Poprzednie częściWiedźmy ( prolog)

Wiedźmy (Rozdział 2)

Otworzyłam oczy wraz z budzącym się słońcem. Widziałam nad sobą gałęzie wielkiego kasztanowca. Na jednej z nich nawet mogłam zobaczyć rząd mrówek dzielnie kroczących ku wyższym konarom. Liście dzięki swojej szmaragdowej barwie sprawiały, iż padające na mnie światło było tego samego odcienia. Kojarzyło mi się to z zielonymi słoikami mamy, w których trzymała zioła do różnych potraw. „Mama” – „dom”. Słowa te raniły mnie bardziej niż krzaki cierni. Zaczęły dochodzić do mnie wydarzenia z ówczesnej feralnej nocy. Jedno jest pewne — moje krystaliczne i cudowne życie właśnie rozbiło się na tysiące kawałków, których już chyba nigdy nie złożę. Poderwałam się szybko, chcąc zająć czymkolwiek strapiony umysł, by znów się nie rozpłakać. Teraz muszę być silniejsza. Las rządzi się swoimi prawami i przetrwają tylko najsilniejsi.

 

Zignorowałam doskwierający ból pleców, po czym zeskoczyłam z drzewa. Tyle pytań i jeszcze mniej odpowiedzi. Czym jestem? Co się stało? Dlaczego wszyscy byli w zmowie? Dlaczego Alventa i mama mnie okłamały? Wzięłam głęboki oddech, starając się ukoić roztrzepany umysł. Natychmiast dotarł do mnie znajomy, przyjemny zapach ściółki i sosny, który działał na mnie jak herbata ziołowa. Poczułam jednak ukłucie niepokoju, gdy zorientowałam się, że w tej części lasu jeszcze nigdy nie byłam. Ba, nigdy takiego lasu na oczy nie widziałam! Strzeliste skały co rusz wystawały z ziemi, połyskując groźnie w świetle słońca, którego i tak jest tu niewiele. Wszelkie drzewa o ogromnych rozmiarach niemalże całkowicie zabierały dostęp do słonecznej poświaty. Las był przepiękny, acz niebezpieczny. Miałam ogromne szczęście, że po wczorajszym biegu nie nadziałam się na jeden z kamieni. Moją obserwację przerwał dobitnie przypominający o sobie brzuch domagający się śniadania. No i pojawił się nowy problem. Skąd ja mam zdobyć pożywienie? Nasiona? Może być ciężko na tym terenie. Grzyby? Rosną na mchach, a tutaj są głównie kamienie i goła ziemia. Zwierzaka nie zabiję – sumienie po prostu mi na to nie pozwala, więc zostały mi tylko owoce. Jagody, poziomki i jeżyny. Na wspomnienie o tym owocu od razu ujrzałam w głowie znajomy i nieco wstrząsający obraz ze wczoraj. Ten szok, te słowa, ten obraz i ten ból. Zaniosłam się histerycznym śmiechem, który odegnał pobliskie ptaki w przestworza. Boże, jak ja przeżyję? Przecież poziomki nie pozwolą mi przetrwać! W takim razie zostało mi tylko jedno. Muszę iść dalej z nadzieją, że dojdę do bardziej przyjaznych terenów. Z tą myślą spojrzałam ostatni raz na ogromny kasztanowiec, w duchu dziękując mu za możliwość odpoczynku, po czym ruszyłam przed siebie w gąszcz głazów i zieleni.

 

Szłam już tyle czasu, iż domena słońca dawno znikła. Udało mi się pozbierać parę jagód i jeżyn na posiłek, a część zabrałam ze sobą do sakiewki, którą zrobiłam z sukienki. I tak była już cała potargana, więc chociaż się na coś przydała. Nie powiem, żeby mnie ten posiłek jakoś mocno nasycił, ale lepsze to niż nic. Udało mi się też znaleźć ostry kamień i kawałek pnia, dzięki czemu mogłam zrobić garnuszek na wodę. Wielokrotnie ojciec mi powiadał, iż człowiek może wytrwać bez jedzenia parę dni, jednak bez wody nie przeżyje, bo woda to życie. Oczywiście miał rację. Wszystkie istoty żywe bez wody wkrótce zamieniają się w proch. Jednak straszne jest to, iż pomimo tego, że idę tak długi czas, to tereny się nie zmieniły. Wszędzie złowrogie skały i te same drzewa. I ta dusząca wręcz zielona ciemność. Jeśli tak dalej pójdzie, to nie wiem, jak długo wytrzymam w tym lesie. Być może będę musiała wrócić… NIE – od razu zaprzeczyłam w myślach. „NIE PO TYM, CO MI ZROBILI! NIE PO TEJ ZDRADZIE, KTÓRĄ MI ZADALI! TA WIOSKA JEST ZBRUKANA JAK WSZYSTKIE KOBIETY W NIEJ!” Zacisnęłam odruchowo ręce w pięści. „Tak samo jak ja”. Gniew ustąpił od razu żalowi. Spojrzałam na swoją dłoń, na której widniały półksiężyce z moich paznokci. Niby taka sama, a jednak jest inna. Przepełniona czymś silniejszym? Spojrzałam na jeden z wystających kamieni. Tak samo strzelisty i złowrogi jak reszta jego kompanów. Stanęłam przed nim, przypominając sobie o bólu, jaki czułam, o szoku i zdradzie, jakie przeżyłam. Pomyślałam o tacie, którego zostawiłam, o fiołku, którego dzisiaj nie mogłam nakarmić. O mieszkańcach miasteczka, z którymi rozmawiałam od czasu do czasu. Rozmyślania te przepełniły czarę goryczy i z rozmachu uderzyłam pięścią w głaz. Tak szybko, jak to zrobiłam, tak szybko pożałowałam. Krzyknęłam odruchowo z bólu, który promieniował po całej dłoni, skupiając się na kostkach, które, o zgrozo, krwawiły. Czego ja się spodziewałam! Chyba tracę zmysły, uderzając tak ciężki głaz. Spojrzałam z wyrzutem na kamień i – zamarłam. Tam, gdzie moja pięść spotkała się z szarą powierzchnią, powstało mocne pęknięcie ciągnące się niemalże do spodu kamienia. Tak nie powinno być. Owszem, ręka mnie boli i to straszliwie, ale złamana nie jest. W życiu bym nie potrafiła zrobić czegoś takiego, nie łamiąc sobie przy tym chociaż jednej kości. Ba, nawet łamiąc nie zrobiłabym takiej szczeliny! Z odrazą spojrzałam na swoją dłoń. To przez tamtą noc, czyż nie? Oderwałam kolejny kawałek sukienki, tworząc prowizoryczny bandaż. Mam nadzieję, że nie wda się zakażenie. Poczęłam się rozglądać za miejscem do odpoczynku. Bądź co bądź coraz szybciej się ściemnia, a ja muszę gdzieś spędzić noc. Szukałam dużych i stabilnych drzew, takich jak jodła albo jak kasztanowiec, na którym spałam. Niestety wokół były same sosny, wierzby, no i ewentualnie parę buków oraz dębów, ale z tak nielicznymi gałęziami, że na pewno bym spadła podczas snu.

 

Wtem zauważyłam jasnozielone liście. Mnóstwo liści. Było to ogromne zbiorowisko gęstych krzaków leszczyny. Może i nie były drzewami, ale za to są na tyle gęste, że nic mnie nie zauważy. W przeciwieństwie do lasu w Forre tu zwierząt było mało. Z tą myślą zaczęłam iść w kierunku mojego nowego noclegu. Wraz z każdym krokiem coraz wyraźniej słyszałam dźwięk. Cudowny, krystaliczny i szumiący, którego nie mogę pomylić z niczym innym. Energicznie rozgarniałam krzaki, starając się nie zniszczyć żadnego z nich. Na widok przede mną zaniosłam się, o dziwo, radosnym śmiechem i padłam na kolana ze szczęścia. Przede mną był ogromny potok pełny krystalicznej i zdatnej do picia wody. Mogłam też zaobserwować parę krzaków jagód, trochę jeżyn oraz nawet nieliczne poziomki. To miejsce jest idealne! Jestem uratowana! No… prawie. Muszę jeszcze znaleźć coś pożywniejszego niż owoce, ale ważne, że mam dostęp do wody. Przestałam rozmyślać, gdy zauważyłam wyraźne ściemnienie w lesie. No tak, nadchodzi noc. Tylko to chyba jest pewne z mojego życia. Rozsunęłam krzaki leszczyny na tyle, aby móc znaleźć w miarę dogodne miejsce na odpoczynek. Nie miałam poduszki wypchanej pierzem czy choćby koca, ale nie było tak źle. Ważniejsze jest bezpieczeństwo niż wygody. Poczułam, jak zmęczenie skleja mi powieki jak żywica. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.

 

°¥°

 

Nie wiem, o jakiej porze dnia wstałam. Ciężko było stwierdzić przez wszechogarniającą gęstwinę roślinności. Na pewno jest jaśniej niż podczas mojego spoczynku i w sumie tylko to utrzymywało mnie w przekonaniu, że słońce jeszcze świeci. Na śniadanie szybko zjadłam parę jeżyn z krzaków rosnących przy potoku, które zapiłam wodą. Może i się nie najadłam, a brzuch nadal trochę doskwierał, ale lepsze to niż głodować. Stwierdziłam, że będę robiła obchody, aby odkrywać nowsze obszary lasu, ale będę nocować w tym jednym miejscu. Jest ono bezpieczne i perfekcyjne dla mnie, a ryzyko jest zbyt duże, aby je porzucić. Właśnie podczas jednego z obchodów zauważyłam parę królików i sarnę, która, gdy tylko mnie ujrzała, uciekła daleko w krzaki. Jej oczy i ten strach przypomniały mi o tamtej nocy. Czułam nawracające wspomnienia oraz krwawiące rany – zarówno te na ręce, jak i te pozostawione we mnie. NIE, teraz nie mogę sobie pozwolić na słabość. Inaczej wygrają… Tej nocy kładłam się do snu, modląc się o brak jakichkolwiek snów. Zaprawdę nie wiem, czy to moje modły zadziałały, czy po prostu już jestem tak wykończona.

 

°¥°

 

Dnia 3 nie wydarzyło się nic nowego. Ta sama ciemność, te same krzaki, ten sam posiłek. Jedynie przyuważyłam orzechy leszczyny. Pełna nadziei chciałam zjeść jeden z nich, lecz jak się okazało, wszystkie były spróchniałe. Grzybów również nie mogę znaleźć, a nie wiem, jak długo wytrwam na tych owocach. O poziomkach bądź jeżynach zaczyna mnie ogarniać odraza. Rany na dłoni obmywam w strumieniu, aby choroba nie pokusiła się zaatakować mnie w tej chwili, jednak z zaskoczeniem odkryłam, że rana prawie całkowicie się zagoiła. Zamiast radością napawało mnie to trwogą. Jakby na złość przypomniałam sobie o cienistym bycie, przed którym to niedawno uciekałam. Czy będzie on i tutaj? Cóż, mam wszelką nadzieję, że zostawiłam go wraz z wioską. Kładę się znów w tym samym miejscu, pomimo posiłku ciągle nienajedzona.

 

°¥°

 

Otworzyłam oczy na znajomy mi widok liści oraz monotonny dźwięk potoku. Dziś jest dzień czwarty pobytu w tym miejscu. Swoje kroki skierowałam ku potokowi, aby obejrzeć się w jego wzburzonej tafli, co było wyzwaniem. Pomimo trudności i tak mogłam ujrzeć cienie pod oczami oraz chudszą trochę twarz. W ogóle nie zauważyłam tego, że sukienka będąca na mnie zdawała się być troszeczkę luźniejsza. Nie jakoś dużo, ale jednak troszkę. Tego było już za wiele. Tak kocham lasy i wielokrotnie po nich chodziłam, a kiedy przyszło co do czego, to nie umiem przetrwać. Ciągle się przyglądając, dotykam palcami policzków. Dwa tygodnie. Tak, tyle sobie daję. Muszę koniecznie znaleźć inne jedzenie, bo inaczej nie przeżyję. Jak na zawołanie z krzaków wyskoczył królik chcący się również napoić wodą. Jak głodny musi być człowiek, aby przełamać jego wartości? Jak zrozpaczonym trzeba być, aby chwytać się wszystkiego, co możliwe? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale ewidentnie jeszcze nie jestem na tyle zniszczona, aby dobić się na zabicie stworzenia. Próbowałam myśleć nad wszelkimi rozwiązaniami, jednak mój umysł był zmącony. Zupełnie jakby mgła zeszła z gór i wdarła się nocą do mojej głowy, ukrywając wszelakie myśli. No prawie. Tamte obrazy i słowa ciągle są wyraźne jak za pierwszym spotkaniem. A gdybym tak wyruszyła przed siebie, a w razie czego wróciła? Tylko jak tu się nie zagubić w tym labiryncie kamieni i flory. Westchnęłam z bezradności, patrząc na teren wokół mnie. Wtedy moją uwagę przykuło jedno drzewo, które pokryte było jeszcze ciekłą żywicą. No tak! Spojrzałam na podartą sukienkę – o ile można było ją tak nazwać. Mogę oderwać parę pasów materiału i przyczepić je do drzewa. Tylko jak je zauważyć, skoro wtapiają się w wszechogarniającą zieleń. Wzrok od razu pokierował mnie ku jednemu z wielu krzaków jagód. Idealnie! Nasączę wstążki sokiem z ciemnych owoców i gdy zechcę wrócić, będę wypatrywać zielonych wstęg z czarnymi plamami. Gdy upewniłam się, że wystarczającą dużą ilość wody zebrałam oraz pożywienia, oderwałam kolejne pasmo tkaniny, a na nim rozgniotłam jagodę. Podeszłam do jednego z drzew, wiążąc na nim pętlę, jednocześnie dziękując w duchu za spokojny nocleg. Obróciłam się, wybrałam jeden z kierunków i ruszyłam przed siebie.

 

°¥°

 

Spód mojej odzieży był w większości wybrakowany, a tereny nadal się nie zmieniały. Nawet kamieni było tyle samo. Skuliłam się, kiedy z głośnym bzęczeniem przeleciała nad moją głową ważka. Większość prowiantu zjadłam, a wodę musiałam raz uzupełnić. Kiedy znużona poczęłam iść dalej, zauważyłam coś niecodziennego. Kamienne ściany okryte bluszczem wraz z drewnianym dachem i kominem buchającym co rusz dymem. Sam dom był prowizoryczny i malutki, na pewno więcej niż jedna osoba nie mogła tu mieszkać. Z ogromną ciekawością i nadzieją w sercu podbiegłam do jednego z otwartych okien i zajrzałam do środka. Dom był zwyczajny, tak jak większość w wiosce. Drewniana podłoga, suszące się zioła oraz skrzynie z przedmiotami. Mogłam też zauważyć trochę siana i parę kur w środku, które gdakały wesoło. Jednak w momencie, w którym mój wzrok napotkał oblicze kobiety będącej w środku, zamarłam, myśląc, że zostałam przyłapana. Ta jednak nie zwróciła na mnie uwagi. Nic nie rzekła, nawet się nie poruszyła. Wyjrzałam jeszcze raz przez okno i spostrzegłam, że jej siwe włosy komponują się z równie siwymi oczami na jej pomarszczonej twarzy. O matko, ona jest niewidoma! Z szoku wyrwał mnie jednak zapach tak przepiękny, że mogło być to tylko jedno. Chleb. Ślina od razu napłynęła mi do ust z dwojoną siłą jak woda do strumyków w marcu. Tak dawno nie jadłam czegoś tak porządnego na strawę. Ledwie mogłam opanować swoje ciało przed wejściem przez okno i wzięciem bochenka. No właśnie, czemu bym go nie mogła wziąć? Pani i tak by nie zauważyła, zresztą dla niej to tylko bochenek, a dla mnie może być to ratunek.

 

- Oh biada mi!

 

Niespodziewanie rzekła staruszka skrzeczącym głosem, co przyprawiło mnie o dreszcze.

 

- Zostałam sama na tych niewdzięcznych polach ledwie obradzających coś innego niż owoce. Dniem za dniem haruję w pocie czoła, lecz kości nie te, a umysł zawodzi. Nie lada minie kwartał, a padnę tu trupem, stając się tym domem!

 

Choć same słowa były akcentowane w dziwny sposób, słuchałam dalej wraz z żalem ściskającym wnętrzności.

 

- Gdzie podziałeś się, Boupinie?! Gdzie twoje ręce, które parę lat temu trzymały mnie za palec, gdy cię karmiłam? A ty gdzie znikłeś, Pilapie? Czy to ta dziewka Falrosa trzyma cię w niewoli? A może las pochłonął cię wraz z tajemnicami? Och, dzieci me, gdzie jesteście, czemu odchodząc nie zabraliście i mnie?

 

Rzekła wdowa, po czym odłożyła miotłę i powolnymi krokami, opierając się o jedną ze ścian, wyszła z pomieszczenia. Po raz kolejny na przestrzeni tak krótkiego czasu nie mogłam powstrzymać łez. Nie powiem, że ci synowie są okropni, gdyż znam tylko ledwie cząstkę ogromu historii, jaka się rozegrała w tych włościach, jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie odczułam lekkiego gniewu. Ale co mi po nim – bardziej czułam smutek. Jak mogłam w ogóle pomyśleć o okradzeniu tej biednej kobiety? Co się ze mną stało? Czy to wszystko przez tamtą noc, czy ona zaczęła mnie zmieniać? Dawna Eloven gardziłaby myślą o tak haniebnym czynie. Nie chcąc bardziej kusić losu, a raczej swojej łakomności, oddaliłam się. Chciałam biec, pragnęłam krzyczeć, ale nie będę się na to. Już i tak wytężam wszelkie wysiłki, aby nie nadziać się na jedną ze skał. Ścisnęłam mocniej dłoń owiniętą kawałkiem sukni, spodziewając się choćby namiastki bólu. Cierpienie, boleść – czy to nie zaskakujące, jak człowiek udaje się nawet w najciemniejsze zakamarki, których unika, po pomoc? Czy ja w ogóle mogę o sobie mówić jak o istocie ludzkiej? Czy tylko mnie to trapi, a może wszyscy tego doświadczają? Nie dowiem się, bo ból nawet nie nadchodzi. Odwijam opatrunek, a tam na mnie czyha całkowicie zdrowa dłoń. Do głowy przychodzi mi mnóstwo wyzwisk i przekleństw, które słyszałam parokrotnie w wiosce. Nie wyklinam, bo nie mam potrzeby, ale czuję, że teraz pasowałoby tu jak ulał. Gdy w końcu docieram do znajomego potoku, padam z wyczerpania na ziemię tuż przy jego brzegu. Woda rozbijająca się o skały chlapie trochę moją twarz zimnymi kroplami, jednak mnie to nie rusza. Jestem zbyt wyczerpana, aby mogło mnie to obchodzić. Czuję, jak powoli tracę wszelkie korzenie z rzeczywistością. Mozolnie i coraz bardziej odpływam do ciemnych miejsc. Pytanie, czy wrócę? Czy to znowu będzie tylko sen, a może już nie otworzę oczu i nie ujrzę zieleni? A może by tak było lepiej. W głowie pojawił mi się obraz rytuału, Alventy, mamy, chorego ojca, ale też i stara wdowa. Tyle zdrady, tyle bólu w jednym świecie. Czemu mam więc ciągle walczyć, skoro mogę znaleźć ukojenie. Znów w głowie pojawiła mi się mama tym razem w kuchni dekorująca piec. Zobaczyłam Alventę rozmawiającą ze mną przy cieście. Tatę, kiedy był jeszcze zdrowy. Miasteczko ludzi, których darzyłam sympatią. Może i cierpienie jest towarzyszem tego świata, ale także i radość. Wszystko, co nastaje, przemija, aby ponownie wrócić jak liście po jesieni. Muszę walczyć, nie mogę odejść. Jeszcze nie.

 

Powoli, z wielkim wysiłkiem otworzyłam oczy, jednak przyszły mi ciarki, gdy zobaczyłam wielkie kosmate łeb nad sobą. Pisnęłam i zaczęłam się oddalać od istoty, która okazała się być wilkiem. Niezwykłym wilkiem – wilczycą. Tuż obok niej zauważyłam podobnie szare główki pijące z potoku. To matka przyszła z młodymi się napoić. Usiadłam w kompletnym bezruchu, nie chcąc wywoływać żadnych atakujących ruchów. Nie chcę, by pomyślała, że stanowię zagrożenie. Tak jakby swoimi ciemnymi oczami obejmowała całą mą postać i poczęła się zbliżać. Ani myśl mi drgnąć, kiedy swoim mokrym nosem zaczęła obwąchiwać moją rękę, a potem włosy. Starałam się nie wzdrygnąć zbytnio, kiedy polizała mnie po karku. Nagle ku mojemu zdziwieniu położyła się tuż koło mnie, kładąc pyszczek na moim kolanie. Wyglądało to jak zaproszenie na pogłaskanie, ale nie byłam pewna. Młode wilczki dalej piły, chociaż jeden z nich już zaczął dokuczać rodzeństwu. Miał śmiesznie przyklapnięte jedno uszko i wyglądał zarazem słodko i komicznie, kiedy próbował podgryzać łapki swojemu bratu. Zahichotałam, a wilczyca odwróciła ku mnie głowę, jakby rozumiejąc. Wpatrzyłam się głębiej w jej oczy i dostrzegłam tam coś, czego mi brakowało od dawna. Ona na tym lesie, na tych skałach wychowuje dzieci, zapewnia im pożywienie i warunki do życia. Trapią ją wyzwania, ale ona i tak robi wszystko, aby przetrwać, i siedzi teraz tu koło mnie dostojna i silna, taka jaka powinnam być ja. Może rytuał wcale nie był wielkim przekleństwem? Może miało to się stać, aby nie osłabić mnie, a uczynić silniejszą? Przypomniałam sobie twarze wszystkich kobiet, które były na zgromadzeniu. Niemal wszystkie bywają często w wiosce. Wspomnienie jednak zatrzymało się na jednej z nich. Pani Orasiva. Wszędzie bym rozpoznała te zielone oczy i rudawe włosy. Jednak to nie z wyglądu była znana, a z braku umiejętności dochowywania sekretów. Bardzo często mówiła wszystko co prawda, niespecjalnie jednak nigdy nie potrafiła utrzymać czegoś w tajemnicy na dłużej niż siedem nocy. Wcale nie tak dawno, bo pewien czas przed moimi urodzinami, widziałam ją. Czy już wtedy wiedziała? A może nie mogła powiedzieć? Przywołałam w umyśle wspomnienia z tamtego dnia, a dokładniej spotkania z Alventą. I ciemne oczy bacznie mnie obserwujące z cieniem smutku. A co jeśli ona wcale mnie nie zdradziła, tylko również nie mogła powiedzieć? Tak wiele pytań, a odpowiedzi jeszcze mniej. Wiem, gdzie je znajdę. Tam, gdzie poszukuje się największych wód, gdy ma się ledwie strumyk. U źródła. W tym wypadku pani Lindy. Podniosłam się dokładnie w tym momencie, kiedy matka wilczyca odchodziła wraz ze swoimi młodymi. W duchu życzyłam im najlepiej. A więc postanowione. Skierowałam głowę w górę, patrząc na zielone liście drzew. Wracam do domu. Po odpowiedzi, po wiedzę i po samą siebie. Wyciągnęłam z sakiewki jedną z jeżyn i zaczęłam obracać ją w palcu z lekkim uśmieszkiem.

 

- Ale najpierw muszę w końcu coś zjeść.

 

Rzekłam, smakując siłę tych słów na moim języku.

 

°¥°

 

Choć minęło trochę czasu, wspomnienia ani trochę nie wyblakły. Jeżyna, pokrzywa, kora dębu, jeżyna wyciśnięta na resztę składników, błękitny płomień i te słowa. Powtarzałam tę sekwencję raz za razem, mając przed sobą wszystkie potrzebne składniki. Klękłam na wilgotnej, zimnej ziemi, rozpoczynając to, co widziałam wielokrotnie. Czy to się uda? Mam nadzieję. Najpierw dałam korę drzewa, po czym położyłam na niej liście pokrzywy, tym samym parząc palce. Następnie z dechem zapartym w piersi wycisnęłam sok z jeżyny na wszystkie składniki. Czekałam i czekałam, i nic się nie wydarzyło. Czy zrobiłam coś źle? Może pomieszałam składniki i to wcale nie była pokrzywa? Nie, to niemożliwe, pamiętam perfekcyjnie. Wtedy sobie przypomniałam o jeszcze jednej części. Słowa. Może mam je wypowiedzieć i wtedy pojawi się ogień? Jest tylko jeden sposób, aby to sprawdzić.

 

- Invegh quan.

 

Nie wiedziałam, jak wypowiedzieć te słowa, tak samo jak pani Linda, ale wypłynęły one dokładnie w ten sam sposób. Jakby to było coś dla mnie naturalnego i całkowicie normalnego.

 

- Rudhi opatá.

 

Dokończyłam, myśląc o chlebie. Nic innego nie mogło mi przyjść na myśl, jestem strasznie głodna, a jeżyny przestały starczyć. Nagle poczułam to. Mrowienie, które rozchodziło się po całym moim ciele. Potężne i wszechogarniające, jakby cały las obudził się do życia. Następnie rozbłysło mocne niebieskie światło, przez co musiałam zakryć oczy. Gdy znów się spojrzałam, w miejscu gdzie były składniki, ich już tam nie było. Za to lekko nad ziemią unosił się błękitny płomień. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Zupełnie jakby niebieskość niebios przelano w ten jeden ogień. To zaskakujące, choć był niewiele oddalony od jakichkolwiek roślin, to nie palił niczego. Nie czułam też od niego żaru, tylko światło. Niespodziewanie płomyk uniósł się wyżej, przez co musiałam wstać, aby zrównać się z nim, po czym zaczął kierować się w przód. Trochę oniemiała całą sytuacją nie wpadłam na nic innego, jak iść za nim.

 

°¥°

 

Nie przebyłam ogromnej drogi, jednak ciało było obolałe jak po wielodniowym marszu. Płomyk dalej jaśniał coraz wyraźniej, nie wiem, czy to po prostu jego właściwość, czy to przez to, że zaczęło się ściemniać. Niespodziewanie dotarliśmy do małej polanki. Niewielkiej, zaledwie o wielkości jednego domu. Płomyczek wówczas przez chwilę lewitował w miejscu nad niewidzialnym punktem, po czym zanurkował w ziemię bez śladu. I to tyle? Czyżby mnie oszukał? A może po prostu się wyczerpał? Czy muszę ponowić całe zaklęcie? Podeszłam bliżej do miejsca, w którym zniknął, i dopiero wtedy zauważyłam prostokątny obrys. Trudno było go dostrzec, bo idealnie wtapiał się w trawę, jednak wyglądało to jakby ktoś przyszył łatkę na polanę. Kucnęłam i włożyłam palce w szczelinę, po czym pociągnęłam. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem byłam tak szczęśliwa. Łatka, a raczej klapa, ukazała mi ogromne ilości chleba i suszonego mięsa. Większość nie była zepsuta i prawie wszystko było zdatne do jedzenia. Zalał mnie przede wszystkim głód. Nie, nie głód – pragnienie z wielu wyczerpujących dni. Miałam wrażenie, że jeśli zaraz czegoś nie zjem, to mój brzuch zacznie zjadać mnie od środka. Niczym łapczywe zwierzę wgryzłam się w jeden ze złocistych bochenków. Może i był to zimny i trochę czerstwy chleb, jednak dla mnie równie dobrze mogłoby być to danie z dworu króla Ignalóira. Każdy kęs czciłam jak Boga, ciesząc się z powoli napełniającego się brzucha. Gdy już byłam wystarczająco nasycona, oderwałam kolejne pasma mojej sukienki, która teraz sięgała mi do kolan, i stworzyłam z nich o wiele większą sakiewkę, do której to włożyłam osiem bochenków chleba i cztery pęczki suszonego mięsa. Myślałam o tym, czy nie wysypać jeżyn, jednak to ten płomień mnie tu zaprowadził i myślę, że jeszcze mi się przyda w drodze powrotnej do domu. Bądź co bądź nie mam pojęcia, gdzie jestem. Z tą myślą wyjęłam z mniejszej sakiewki pokrzywę i korę dębu, które polałam sokiem z jeżyny.

 

- Invegh quan rudhi opatá.

 

I znajomy mi już niebieski płomyczek znów narodził się na moich oczach. Tym razem pomyślałam o domu, o matce i o samym Forre, no i oczywiście o moim ukochanym fiołku. Nie mam pewności, czy to jest warunek, który wyznacza płomieniowi drogę, ale wolę trzymać się nadziei, że tak. Dotknęłam mojego drewnianego pojemniczka, sprawdzając, ile w nim jest wody. Nie jest jakoś mało, ale niedługo będę musiała znów go napełnić. Normalnie bym się zaczęła trochę martwić o to, czy będzie dalej dostęp do wody, ale nie teraz. Mam w końcu jedzenie, jakieś poczucie ochrony i spokoju. Ale co najważniejsze – mam w końcu cel. I mam go zamiar osiągnąć. Z tą myślą zerknęłam w miejsce, gdzie był płomień, aby zauważyć tylko, że już zaczął odlatywać, dlatego też przyspieszyłam trochę tempa, aby go dogonić, i ruszyłam w drogę do miasteczka Forre, do domu.

 

°¥°

 

Zatapiałam zęby w kolejnym bochenku chleba, ciągle patrząc na płomień. Podczas drogi z dnia poprzedniego martwiłam się, czy ogień nie odleci dalej, gdy ja będę spoczywać, jednak ten jakby zrozumiał moją potrzebę i zastygł u mojego boku. Szkoda tylko, że nie mógł dawać ciepła, bo musiałam znowu rozpalać ognisko. Dostosowując się do tempa mojego przewodnika, zaczęłam powoli rozumieć, jak ogromną drogę przebiegłam. Przebyłam taką odległość nawet nie w jedną noc, a teraz zapowiada się, że wędrówka nie skończy się tylko na drugim dniu. Westchnęłam tylko, spoglądając tu i ówdzie na teren wokół mnie. Starałam się dopatrzeć jakiekolwiek zmiany. Innych roślin lub innych drzew, jednak jedyne, co się zmieniało, to ułożenie skał i flory. Myślami znów uciekłam do pytań, ale skupiłam się na jednym. Gdzie jestem? W pobliżu królestwa Chavae były jeszcze dwa inne: Lacriaffe i Displas. Pamiętając mapę, graniczyły one po lewej i prawej stronie Chavae. U nas rządził król Ignalóir – dobry i życzliwy władca, choć z opowiastkach słyszałam, że brakuje mu werwy i stanowczości. W Displas rządził Tyratus. Jest znany z okrucieństwa i że po wojnach, jakie przebył (a często się w nie pakuje na własne życzenie), nie zostawia żadnych jeńców. No i w końcu Lacriaffe – osobiście moje ulubione. Ich historia jest wręcz onieśmielająca, jednak co najbardziej dziwi, rządy tam sprawuje nie król, a królowa. Na imię jej Acánta, zwana jest również dobrą i sprawiedliwą. Tak czy siak, od samego Forre do stolicy dzieli nas trzy dni drogi konnej, nie mówiąc już o innych królestwach. Po chwili się zatrzymałam, kiedy oślepiające niebieskie światło wdarło się do moich oczu. Szybko się cofnęłam, przerażona z myślą o oparzeniach, jakich mogłam dostać, jednak po dotknięciu twarzy upewniłam się, że nic się nie stało. Zapomniałam o tym, że ten ogień nie parzy. Ale dlaczego stoi? Płomień zastygł w miejscu, zupełnie jakby stał się nieodłącznym elementem krajobrazu. To nie jest Forre, jestem tego pewna jak tego, że z larwy powstaje motyl. Dlaczego więc się nie rusza? Niespodziewanie z tyłu mojej głowy zaczęło dobiegać mrowienie, które zaczęło przeradzać się w coraz bardziej bolesne pieczenie. Tej boleści nigdy nie zapomnę. Wiedząc, co mnie zaraz czeka, szybko usiadłam w pobliżu jednego z kamieni i oparłam się o jego posturę. Chwyciłam patyk i wsadziłam go w zęby. Pamiętam, jak lekarz, który ówcześnie przychodził do mojego ojca, mówił o tym, że w razie gdyby zaczął się trząść, trzeba dać patyk pod zęby, aby ten nie odgryzł sobie języka. Nie spodziewam się drgawek, lecz bólu na tyle silnego, że lepiej dmuchać na zimne. Żadne z przygotowań nie mogły mnie przyszykować na to, co nadeszło. Ból był porażający. Wypełniał każdą część mojego ciała. Niby zupełnie taki sam jak tamtej nocy, jednak również go nie zapomnę. Tym razem w głowie nie było żadnych obrazów, tylko mrok. Ciemność i jedno słowo. Acrvae… Wgryzłam się mocniej w patyk, pragnąc jakiejkolwiek ulgi, choćby chwili ukojenia. Jak pragnę, aby to pomagało. Starałam się skupić na słowie. Nowe zaklęcie, tylko czemu nie widzę nic innego poza słowem? Żadnych innych składników? Tak szybko, jak ból przybył, tak nagle znikł. Zostałam tylko ja i płomień, który unosił się koło mojego ramienia, ciągle mieniąc się błękitem, jakby nic się nie stało. Otarłam ręką spocone czoło, cała zgrzana od nowego zaklęcia. To jest te całe drugie oczko? Powoli wstałam, przytrzymując się kamienia, bojąc się, że mogę zasłabnąć. Na szczęście nic się nie stało. Przywołałam w głowie ten dziwny wyraz. Acrvae. Mimo że go nie wymawiałam, poczułam ostrość tego słowa w umyśle. Jakby każdy koniec był zaostrzony jak sztylet. Ale co ono robi? Raczej jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Wzięłam parę głębokich oddechów, uspokoić łomoczące serce. Nie wiem, czy tak było z powodu wcześniejszego cierpienia, lekkiej ekscytacji, czy może myśli, że znowu powtarza się tamta noc. No w zasadzie w jakiś sposób się powtórzyła. Nie czekając chwili dłużej, wypowiedziałam niemal szeptem:

 

- Acrvae.

 

Rozbrzmiało znów znajome mi mrowienie. Oczami chciałam pochwycić wszystko, każdy najmniejszy detal, byle tylko zauważyć, co zrobi nowe zaklęcie. Trzask. Co to było? Usłyszałam szelest liści, zupełnie jakby coś pełzło w moją stronę. Chciałam uciekać, wydostać się stąd, ale byłoby to z mojej strony zwyczajną głupotą. Stałam więc, trzymając się mocniej kamienia, zupełnie jakby miał on być jedyną opcją ratunkową. To, co wywoływało szelest, okazało się być pnączami? Nie, to korzenie! Nie wiem jakiej rośliny co prawda, ale bardzo grube. Pełzły w moją stronę niczym białe rozdwojone węże. Cofnęłam się o krok w tył, gdy nagle białe wici zaczęły się splątywać w nieznany mi kształt. Czym to mogło być? Korzenie nieustannie ruszały się, przybierając coraz dokładniejszą formę rękojeści. Dopiero teraz zauważyłam, że sama biel połyskiwała niebieskawym światłem. Zupełnie jakby ktoś zamknął blask nocnej tafli wody w białym kamieniu. Znienacka do moich uszu dobiegło okrutne ścieranie się kamienia o kamień i wszystko ustało. Las wyglądał tak samo, płomień wciąż jaśniał, tylko że przede mną dumnie połyskiwał miecz. Był urzekający. Spojrzeniem uciekłam od rękojeści w dół, a tam napotkałam gładkie kamienne ostrze. Zupełnie jakby dopiero co wróciło z kuźni. Strach, który wcześniej mnie spętywał, został wypalony przez ciekawość. Pewnym krokiem podeszłam do miecza, chwytając go za rękojeść. Była lodowata, zupełnie jakby ją ktoś wyciągnął z głębi zimowego jeziora. Pewnym ruchem ruszyłam całym mieczem, który odłamał się od podłoża. Jest idealny. Ostrze było lekkie, a trzon trzymało się pewnie i stabilnie. Zrobiłam parę ruchów w powietrzu, tnąc je jakby było wrogiem. Zaręczam, że sama broń śpiewała do mnie z każdym cięciem. Skierowałam się na skałę, której jeszcze chwilę temu się trzymałam, i bez chwili namysłu cięłam. Nie poczułam żadnego oporu, nic, zupełnie jakbym znowu przecięła powietrze. Jednak górna część skały osunęła się na ziemię z głośnym hukiem. Uśmiechnęłam się, o dziwo radując kolejnym zaklęciem. Jeszcze nie tak dawno temu bałam się użyć nawet tego, co obecnie miałam. Spojrzałam na ogień, który, o zgrozo, zaczął się już bardzo oddalać, dlatego pobiegłam wraz z mieczem w ręce, powracając na drogę ku Forre.

 

°¥°

 

Padły tylko pierwsze promienie słońca, a ja już byłam na nogach. Cała podekscytowana i pełna energii. Spojrzałam koło mnie na miejsce, w którym odłożyłam miecz. Nie wiem, czy zdziwienie oddaje to, co poczułam, kiedy zamiast mojej broni zobaczyłam tylko kupkę żwiru i liści. Chwyciłam się ręką za brodę, podtrzymując ją. Z niewiadomych przyczyn w tej pozycji łatwiej jest mi myśleć. To zaklęcie musi mieć ograniczenie czasowe, w przeciwieństwie do pierwszego. Jakby dla pewności spojrzałam na miejsce, gdzie przed zaśnięciem widziałam płomień, i był on tam znowu. Jak widać, każde oczko Vildúrly jest inne, chociaż mają te same podłoże i korzenie. Zupełnie jak rośliny. Wyjęłam z sakiewki jeden z trzech ostatnich bochenków chleba, który poczęłam jeść, popijając go wodą ze strumienia. Obym dzisiaj dotarła na miejsce, bo nie chcę wracać znowu do jeżyn i jagód. Gdy tylko zjadłam, ubrałam z powrotem pojemnik z wodą, zawiązałam sakiewki i ruszyłam za płomieniem, który znów zaczął się oddalać bez ostrzeżenia. Zaczęłam się zastanawiać, czy by znowu nie przywołać miecza, ale byłoby to bezsensowne. Teraz to nawet ta cienista istota może mnie zaskoczyć. Zaręczam, że nie będę powstrzymywać się od dobycia broni. W głowie dalej miałam obraz tego cudownego rękodzieła. I nagle świat się zatrzymał. Trafiła we mnie fala emocji tak silnych, że byłyby zdolne powalić niejedną roślą wierzbę. Jak jeden krok może znaczyć tak wiele? No cóż, chyba może. Serce podskoczyło, kiedy moje oczekiwania się potwierdziły. Podłoże tamtego lasu zanikło, ustępując tak dobrze znanej mi ściółce. I pomyśleć, że wyczułam to zaledwie poprzez postawienie stopy. Podniosłam głowę, chłonąc utęskniony obraz w końcu znanej mi roślinności. To tutaj, jestem w Forre. Nigdzie nie mogłam znaleźć niebieskiego ognia, co tylko potwierdzało mnie w przekonaniu. Ruszyłam biegiem przed siebie, otulona radością i tęsknotą. W pędzie widziałam zwierzęta, które uciekały bądź odlatywały w popłochu. W duchu posłałam im miłość. Tak bardzo mi tego brakowało. Przystanęłam na chwilę, łapiąc oddech. Teren wokół mnie był tak dobrze mi znany, że mogłabym iść tutaj z zamkniętymi oczami. Rozłożyste dęby, buki oraz świerki rosnące w harmonii, mnóstwo krzaków i co najważniejsze – zwierząt. Pewnie dalej trwałabym w amoku, gdybym nie usłyszała płaczu. Nie, nie mogę tego nazwać płaczem – to był szloch. I to wcale nie taki mi obcy, jednak musiałabym się upewnić. Powoli stawiałam kroki, starając się przeskakiwać z kamieni na konary, byle nie dotknąć stopą ściółki. Kucnęłam przy ogromnych, ciemnozielonych krzakach nieznanej mi rośliny i delikatnie je odsunęłam. Poczułam ukłucie smutku, ale również i lekką złość oraz żal, bo moje przypuszczenia się potwierdziły. Na małym kamieniu, w brązowej, niewielkiej sukience, co w ogóle do niej nie pasowało, siedziała Alventa. Poza ubiorem i niechlujnie uplecionym warkoczem w sumie się nie zmieniła. Normalnie bym podeszła i ją przytuliła, ale nie teraz. Nie gdy nie jestem pewna, jakie ma intencje wobec mnie. Gdy to dalej płakała, niespodziewanie wkroczyła inna osoba, przez którą głębiej schowałam się w krzakach. Była to dziewczyna o ciemno, w miarę krótko ściętych jak na kobiety stąd, blond włosach z jakby różanym połyskiem. Odziana była w brązową, lekko rozłożystą suknię z ciemnoniebieskim gorsetem. Dopiero jej duże, jasne, niebieskie oczy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to Miranya. Wróciłam szybko wspomnieniami do tamtej nocy, ale nigdzie nie mogłam przywołać sobie jej twarzy. Nie zmienia to faktu, żebym również mogła być jedną z nich, a ja jej po prostu nie zauważyłam. Miranya miała młodszą siostrzyczkę Leirán i mieszkała z matką – panią Triláh. Z tego, co pamiętam z opowieści, jej ojciec pewnego dnia wyruszył w celu, cytuję, „kupna lepszego bydła w innym mieście” i już nigdy nie powrócił.

 

- Alvento, rozumiem twój smutek, wszyscy tutaj się martwimy, ale na Boga, to już kolejny raz w ciągu tego dnia.

 

Alventa otarła rękawem sukni swoje mokre policzki i spojrzała jakby z wyrzutem na Miranyę.

 

- Opłakuję stratę przyjaciółki i mam do tego WSZELKIE PRAWO! TY Z NIĄ LEDWIE CO ROZMAWIAŁAŚ, PODCZAS GDY JA TOWARZYSZYŁAM JEJ NIEMAL OD NARODZIN! WIĘC WYBACZ MI, ŻE NIE POTRAFIĘ ZASUSZYĆ ŻAŁOŚCI, ALE W PRZECIWIEŃSTWIE DO INNYCH PAMIĘTAM, CO OZNACZA BYĆ WIEDŹMĄ!

 

- Co masz na myśli?

 

Zapytała tylko Miranya, kompletnie jakby niewzruszona krzykami Alventy. Nie dziwny to przypadek, skoro moja chyba była przyjaciółka płakała już kolejny raz w ciągu dnia. Myślę, że podobne sceny robiła już wielokrotnie. Alventa ma wiele zalet, ale tak samo jak wszystko w świecie ma też i wady. Jedną z nich jest, jak to zwykłam zwać, „pioruny emocji”. Nazwa nieprzypadkowa, bo mniej więcej tak te emocje Alventa wyrażała. Wiem to z doświadczenia, bo pomimo cudownych wspomnień niejednokrotnie miałyśmy nieznaski. Matko, jak ja mogłam nie zauważyć tej dziwnej zmiany nastroju tamtego dnia. Tego spojrzenia i tej dziwnej powściągliwości.

 

- Inne z nas robią się aroganckie! Chwalą się tylko swoją mocą i tym, co potrafią! Z cząstki Vildúrly zrobiły cały swój świat, zapominając o części, która jest ludzka!

 

- A pomyślałaś może, że to nie one skupiają swój świat tylko wokół cząstki Vildúrly, tylko ty przykuwasz uwagę tylko do ich wiedźmiej natury?

 

Alventa nie odparła nic na te słowa, tylko obróciła głowę, przerywając kontakt wzrokowy.

 

- Och, Alvento…

 

Rzekła tylko Miranya, zamykając postać Alventy w uścisku. Ta poczęła znów płakać, wtulając głowę przyodzianą blond włosami w ramię towarzyszki.

 

- Ja naprawdę chciałam jej powiedzieć. Czemu do cholery nie mogłam tego zrobić?! Może wtedy by nie uciekła…

 

Te słowa były dla mnie niczym uderzenie lodowatego powietrza. Czyli miałam rację. Nie mogła mi powiedzieć, a więc i inne kobiety z wioski, w tym mama. Widok przede mną zaczął się rozmywać przez łzy, które napłynęły do oczu. Boże, jak ja mogłam uciec? W ogóle nie pomyślałam, co oni poczują… Na usta cisnęło mi się tyle słów. Przeprosiny, wykrzyknienia, wszystko, co chciałam tylko przekazać Alvencie, jednak wiem, że nie mogę tego teraz zrobić. Najpierw muszę udać się do matki – do domu. Spojrzałam ostatni raz na zrozpaczoną postać Alventy w ramionach Mirany. Powoli szykując się do odejścia, podziękowałam w myślach Mirany za wsparcie dla mojej przyjaciółki, a Alvencie obiecałam, że przyjdę i wszystko wyjaśnię. Najpierw jednak muszę zrobić to samo dla kogoś innego.

 

°¥°

 

W normalny dzień zapewne poszłabym uczęszczaną wielokrotnie przeze mnie drogą, jednak teraz musiałam być ostrożniejsza, dlatego też wybrałam drogę naokoło. Owszem, wróciłam do Forre, jednak wolę złożyć najpierw wizytę mamie i to jej obwieścić moje przybycie. Nie chcę, aby za mnie zrobiła to jakaś z kobiet. Z każdym krokiem narastało we mnie podekscytowanie i strach, które tworzyły mieszankę istną duszącą. W końcu nakarmię fiołka, wyśpię się we własnym łóżku, porozmawiam z matką, odwiedzę ojca, może wybiorę się na rynek? Ale też poznam odpowiedzi. No i oto jestem. Tuż przede mną widziałam drewniane ściany otoczone roślinnością. Byłam schowana za pniem jednego z drzew. Ciekawe, czy to było to, na którym była wstążka. Stąd mogłam zobaczyć front domu. Otwarte na oścież okiennice i wielkie drewniane drzwi. Od razu do głowy napłynął obraz mamy piekącej chleb w swoim ulubionym i zarazem jedynym piecu. Niespodziewanie drzwi się otworzyły ze znanym mi skrzypieniem, a w nich stanęła moja matka. Dzięki temu, co udało mi się zobaczyć, mogę wywnioskować, że również tak jak Alventa za bardzo się nie zmieniła, poza oznakami wyraźnego zmęczenia. Niestety jej posturę skutecznie przesłaniała mi pewna osoba. Człowiek, któremu życzyłam wiele złego i na którego myśl, ba, nawet na samo imię ogarniała mnie furia. Pani Linda w swoich kręconych blond włosach stanęła u progu, po czym wkroczyła do mojego domu, zupełnie nieświadoma mojej obecności. Niestety nie słyszałam rozmowy matki z tą wredną chamicą. Ostatnie, co zauważyłam, to dłoń mamy sięgająca do boku drzwi, tym samym zamykając je z trzaskiem.

 

- Acrvae.

 

I moment potem miecz wyrastał tuż u mojego boku. Oderwałam go, ciesząc się ponownie jego lekkością i stabilnością. Czy zranię nim pani Lindę? Może, ale na pewno nie zabiję. Potrafię przebaczyć kobietom, które nie mogły mi nic rzec na temat ceremonii. Skoro one są wiedźmami, to i ja jestem jedną z nich, a oznacza to, że mierzą się z tym samym bólem. Cierpieniem, którego powodem jest nikt inny jak ta jędza. Wszystko się zmieniło i nie wróci do tego, co kiedyś, ale i ja się zmieniłam. Jestem silna, silniejsza niż kiedykolwiek. Wraz z biegiem zrzuciłam dawne ciało, aby narodzić się ponownie w lesie. Pragnę odpowiedzi i mam zamiar je dostać. Z tą myślą ruszyłam stanowczym krokiem ku drzwiom mojego domostwa.

 

- Wróciłam, matko.

 

I nie spocznę, póki nie poznam prawdy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania