Wietrzność, nieudolna próba rozumienia
Minęła następną przecznicę, kolejnych przechodniów, przychodnię, aptekę, sklepy z krzyczącymi witrynami. Minął ją któryś z kolei zatłoczony autobus, rowerzysta i stary Maluch. Oni też minęli, a może to ona ich minęła, wyminęła, ominęła.
Zostały stop-klatki, a w nich wrażenia. Klatki i klucze do zamków na piasku. Wiatr, na ogół w oczy, bo lubiła - prosto w twarz, bez unikania. Najchętniej w słońcu, któremu deszcze niestraszne, a burze to żywioł po dziesiąty stopień zachwytu w skali. To błyski - aż po przebłysk świadomości - bezgranicznego znikania, klatek-pułapek, piaskowych wydm i wietrznych perspektyw w odwiecznych przemijaniach i omijaniach - przecznic, sklepów, aut i ludzi. Klatek, kluczy, rdzy - zostawiają plamy nie do sprania; spojrzenia - nie do odparowania. I fabułę, która potrzebuje akcji. I tylko reakcja zastyga w progu do zatrzymanych wrażeń.
Na scenie tańczą marzenia, w tle. Pierwszy plan to ulica i przechodzone sceny. Autobus. Sklep. Maluch. Przecznica.
Grzmi szyld kolorami haseł. Cichnie, blednie, szarzeje z każdym krokiem, wyminięciem, rdzą…
Błyski odbite w oczach na chwile otwierają zamki. Na chwile znajdują klucze. Po chwili budzą świadomość, że na widowni tylko fotele obejmują ramionami prawdy - aż po dziesiąty stopień w skali. Aż po ostatnią samotną kroplę zachwytu na najodleglejszym planie.
_________________
* Tekst własny napisany we wrześniu 2014r.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania