Wielka kura

Żółte jabłuszko o delikatnej, cienkiej skórce spada na ziemię i toczy się kawałek, po czym ginie wśród wysokich traw. Do moich uszu dobiega szum liści, wokół roi się od jabłoni.

Podchodzę do jednego, najbliższego mi pnia i siadam w cieniu pod drzewem. Jak błogo, jak przyjemnie. Sięgam po jedną z dorodnych papierówek i biorę pierwszy gryz.

Nagle słyszę dudnienie.

W oddali dostrzegam wielką, naprawdę wielką kurę, która biegnie rozpędzona, oszalała, przed siebie, wprost na mnie.

Wszystkie krępujące sytuacje, jakie mnie spotkały, stają mi przed oczami.

Ten jeden raz, gdy rekruterka spytała mnie, dlaczego szukam pracy. To było w galerii handlowej. Siedziałyśmy na miękkich, granatowych fotelach naprzeciwko siebie. Przez słomkę w biało-czerwone paski sączyła lemoniadę. Ciemne włosy ścięte na krótko, okalały jej małą twarz, na której mieściły się jeszcze mniejsze oczka. “Z niedożywienia” - odpowiedziałam. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, jakbym powiedziała coś zabawnego.

Kura z piskiem zaczyna hamować, w moją stronę leci sporo ziemi i upadłych jabłek. Jestem w nich zakopana.

Dziób zatrzymuje się milimetr od mojej twarzy.

Koooo!

Jest karmelowa, a jej oczy lśnią, niczym dwa wyszlifowane bursztyny. Ma czerwoną czapeczkę wiązaną na szyi. Siada.

Moje serce nieprzerwanie galopuje, nie wiem dokąd, a ja tkwię w miejscu pod stertą papierówek. Stworzenie uparcie wbija we mnie spojrzenie, jakby chciało powiedzieć, że jestem kosmitą. A co, jeśli jestem?

Żyję na Ziemi, bo moi mnie zostawili. Taka prawda.

Przez tysiące lat obserwowałam wzrost i upadek, wzrost i upadek, wzrost i upadek ludzkości. Plemienne polowania, władzę królów i cesarzy, urodzajne pola pełne pszenicy i technologię AI.

Złota kurka wytrzeszcza swoje gałki oczne.

Koooo!

Zupełnie znienacka cofa swoją głowę, po czym znów wyciąga ją do przodu. I tak parę razy.

Wtem, podnosi się, a moim nieludzkim oczom ukazuje się nic innego, jak wielkie, rude jajo. A więc w tej historii najpierw była kura. Patrzy na nie, po czym siada na nim, wciąż utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.

Wielka kura znów się podnosi. Wieje popołudniowy, ciepły wiatr, wdzierający się pomiędzy jej karmelowe pióra.

Jajo jest udekorowane, niczym pisanka - na granatowo. Kurka odsuwa się od niego i, używając swoich pazurów, zadaje skorupce pierwszy cios, potem kolejny i jeszcze piętnasty. Nie ma za grosz cierpliwości.

Frustruje mnie to. Już z gardła próbują wypaść słowa, takie jak “co ty…”, gdy po skorupce nie pozostaje ślad - jest doszczętnie zrujnowana. Łapię się na tym, że jest mi bardziej żal jej, niż tego, co jest w jej środku.

Zapominam o Bożym świecie, gdy mój mózg zaczyna rejestrować zawartość jajka.

Z wnętrza wyłaniają się giganci.

Ich karykaturalne twarze przypominają ludzkie, jednak do tych jest im daleko. Mają sporych rozmiarów oczy, nosy i usta. Nie powinny być tak duże. Gdy wychodzi ostatni, zaczynają ryczeć, jak dzikie zwierzęta, po czym w szaleńczym tempie pędzą w stronę jabłoni. Zażerają się biednymi papierówkami, jak opętani, wpychają w siebie jabłka garściami.

Koooo!

Kura, stawiając donośne kroki, odchodzi. Gdy stukot ustaje, zaczyna do mnie docierać, w jakim położeniu się znajduję. Co się stanie, gdy wielkoludom skończą się jabłka?

Otaczają mnie nie mające końca połacie sadu, drzewa pokrywają cały widnokrąg. Decyduję się wspiąć na najwyżej położoną gałąź. Z tej perspektywy widzę, że kura wraca. Zapomniała czegoś?

Widzę, a przyglądam się uważnie, jak podchodzi do jednego z olbrzymów i zabiera się za zadziobywanie go. Najpierw uderza go w plecy, potem zadaje cios prosto w serce, ten upada. Kurka wskakuje na niego i zaczyna po nim skakać.

Koooo!

Zdaje się, że gigant nie żyje.

Kura nabiera rozpędu i taranuje ustawiających się do walki tytanów, którzy wznoszą do zachodzącego granatem chmur nieba swoje wrzaski i zawodzenia.

Zieleń traw zraszana jest szkarłatem świeżej krwi. Wciąż giną kolejne, humanoidalne kreatury, a ja tylko patrzę.

Upada ostatni.

Koooo!

Kurka wydaje z siebie przerażający ryk, po czym przechodzi do zajadania się ciałami martwych olbrzymów.

Nazwałam ją Jolka, bo żadnej Jolki nie znam.

Moja rodzina nie żyje, ponieważ w dom uderzył wielki, kosmiczny głaz. Było to ponad dwieście lat temu. Nie była to familia z krwi i kości. Tym, co nas łączyło, była wspólna chęć unicestwienia ludzkości. Pracowaliśmy w programie rządowym, który polegał na zrzucaniu na Ziemię wielkich Jolek.

Jolka zwraca na mnie swoją uwagę. Zmroziło mnie. Kto by pomyślał, że własna broń obróci się przeciwko mnie?

- Jolka, nie poznajesz mnie? - pytam w rozgorączkowaniu.

Koooo!

Zaczyna dziobać korę. Ściskam z całej siły gałąź, na której siedzę, co nie pomaga. Spadam prosto w paszczę krwiożerczej bestii. Dziub się zamyka, co odcina mnie na zawsze od świata zewnętrznego. Teraz, niczym Jonasz w brzuchu wieloryba, zaczynam się modlić.

“Zrób wszystko, tylko mnie nie wypluwaj!”

Wewnątrz jest ciemno, głucho, ale nie pusto. Pływam wokół ciał gigantów, ich krwi i wnętrzności - najwięcej jest rozciągniętych jelit. Smród jest niewyobrażalny. Nie ma żadnego punktu zaczepienia, zaczynam się topić w gęstym miksie mięsa i kości.

Zamykam oczy. To musi być koniec mojego sześcio-tysiącletniego żywota. Jolka nie dała mi nawet dokończyć jabłka.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • najmniejsza

    Hej Marcelina ,ja nie zdążyłam zobaczyć Ziemi Świętej ale za grosika z Jerozolimy dziękuję.Trzymam go jak skarb.:-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania