Wiersz czarno-biały lotu niskiego, o losie opowiadający człeka poczciwego.

Dwa łabędzie na zegarze lata odmierzającym

Absolutnie niekontent z tegoż życia pełnego wstydu dreszczy

Informacją nie nową: Nowotwór! Los zgubę wieszczy

Iż jeszcze chwila, i pod ziemią na wieki spocząć przyjdzie.

 

Samotność przez owe lata długie się ciągnie

Bez przyjaciół, druhów bliskich, nikogo ważniejszego

Bo nikt nie chce człowieka chorego

Milczę i trwam, by innym było wygodnie

 

Z miłości odarty, przyjaźni pozbawion

Do kochania gotów, pragnieniem trawion

Miłości- nie wielkiej, lecz skromnej, przyjaznej

A na własny rozmiar skrojonej.

 

Nie platonicznej, nie fizycznej

A czegoś pośrodku, serca nadzieją

Wiedziony, nieraz byłem na pal żywcem nawłóczony

Za chęć opuszczenia gardy, ogniem bezduszności smażony.

 

Inni wciąż drwią niemiłosiernie, bezduszni prorocy

Nie wiedząc, jak mało ich słowa próżne mają mocy!

Dusza gdy kona, nie bywa na słowa wrażliwa

Choć w słowach niekiedy ból i zamęt się skrywa

 

Jednak wciąż gdzieś w serca głębi

Wciąż drży spłoszony byt gołębi:

Na te dni ostatnie, na Losu koleje

Wciąż szukam bytów, wciąż mi się marzy

 

Życie szczęśliwe, radosne, uczciwe

Lecz wszyscy wiedzą, jakie serca bywają fałszywe

I skoro dusza kona, i nie można ulżyć duszy

Nic już stalowej mej zahartowanej skorupy nie skruszy

 

I otóż stoję wiernie na posterunku

W śmierci oczekując zbawienia i ratunku

Gdyż tu nikomu niepotrzebny, zbyteczny-

Z ochotą odejdę w mrok wieczny

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania