Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Wieszcz

Chodziłem po ulicach bez celu i rozmyślałem. Miałem na sobie długi czarny płaszcz i kapelusz. Wszedłem do kawiarni i zamówiłem espresso. Kelner przyniósł mi filiżankę kawy i strzykawkę z heroiną.

– Przepraszam, nie zamawiałem tego – powiedziałem, zerkając na strzykawkę.

– To na koszt tamtego pana – odparł kelner i wskazał na Rysika Riedla siedzącego przy barze.

Wypiłem espresso i podszedłem do Ryśka.

– Dzień dobry, czy mam przyjemność z panem Ryszardem Riedlem z zespołu Dżem? Zamówił mi pan heroinę? Myślałem, że nie żyje pan od trzydziestu lat.

– Dzień dobry, tak, to ja. Żyję. Zamówiłem ci heroinę, bo spodobał mi się twój kapelusz.

– Dziękuję. Też bardzo lubię ten kapelusz. Dlaczego nie tworzy pan już nowej muzyki?

– Przestały mnie interesować te wszystkie głupstwa. Na świecie jest już i tak zbyt dużo dobrej muzyki. Nie ma sensu się wysilać.

– Jak może pan tak mówić? Przecież… – próbowałem dokończyć, ale Rysiek mi przerwał i powiedział, że zaprowadzi mnie w jedno miejsce.

Wokalista wziął mnie za rękę i wyszliśmy z kawiarni. Zaprowadził mnie do starej kamienicy, weszliśmy na trzecie piętro i zapukaliśmy do mieszkania o numerze dwadzieścia pięć.

W mieszkaniu siedzieli Witold Gombrowicz, Bolesław Leśmian i Adam Mickiewicz.

– Widzę, że znasz bardzo ciekawych ludzi – powiedziałem do Riedla.

– W tym środowisku wszyscy się znamy – odpowiedział.

Przywitałem się ze wszystkimi.

– Nie wierzę, że mogę porozmawiać z Adamem Mickiewiczem.

– Nalej wódy i stul pysk – krzyknął Mickiewicz.

Byłem bardzo zdenerwowany i z drżeniem rąk zacząłem napełniać kieliszki. Adam Mickiewicz pośpieszał mnie i rzucał we mnie egzemplarzami „Dziadów”.

Gombrowicz wstał od stołu i zaczął przemawiać.

– Zebraliśmy się tutaj, żeby rozstrzygnąć, kto jest największym polskim poetą. Jednak tym razem nie będziemy czytać wierszy. O werdykcie zadecyduje pojedynek na pięści… – Gombrowicz chciał mówić dalej, ale Mickiewicz uderzył Leśmiana pięścią w czoło i złamał mu kark. Zapanowało niezręczne milczenie.

– Wygląda na to, że pojedynek można uznać za rozstrzygnięty… – dokończył Gombrowicz z grymasem na twarzy.

Mickiewicz wziął truchło Leśmiana na plecy i zaczął robić przysiady, demonstrując swoje mocarne uda. Wypiłem kieliszek i stwierdziłem, że czas się zbierać. Pożegnałem się grzecznie i zjechałem z okna po zjeżdżalni.

– Zaczekaj! – wołał do mnie Riedel. – Zostawiłeś swoją heroinę!

– Rzuć mi, złapię ją – krzyknąłem z dołu.

Rysiek rzucił mi heroinę. Strzykawka wbiła mi się w stopę. W tamtym momencie zacząłem robić się bardzo senny. Położyłem się na ulicy, przykryłem asfaltem i zapadłem w błogi sen. Minęła godzina, dwie, trzy, może pięć. Obudził mnie dochodzący z oddali głos natarczywego klienta.

– Kiedy wreszcie dostaniemy swoje jedzenie? – wołał mężczyzna.

Podniosłem głowę znad blatu. Byłem w trakcie przygotowywania pizzy. Wyglądało na to, że uciąłem sobie krótką drzemkę. Spałem tamtej nocy zaledwie pół godziny. Przede mną leżał wielki spód od pizzy. Największy, jaki w życiu widziałem.

– Przepraszam, mamy dzisiaj bardzo dużo zamówień – odpowiedziałem klientowi i pospiesznie zacząłem nakładać kolejne składniki. Następnie zacząłem podnosić placek i wkładać go łopatą do rozgrzanego pieca. Udało mi się, choć łopata uginała się pod ciężarem. Poczekałem dłuższą chwilę i wyjąłem pizzę z pieca. Zsunąłem ją na gigantyczny talerz i pokroiłem. Poderwałem ją do góry niczym wieko od studzienki i zacząłem iść ociężałym krokiem w kierunku moich klientów.

– Nareszcie! – wykrzyknęła kobieta w średnim wieku.

– Pizza idzie, pizza idzie! – wrzeszczały dzieci.

– W końcu! Ile można było czekać! – warczał mężczyzna.

To byli jedyni klienci w lokalu. Liczna rodzina siedziała przy dużym, okrągłym stole. Trzymałem przed sobą ogromny talerz z pizzą, który wbijał mnie w podłogę. Z każdym krokiem czułem, jak opadam z sił. Miałem wrażenie, jakbym szedł pod wodą i brodził w mule. Moje ruchy stawały się coraz wolniejsze.

– Szybciej z tą pizzą! – krzyczał mężczyzna.

– Szybciej! Szybciej! Szybciej! – zaczęły krzyczeć dzieci i naśladować tatę.

Pot kapał mi z czoła. Byłem w połowie drogi do stolika. Po chwili cała rodzina zaczęła skandować: „Pizza! Pizza! Pizza!”.

– Chwila, szybciej nie dam rady! – dyszałem z trudem.

Pojawiły mi się mroczki przed oczami. Świat wokół mnie zaczął wirować. Mdlałem ze zmęczenia. Byłem już przy stoliku i chciałem położyć posiłek na stół, ale w ostatnim momencie się potknąłem. Pizza zsunęła się z talerza i poleciała na głowę mężczyzny. Głowa przebiła pizzę na wylot i wystawała z jej środka. Krawędzie pizzy opadały wzdłuż szerokich ramion. Placek wyglądał teraz jak długa, zwiewna suknia.

– Zamorduję cię, sukinsynu – powiedział mężczyzna przez zaciśnięte zęby.

Ogarnął mnie strach i chciałem uciekać. Mężczyzna przebił obie ręce przez pizzę od spodu, chwycił nóż i rzucił się w moim kierunku. Raz za razem próbował mnie trafić, ale robiłem skuteczne uniki.

– Dajesz, tato, dajesz! – krzyczała mała dziewczynka.

Pizza falowała z każdym jego ruchem. Kolejne składniki spadały na podłogę. Mały york wybiegł spod stołu i zaczął zjadać kawałki szynki z podłogi. Mężczyzna go nie zauważył i zmiażdżył go butem.

– Zabiłeś mojego psa! – krzyczał mężczyzna. – To wszystko twoja wina! – dyszał ciężko i próbował wbić mi nóż w nogę.

– Zabij go, kochanie! – krzyczała żona. – Celuj w szyję!

Poślizgnąłem się na kawałku salami i upadłem na podłogę.

– Teraz cię mam! – krzyknął mężczyzna. Przygniótł mnie kolanem do ziemi i podniósł nóż do góry, żeby zadać ostateczny cios.

W tamtym momencie drzwi od lokalu rozpadły się w drzazgi. Potężny osobnik wpadł z impetem do środka. Kiedy kurz zaczął opadać, ukazała się postać Adama Mickiewicza. Niczym pomnik stał niewzruszony, przeszywając wszystkich swoim groźnym spojrzeniem. Mój oprawca zamarł i chciał coś powiedzieć, ale poeta podbiegł do niego, zamachnął się i odciął mu głowę.

– Gardzę drobnomieszczaństwem – powiedział Mickiewicz, strząsając krew z dłoni.

Reszta rodziny, niczym karaluchy, rozbiegła się w popłochu.

– Dziękuję, mistrzu – powiedziałem do wieszcza. Zacząłem powoli wstawać z podłogi.

– Chodź, znajdziemy ci lepszą pracę – Mickiewicz posadził mnie na swoim ramieniu i opuściliśmy lokal.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania