Więzy z pajęczych nici
Szefowała w domu schadzek i zatrudniała do pracy załamane i zagubione dziewuchy. Mówiono do niej „Madame” jak do bogini. Z szacunkiem kłaniano jej się w pas po wielokroć. Im niższy ukłon, tym większy upust w ofercie lokalu. Uśmiechała się do obleśnych typków, wiedząc, że to bydlęta w ludzkiej skórze. Usuwała ze ścian ślady krwi po wyuzdanych igraszkach z brzytwą. Beznamiętnie, mimowolnie jakby myła gary.
W przytułku gromadka dzieci hasała po ogrodzie, wyczyniała fikołki i harce.
Nigdy tam nie padały tajemne słowa „mamo” ani „tato”, gdyż maluchy ich ni w ząb nie znały. Opowiadano im bajki o złym wilku, uczono gry w chowanego. Ot tak na wszelki wypadek. Szpinak do obiadu miały za trutkę, a leżakowanie było karą za dzikie figle. Odwiedzała je wyłącznie straszna Baba Jaga, natrętnie w ich snach.
Po latach zdobywania wiedzy tajemnej i gniecenia okładek przeróżnych kodeksów – „Znajda”, bo tak o niej mówiono – zadała sobie pytanie: „Kim jestem?” W uroczysty dzień na umówione hasło podrzuciła biret, w zębach trzymając dyplom. Wykrzywiła nos w błazeńskiej minie i krzyknęła: „A niech to!” Nie miała zamiaru zostać Sierotką Marysią.
– „O nie! Odszukam matkę choćby na końcu Mlecznej Drogi.”
Królowa domu uciech na widzeniu spojrzała na córkę, zostawioną niegdyś w oknie życia. Bez przytulenia, z nieśmiałym zająknięciem: „To ty?” – odeszła. Zapadła cisza, uczucie bezradności i kołatanie serca, a przez załzawione oczy widać było plecy oddalającej się osoby. Uszy wychwyciły coś więcej niż zamknięcie drzwi i plaskanie więziennych klapek. To dźwięk skalnej lawiny i grzmot pioruna, który stawia kropkę nie tylko nad „i”.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania