet nie zauważyłam. Niespodziewanie osoba w czerwonym płaszczu ścisnęła mocniej ranę, wywołując tym samym mocniejsze krwawienie, a moja posoka polała się do miski. Syknęłam z bólu niczym kot starający się odstraszyć napastnika. Gdy uścisk trochę zelżał, niemal od razu wyrwałam rękę i zaczęłam przyciskać ją kurczowo do piersi, tym samym brudząc czerwienią moją sukienkę. Niespodziewanie postać dodała do miski piołunu, po czym zaczęła go mieszać z krwią. Nawet nie widziałam, kiedy po niego sięgnęła. Co oni wyprawiają?! Jaki mętlik w głowie trzeba mieć, aby tak oszaleć?! Skierowałam znów swój wzrok w stronę mojego napastnika, który wciąż mieszał zawartość miski. Gdyby chcieli mnie zabić, już dawno by to zrobili. Pocieszyłam się w miarę tą myślą na tyle, aby odgonić przerażenie w czarne kąty mojego umysłu. Oczywiście nadal się bałam, ale już nie tak jak wcześniej. Nagle oprawca w czerwieni wyciąga z miski niby kulkę zrobioną z, jak domniemam, piołunu zmieszanego z moją juhą. Z zaskoczeniem odkryłam, że wyglądała, jakby była sucha. Nie jest to możliwe, nie ma opcji nawet, żeby to wyschło w tak szybkim czasie. Nawet najpłytsza kałuża nie wyparuje w najgorętsze lato tak szybko, jak oschła ta kulka. Wtem jedna osoba - która trzymała pochodnię - występuje z kręgu i kieruje swoje kroki ku, jak mniemam, liderowi. Miała brązowy płaszcz w odcieniu dojrzałego kasztana, a sama odzież była długa aż do stóp, kompletnie zakrywając postać. Jej ruchy były tak pewne, jakby te okropieństwo, które mnie dziś spotkało, powtarzało się wiele razy. A może w istocie tak było? Dreszcz mnie przeszedł na tę straszliwą myśl, iż komuś jeszcze mógł się przytrafić ten druzgoczący los co mi. Niespodziewanie człowiek okryty szkarłatem delikatnie przykłada kulkę do ognia, która następnie natychmiastowo zajarza się jasnym płomieniem. Przyglądałam się na iskrzącą ogniu, gdy nagle stało się coś, czego bym w życiu nie podejrzewała. Zamiast tańcu pomarańczy, żółci i czerwieni, mym oczom ukazały się odcienie niebieskiego. Nie pojmuję tego wszystkiego. Nie miałam jednak czasu dalej się nękać myślami, gdyż mogłam wyczuć w otoczeniu zmianę. Wszyscy zachowywali się inaczej - wcześniej tacy opanowani, spokojni, teraz wierzgali jak dzikie zwierzęta z ekscytacji.
- JEST JEDNĄ Z NAS!
Niespodziewanie wykrzyczała moja oprawczyni, tym samym wywołując klaski i wiwaty wśród zebranych. Nie, to nie może być to. Przysięgam, że wszędzie bym rozpoznała ten głos. Może się przesłyszałam? Tak, to na pewno to. Jednak cała ta piękna iluzja rozsypała się jak zbite lustro, gdy postać w czerwieni odsłoniła kaptur. To była pani Linda. Te same włosy, te same oczy, ta sama twarz. O co w tym wszystkim chodzi?! Miałam ochotę krzyczeć, szlochać, domagać się wyjaśnienia, jednak szok skutecznie usidlił mój głos w gardle. W ślad za nią poszły inne postacie.
- N-n-nie…
Było to jedyne, co powiedziałam, gdy ujrzałam wśród tłumu znajome twarze. Pani Vegance, która dostarczała mi i mamie świeżych warzyw, pani Rosignis, z której córką kiedyś się bawiłam, na Boga, nawet pani Dobidelis - sama żona pastora Zdraumy! Jednak poprzednie uderzenia tego zadziwiającego uczucia były niczym w porównaniu z ciosem, jaki otrzymałam, gdy wśród zgromadzonych wypatrzyłam twarz Alventy i mojej mamy. Myślę, że gdybym nie rozpłakała się w tym momencie, to jedyne, co by mi pozostało, to konać w agonii albo oszaleć. Nie szlochałam, nie zawodziłam - po prostu łzy leciały mocnym strumieniem jak odmarzający potok wiosną. Nie dane mi było jednak rozpaczać, gdyż pani Linda, o ile w ogóle miała tak na imię, wzięła mnie za ramię i podniosła z ziemi.
- WITAJ WIĘC, CÓRKO VIRDÚRLY!
Tłum odpowiedział jeszcze głośniejszym aplauzem. Nie rozumiem już totalnie nic. Gdzie w tym jakieś reguły? Jakieś prawa, porządek? Nic, totalny zamęt! I co to w ogóle jest Virdúrla?! Spojrzałam na panią Lindę, ciskając w nią gromami nienawiści. Chcę, aby się bała, aby przemyślała to, co zrobiła. Chcę, aby pękła na kawałki tak jak przed chwilą ja się roztrzaskałam. Niespodziewanie aplauz tłumu zostaje gwałtownie przerwany ostrymi pazurami ciszy. Mój wzrok spoczął na mojej oprawczyni, która tym razem trzymała otwartą dłoń w górze. Uśmiechała się, i Bóg mi świadkiem, że ogarnęło mnie wielkie pragnienie, aby wydrapać paznokciami jej usta.
- CZAS, ABY NASZA ELOVEN OTRZYMAŁA PIERWSZE OCZKO!
Nie rozumiałam już totalnie nic, aczkolwiek strach znów pojawił się na głównej scenie emocji.
- VILDÚLRA JEST JEZIOREM, ZAŚ OCZKO JEGO KORYTEM!
Odezwali się wszyscy zebrani, w tym moja mama i Alventa, na które teraz nie mogłam spojrzeć. Nie, to zbyt bolesne. Zaprawdę, zdrada to jedno z najostrzejszych i najokrutniejszych ostrzy, z jakim się mierzyłam. Wtem tłum się rozstąpił, a z niego wychodzą dwie osoby. O ironio - to one. Mimowolnie zwróciłam oczy ku ich kierunkowi. Mamę otoczyło ponure widmo poczucia winy, Alventa zaś próbowała mi posłać przepraszające spojrzenie. Odpowiedziałam jej spojrzeniem pełnym nienawiści, jednak nie czułam dokładnie tego w stosunku do niej. Raczej dziwną mieszaninę smutku, złości i żalu, ale na pewno nie nienawiść. Teraz nie ma to znaczenia. Szły w moim kierunku, a ja nie mogłam im już ufać. Momentalnie moją uwagę przykuł nóż, który jeszcze niedawno rozciął powierzchnię mojej dłoni. Czy byłabym w stanie go użyć przeciwko mojej matce i dawnej przyjaciółce? Zamknęłam oczy na samą myśl o tym, że mogłabym zrobić im krzywdę. Niestety, choćby nawet nie wiem jak mnie zraniły, nie jestem w stanie zadać im bólu. Lecz przysięgam na Boga lub na cokolwiek, co mnie czeka za drugą stroną, że jeśli będzie trzeba, sama zatopię ostrze w mojej piersi. Już miałam zamiar się obrócić po sztylet, lecz pani Linda - ta wredna zdrajczyni - przewidziała mój ruch i złapała mnie za ramię. Nie wiem, jakim sposobem, ale była na tyle silna, aby kompletnie uniemożliwić mi jakiekolwiek ruchy ręką. Następnie poczułam, jak przekazuje mnie innym parom rąk - równie silnym, ale zimnym i delikatnym. To były ręce mojej matki i Alventy. Mama nic nie mówiła, tylko patrzyła się pusto przed siebie. Alventa zaś próbowała wywołać kontakt wzrokowy, którego skutecznie unikałam.
- przepraszam, ale uwierz, z czasem zrozumiesz.
Niespodziewanie wyszeptała w moim kierunku Alventa.
- Jestem twoją przyjaciółką, nie pozwolę cię skrzywdzić.
- Ja już NIE mam przyjaciółki.
Powiedziałam wystarczająco głośno, aby nawet najbliżsi z kręgu to usłyszeli. Wiedziałam, że ją to zaboli, ale zrobiłam to celowo. To, że nie jestem w stanie jej zaatakować, nie oznacza, że nie chowam do niej urazy. Oczy Alventy wypełniły łzy i już się nie odezwała słowem, tylko w milczeniu, wraz z matką, prowadziły mnie ku kamiennemu stołowi. Ziarno strachu znów zaczęło kiełkować w moim wnętrzu. Co będą chciały zrobić? Czy to będzie bolało? Czy umrę? Cóż, wkrótce miałam się przekonać. Gdy tylko zbliżyłyśmy się wystarczająco do wyrzeźbionego głazu, momentalnie poczułam nacisk zmuszający mnie do położenia się na nim. Kamień był lodowaty, ale tego akurat się spodziewałam. Była noc, zewsząd otaczał mnie las. Aż dziwne, że wcześniej nie poczułam ziąbu. To pewnie przez szok. Myślałam, że Alventa i matka odejdą, jednak nie - pozostały przy mnie, ciągle kurczowo mnie trzymając. Pewnie w razie gdybym chciała uciec. Ale jeśli mam być szczera -nawet bym już nie próbowała. To koniec, poddałam się. Mogą zrobić ze mną, co ze zechcą. Mogą mnie poświęcić, mogą mnie okaleczyć - byle to się już skończyło. Bacznie obserwowałam, gdy pani Linda podchodzi po nieznaną mi buteleczkę. Jak mogłam jej nie zauważyć? Była bogato zdobiona, z takim przepychem, jakby pochodziła z najbogatszych pałaców króla. Miała złote zdobienia, a - jak mniemałam - granatowe szkło dodawało jej niebiańskiego wyglądu. Szkoda tylko, że pewnie jej zawartość taka nie była. Niespodziewanie nastąpiła grobowa cisza. Wszelkie odgłosy ucichły, liście nie szeleściły, nawet ogień w licznych pochodniach palił się bezgłośnie. W tym momencie nie mogłam już nic zrobić, więc tylko obserwowałam. Pani Linda z lekkim uśmieszkiem na twarzy chwyciła korek od butelki z zamiarem otworzenia. Śledziłam dokładnie każdy jej ruch, chłonęłam widok jak rzeźbiarz swojego modela. Jej kręcone blond włosy opadały delikatnie na czerwoną szatę, a jej oczy - jasnoniebieskie - były pełne ekstazy. Drgnęłam na dźwięk otwieranej zawleczki, który rozniósł się echem wśród głuchej ciszy.
- Vildúlra, sangulíon chuum cumhaus primordhúla imle.
Słuchałam jak zahipnotyzowana każdego słowa w niezrozumiałym języku, jakie padało z ust pani Lindy. Dźwięki, które wylatywały z ust mojej oprawczyni, brzmiały jak eteryczna symfonia instrumentów złożonych tak, aby tworzyły wyrazy. Po zebranych mogłam stwierdzić, że byli równie oczarowani jak ja. Cóż, zapewne nie po raz pierwszy słyszeli ten język.
- Da héad fhoero pridon verseo. Ligiat robur sum, cognáthair aitrem suam, féinoscat se ipsum!
Ostatnie słowa wypowiedziała z mocą - i to taką, że aż mnie ciarki przeszły. Momentalnie coś się zmieniło. Powietrze zaczęło się czymś nasycać. Czułam jakby łaskotanie i, gdy się skupiłam, mogłam przysiąc, że usłyszałam trzaskanie gałązek, które odbijało się echem. Niespodziewanie przed moimi oczami ciecz z butelki sama wypłynęła na powierzchnię, tym samym tworząc idealną kulę. Przysięgam, że gdybym wcześniej nie widziała płynu w butelce, to bym pomyślała, że w środku była kulka. Spodziewałam się ciemnej mieszaniny, a ku mojemu zaskoczeniu, w blasku pochodni mogłam ocenić, iż jest złota, ale nie tak jak roztopione złoto. Przypominała rozwodnioną żywicę, która jakby miała w sobie kryształki. Tylko tak mogłam wytłumaczyć nienaturalne iskrzenie się mikstury. Co ja właśnie zobaczyłam?! Ba, co ja właśnie widzę?! Wtem pani Linda wyciąga dłoń, a kulka jak wytresowane szczenię kieruje się do przodu wraz z jej gestem. Powinnam czuć przerażenie i trwogę. Powinnam wierzgać i się wyrywać, a jednak jedyne, co robiłam, to obserwowałam. Kula wciąż się zbliżała, dopóki finalnie nie spoczęła tuż nad moim czołem. Dzieliło ją niewiele, naprawdę niewiele od dotknięcia mojej skóry. Z zaskoczeniem odkryłam, że ciecz była gorąca - na tyle, abym mogła poczuć bijące od niej ciepło. O proszę, kolejne odstępstwo. Ile to już razy parzyłam sobie herbatę, ile razy pomagałam mamie w kuchni przy robieniu zupy, ile razy, gdy wychodziłam zimą, to mój oddech zamieniał się w parę? Z tego wszystkiego wywnioskować mogłam jedno - gdy jest zimno, to co jest gorętsze, paruje. A ta kulka - nic. Żadnych załamań, jakie widywałam w sadzawkach, nic, co by wskazywało na to, że jest płynem. A może już nim nie jest? Momentalnie zaprzestałam dalszych rozmyślań, gdy zauważyłam, że pani Linda kieruje kulę w dół, ku mojemu czołu. Spodziewałam się gorąca, może i nawet pieczenia, a jednak nic. Żadnego bólu, żadnego ciepła. Nie poczułam nic. Miałam tylko wrażenie, jakby skóra zaczęła się rozstępować. Wzdrygnęłam mimowolnie na to nieznajome dotąd mi odczucie.
- Zaciśnij zęby i oczy. Pomaga
Niespodziewanie czule rzekła do mnie matka w chwili, gdy kula całkowicie zanurzyła się w moim czole. O co jej chodzi? Po co mam niby…? - nie dokończyłam tej myśli, gdy nagle w mojej czaszce wybuchło parzące światło. Ból był oszałamiający - jakby ktoś wsadził mi umysł do ogniska i polał go oliwą. Chciałam krzyczeć, lecz nie mogłam. Trwałam tak w niemocy i cierpieniu. Piekielny pożar światła w głowie przemienił się w gorejące ogniem obrazy i słowa. Wszystko zmieniało się strasznie szybko, niczym rój rozwścieczonych os, a jednak zapamiętałam wszystko w tym chaosie. Zupełnie jakby nie było innej opcji niż pamiętać. To okropne uczucie nie malało -pożar nie gasł, tylko wciąż płonął jasnym płomieniem w mojej głowie. Starałam się skupić na tym, co czułam pod dłońmi, na zapachach i na słuchu. Na darmo - nic z tego. W umyśle ciągle te same obrazy i słowa: jeżyna, pokrzywa, kora dębu, kawałek mchu, jeżyna wyciśnięta na resztę składników, błękitny płomień i te dziwne słowa. Przypomniało mi się, jak pani Linda posługiwała się podobną mową do tego, co teraz widziałam. Czyżby były w tym samym języku? Nagle cisza - ból odszedł tak nagle, jak przyszedł. Jedyny ślad po nim to wizerunki i słowa wyryte w moim umyśle. Słowa brzmiące dziwnie i nienaturalnie, a jednak ich znaczenie dopiero teraz rozumiałam. Invegh quan rudhi opatá uaist - znajdź to, czego potrzebuję. Po chwili uświadomiłam sobie, że już nikt mnie nie trzyma. Wszyscy zgromadzeni przyglądali mi się jakby z wyczekiwaniem na mój ruch. Chciałam wstać, powiedzieć coś i odejść dumna, ale jednak przerażenie, złość i żal na myśl o tym, co mi się dzisiaj przytrafiło i czym w ogóle teraz jestem, sprawiły, iż tylko się rozpłakałam. Zaniosłam się szlochem tak głośnym, że myślałam, iż ktoś przybędzie mi na ratunek. Myślałam, że mój płacz rozkruszy góry, zadrży drzewami i załamie taflę wód. Wtem poczułam obejmujące mnie ręce, które tak dobrze znałam.
- Już po wszystkim, Eloven
Matka gładziła mnie po plecach jedną ręką, a drugą kurczowo przytulała. Nie poczułam się wzruszona - miałam dość. Dość tych ludzi, tego miejsca i siebie. Gdybym mogła, po prostu bym umarła na miejscu. Nagle pojawił się gniew. Jak mogła mnie pocieszać?! To ona mi to zrobiła! Przechytrzyła mnie! Moja własna matka! Szybkim ruchem wyrwałam się z jej ramion. Zaskakujące, ale już nie była tak silna jak wcześniej. A może to ja stałam się silniejsza? Nie obchodzi mnie to. Muszę zniknąć - odejść gdzieś daleko stąd.
- Eloven!
Moja matka miała spojrzenie pełne przerażenia i smutku. Boże, jak bardzo chciałam, żeby to był tylko zły sen. Niestety, słowa i obrazy, nawet brązowy płaszcz, który moja mama miała na sobie, tylko utrzymywały mnie w przekonaniu, że ten koszmar to jawa.
- Chcę, abyś pamiętała ten moment - ten, w którym mnie zdradziłaś, i ten, w którym odejdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Po tych słowach przejechałam spojrzeniem po zebranych. Pani Linda miała zdenerwowany wyraz twarzy, a Alventa zaś, tak jak moja matka, była w szoku i rozpaczy. Mogę umrzeć z głodu, umrzeć z pragnienia, może mnie coś zjeść, albo ktoś może mnie zabić. W tym momencie mnie to nie obchodzi - chcę być gdzieś daleko stąd, tylko ja, żadnych ludzi. Szybko się odwróciłam i ruszyłam pędem przed siebie. Za sobą usłyszałam tylko zrozpaczony krzyk mojej matki i słodki głos pani Lindy mówiący, że jeszcze mnie znajdą. Żeby się jeszcze nie zdziwiła. Biegłam ile tchu, tak szybko jak mogłam, a już mi się zdawało, że jestem jeszcze szybsza niż byłam. Z łatwością omijałam konary drzew i przeskakiwałam nad przeszkodami.
- Biegnij, Eloven, biegnij. Tak daleko, aż cię nie znajdą
Powtarzałam sobie wciąż, kierując się przed siebie.
•¥•
Nie wiem, ile minęło, ale na pewno sporo czasu odkąd uciekłam. Płuca już paliły mnie, a nogi odmawiały posłuszeństwa, więc postanowiłam, że gdzieś muszę się zatrzymać i zdrzemnąć. Wtem znalazłam idealne drzewo. Kasztanowiec rosnący tuż przede mną był ogromnych rozmiarów, lecz na pewno zdołam się na niego wdrapać. Zbyt wiele razy już to robiłam z tatą. Nie czekając dłużej, chwyciłam najbliższą gałąź i rozpoczęłam wspinaczkę. Finalnie położyłam się na grubym konarze, będącym mniej więcej pośrodku korony drzewa. Było twarde, było ryzyko, że spadnę, ale i tak lepsze to niż nic - nie mogę ryzykować spaniem na mchu. Teraz, będąc tak w ciszy i sama, zaniosłam się szlochem po raz kolejny. Nie myślałam już o niczym -płakałam za domem, płakałam za utraconym życiem i możliwe, że człowieczeństwem. Nawet nie wiem, kiedy przestałam płakać, a Morfeusz otulił mnie swoim ciemnym płaszczem i zabrał do swojej krainy.
Komentarze (13)
PS
Notopech chce z Tobą pisać, ma chyba pilną sprawę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania