Wigilia
WIGILIA
Moc truchleje, a wiatr wieje, wieje, wieje ! Przechodziłem obok zamkniętego sklepu z wolnocłowymi pamiątkami, pod którym to sklepem siedzibę na ławce ma szczególnego rodzaju grajek, którego pamiętam jeszcze z czasów wczesnej młodości. Urzęduje tam zazwyczaj w godzinach wieczornych, bądź popołudniowych, zresztą na ogół nie przywiązuje do tego uwagi, tak do jego obecności, jak do czasu w ogóle, więc nie będę się teraz sam ze sobą na ten temat spierał. Urzęduje tam... i tyle, tyle z tego, że był, podśpiewywał, zawsze kiedy w godzinach nie rannych - tak chyba będzie najwłaściwiej, zdarzało się, rzadko, bo rzadko, ale przechodzić mojej personie. Grajek to szczególnego rodzaju, bowiem w całej swej twórczości, a może autokreacji, a może jeszcze właściwiej: kreacji siebie na wzór kogo innego, albo krócej: tworzeniu w zapożyczeniu, (bo nigdy swoich pieśni nie śpiewał, ale czyjeś i to zniekształcone) nie wydawał ani jednego czystego dźwięku. Nie zwykł jest czystości przedstawiać w żadnym aspekcie swego życia, a już nade wszystko w tym, który ma za najważniejszy, najwyżej stojący, za swoje powołanie, mianowicie w dziedzinie sztuki. On sztukę tworzy. On kulturę krzewi na tej ulicy od czasów mojej młodości, a więc od dawna już pracuje w tym jednym, niezmiennym miejscu na rzecz szeroko pojętej, co trzeba zaznaczyć, świadomości kulturowej społeczeństwa. Przechodzę tamtędy bardzo rzadko, od chwili kiedy ostatni wazon z limitowanej kolekcji pradziada przegrałem na automacie, przeszedłem tą drogą bodajże raz, ale przypominam sobie, że jak już zdarzało się mi w tym miejscu dreptać, to i najrozmaitsze hity miałem okazję usłyszeć. Często takie, których sam nie znałem. Repertuar ma bardzo bogaty, ale mimo całej awangardy jaką przejawia w sposobie czesania brody, czapce leninówce zakładanej tak w lato jak w zimę i celowym zniekształcaniu tekstu piosenki, pozostał ów niezmieniony grajek wierny jednej, ulicznej, niepisanej zasadzie, że dobry bard musi wiedzieć kiedy co śpiewać i musi choćby nie wiem co, trzymać się tego jak kulawy jamnik kulawego pana. Taki też niepisany cenzus obowiązuje, aż do dziś na ulicach tej krainy i trzymają się go konsekwentnie wszyscy grajkowie. Każdy co prawda jak to zwykle z zasadami bywa interpretuje go po swojemu, ale obowiązuje on z całą pewnością i jakby się dobrze przysłuchać tu i ówdzie, to najrozmaitsze zachowania można by pod ową zasadę podpiąć. Ten grajek interpretuje go zaś w ten sposób, iż zawsze dobiera piosenki stosownie do okoliczności, o których istnieniu bóg chyba raczy wiedzieć skąd on wie. Bo tak jak te jego śpiewanie kolędy w wigilijny wieczór nie dziwi mnie wcale, tak i mam w pamięci jak zdziwił mnie niegdyś zagraniem pewnej staro-ludowej przyśpiewki celtyckiej akurat w sto siedemdziesiątą rocznicę wzniesienia pierwszej w celtyckim kręgu kulturowym piramidy z azbestu.
Tak też minąwszy cudaka artystę duszą mi podobnego uświadomiłem sobie, że ta ulica cała niezmienna jest od lat. To znaczy chodnik niby nowy, pozszywany, połatany, dziury w nim wszelkie pozatykane...Studnia na uboczu niby też unowocześniona i z niebytu wybawiona, podobnie jak stare, prymitywne doniczki na balkonach kamienic ustąpiły miejsca nowym, modnym teraz rozmaitym gatunkom palm przymocowanych do metalowego palika. Palik rzecz jasna odwrócony jest wszędzie tak, aby przechodzień tego nie spostrzegł, ale ponieważ na przyozdabianiu się znam, a co gorsza na doszukiwaniu się dziury w całym, tak i to rychło zauważyłem. Wszystko jest niby zmienione, wypucowane, nowym kropidłem poświęcone i nowym stylem nowoczesnym zreformowane, ale jednak wciąż stare to wszystko, wszystko absolutnie, te kamienice, te sklepy, te szyldy, ni to farbą pokryte, ni gumą arabską, w błocie utaplane, bo zima znowu licha, ale i promyczkiem Słońca fałszywie świecącego za dnia, a teraz nareszcie zachodzącego popieszczone. Wszystko to jakieś nie wiem... nie do życia, nie do picia, pozamykane, bo w istocie już ta pora żeby zamknąć, a tym bardziej, że wigilia no to i robić za długo nie trzeba było, więc zamknęli wcześniej, tak mnie jednego jedynego, z grajkiem, z zakochaną parą, z pieseczkiem jakimś i kilkoma idącymi za mną domorosłymi fanami wieczornych litanii zostawili. Zostawili mnie, nie nas, bo ci wszyscy nieliczni którzy prócz mnie tą drogą idą lub jak grajek – przebywają na niej, są tu po coś, coś robią, dokądś idą, w jakimś celu, orzecznik swego żywota nowym celem zapełniając w niestrudzonym zmierzaniu do niego w tej chwili, w której ja niczego dla siebie nie widzę.
W pałacu nikt na mnie nie czeka, z czego zresztą się cieszę, bo lubię być sam. Najdurniejsze małżeństwo świata wyjechało na świąteczne last minute, a Eddy zgodnie z powagą wieczoru spędza go ze swoją nową – starą dziewczyną. To znaczy z tą sama, za którą z przerwami na definitywne końce, trwające nigdy nie więcej niż miesiąc, łazi - o ile się nie mylę, od czterech lat. Lubię być sam, całe życie spędziłem sam, nie licząc niebezinteresownej miłości ojca, który bardzo chciał abym zgodnie z rodzinną tradycją został lekarzem, małżeństwa z Alicją i przyjaźni z Chopinem, więc niedziwne, że i teraz jestem sam. Zresztą w ogóle nie rozumiem po co mi te rozmyślanie o samotności w wigilię, skoro i tak jej nie obchodzę, skoro wieczór to dla mnie zwykły, taki jak każdy inny ? Niby dlaczego samotność w ten wieczór ma znaczyć coś więcej niż moja samotność w wieczór poprzedni ? Przecież to absurd ! Niepotrzebnie martwię swoją i tak już przegrzaną głowę zbędnymi myślami. Denerwuję się, choć nie powinienem, idę w syfie, choć nie muszę, myślę, choć myślenia mam dosyć i tak całe, caluteńkie życie na złość sam sobie czynię. Poniekąd nie ze swojej winy mimo wszystko. No bo jakby nie patrzeć jestem do tego improwizowania zmuszony. Zmuszony jestem, zmuszany konsekwentnie odkąd pamiętam, zmuszany nie wiem do ilu rzeczy, których robić nie chciałem i nie chcę, albo zmuszany jestem, aby nie robić pewnych rzeczy których chcę. Mógłbym na przykład teraz siedzieć sobie w czystym barze, przy gorejącym kominku, wypełniać nozdrza zapachem świeżej sosenki i popijać brunatną whisky z lodem, aby na przekór zimie i zaleceniom lekarzy urabiać sobie nowy powód do satysfakcji. Mógłbym. Mógłbym robić to wszystko, mógłbym nie myśleć o tym co robią inni samemu robiąc, ale niestety nie mogę, bo bary pozamykane, dokładnie tak jak każde inne miejsce do którego mógłbym się udać. Każde inne...z wyraźnym jednak wskazaniem na kasyno małego Jima. Tak bym mógł ! Lecz nie mogę, bo zamknięte, bo dechami zabite, bo nie ma, bo święta, bo nie wolno, bo przecie to wigilia panie drogi, idź pan panie, bo nie ma, bo nie wolno, bo nie wypada, bo pierwsza gwiazdka, bo zamknięte jest, zakryte być musi, niedostępne i tyle, no bo trzeba, bo się nie zmieni, bo święta i choćbyś święta w najszczerszym miał poważaniu, święta obchodzą wszyscy. I celebruj, choć nie celebrujesz. I całe życie od kołyski nieprzerwanie zmuszają takiego bidulka do sprzeczności, a potem gdzie mogą chodzą i psioczą jaki to on nieułożony. Schizofrenik odurzony świątecznym wywarem głupoty.
Idę dalej, skręcam, mijam fioletowe światełka porozwieszane z każdej strony, otaczające mnie, osaczające, przykuwające nieświadomie uwagę moich oczu, a w zasadzie tylko lewego oka, bo prawe uwagi nie skupia. Przechodzę alejami i wbijam się powoli w pokrytą granatem i czernią strefę mieszkalną, mijając teraz domy w których przyodziani w garnitury i starannie wyprasowane koszule panowie dopomagają swym równie, a pewnie i bardziej starannie wyprasowanym żonom, w zadowalaniu swych gości kolejnymi aromatycznymi potrawami. Potrawami z przepisu ,,najsłodszej pod niebem babuni”, albo z hurtowo produkującej maszyny jakiegoś mniej znanego, choć wzbogaconego zapewne na tych świętach kapitalisty. Grzybki, rybki, sosiki i co tam się jeszcze na wigilię zwykło podawać, czyli sama słodycz, słodkość uśmiechów i radosnego czuwania. Serwetki, kabaretki, kokardki, muszki, obrusiki - jeszcze rano suszone w pośpiechu, talerze i talerzyk dla nieznajomego, choć każdemu doskonale wiadomo, że żaden nieznajomy nie zawita, bo się nie odważy w tym do granic możliwości opuchniętym miłością wszelaką okresie świąt, miłości czyjejkolwiek wystawiać na próbę. Byłby barbarzyńcą występującym przeciw tradycji. Wszystko więc dzieje się zgodnie z corocznym harmonogramem. Toczy się koło fortuny, kręci się magia świąt. Tu jakiś dziadek zachwala wnuczkę za samodzielne splątanie warkocza, tam jakiś inny półgębkiem gani swojego zięcia za niedobrany krawat. Tu jakaś żona niby pośpiesznie sprząta ze stołu, aby zdążyć z opłatkiem do ukochanej matuli swego chlebodawcy, inna zaś z trudem godnym podziwu, udaje zadowolenie z niepasującego jej do twarzy wisiorka, otrzymanego od męża, który ten nabył po promocyjnej cenie w drodze z delegacji. I chyba tylko dzieci w tym całym kabarecie udawać nie są zmuszone, od serca podskakując w rytm nauczonej melodii, rumieniąc się i mlaszcząc na widok cukierków pod choinką, szczerze przekonane, że to nie rodzice cały rok odkładali pieniądze na ten iście czarodziejski wydatek, ale tajemniczy, stary dziad w czerwonym kożuchu.
Magia świąt. Boże ! Gdybym ja wiedział na czym ma ona polegać to bym i może spróbował raz jeden w życiu ja przeżyć. Gdyby mnie tylko taka wiedza dana była. Dana, wrodzona, czy jakoś tak. Wiedza wrodzona ? Losie drogi, wiedza wrodzona czyli wiedza której nie ma, przy której istnieniu nieliczni zwykli się upierać, bo i żadnych racjonalnych dowodów nie ma, aby rzeczywiście realnie istniała. A co znaczy istnieć realnie ? To nie można idealnie ? A nie wiem, mało mnie to, nie moje problemy, nie moje spory, nie ja je zacząłem i tym bardziej ja ich nie zakończę. Warte te moje dociekania tyle co łajno pod bryczką. Odwieczne pytania ludzkości, na które ja sam, (jeszcze ten do ludzkości się nie przyznający), miałbym nie wiem w imię czego odpowiadać ? Bezsensowne. Absurdalne. Magiczne. Magia świąt ! Powiadają i czarują wszędzie gdzie się da. A ja tam żadnej magii nie widzę. Dzień jak co dzień, a wieczór chłodny podobnie jak wczoraj i przedwczoraj. Noc pod osłoną gwiazd rozbitych na niebie przyszła i tak samo odejdzie. Nic w tym nadzwyczajnego. Tego wieczoru, wieczoru miłości i szczęścia dla milionów, pewien bliżej nieokreślony, bo nieujęty przy statystyce, pojedynczy człowiek zdechnie pod płotem. Jeszcze inny nie wróci do domu, bo miłosierny pan wszechświata odbierze mu pamięć i orientację w terenie. Jeszcze inny zginie z fałszywą nadzieją na pordzewiałym sercu, w imię walki o pokój. Chciałbym takiego nauczyciela, który by mnie nauczył odnaleźć w tym wszystkim magię. Bo póki co widzę jedynie sztuczki nad ogniskiem, tańce rozbawionego ludu, który prowadzony przez szamana sam siebie wyprzedza w uroczystym samospaleniu.
Najgorszy jest brak. Najgorsza jest utrata możliwości wzruszenia się czymkolwiek. Gdybym i minął teraz jakiegoś bezdomnego kotka, który tuż po chwili zostałby jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności przygarnięty przez małą, śniadą dziewczynkę z zapałkami, to wiem, że zamiast wzruszenia czułbym jedynie obrzydzenie do kociego cudu w wigilijną noc. Chociaż do zwierząt nic nie mam. Czułbym obrzydzenie, pogardę, wstręt, szybko odnajdując sposobność ku temu, aby jakąkolwiek taką sytuację rozłożyć na czynniki pierwsze i ukazać przed swym umysłem prawdziwy jej obraz. Bo biorąc choćby na analizę tego kotka i dziewczynkę: Dlaczego przygarniać koty akurat w wigilię ? O czym ma świadczyć ratowanie zwierzątka akurat dziś ? Bo pierwsza gwiazdka ? Bo dziś nawet surowy tatuś pozwoli ? Bo takie to podnoszące na duchu, zbawić kotka i samej zostać zbawicielką, jak dzieciątko narodzone ileś tam set lat do tyłu, które także podobno zbawiło ?
Artysta bez natchnienia, artysta bez wzruszenia. Samemu się zmuszam do tworzenia, choć nie tak miało przecież wyglądać moje tworzenie. Nie na tym miało polegać. Nie jestem do końca pewny czy miało na czymkolwiek polegać, czy nie miało być tylko, a jednocześnie aż moim manifestem. Moją wigilią i moimi, wiecznie powtarzanymi, boskimi narodzinami. Teraz stoję bez celu na drodze która nie wskaże mi nowych kierunkowskazów, w kożuchu z materiału, którego nie jestem w stanie określić, choć jako twórca nie byle jaki, powinienem znać wszelkie materiały i surowce, aby w moich rękach stawały się niezapomnianym, niezdolnym do bycia zapomnianym stworzeniem. Stoję sobie jak słup naelektryzowany, ale wyładowany od dobrych kilkunastu nienazwanych jednostek czasu ze świadomością, że gdziekolwiek się zaraz poruszę, to i tak nigdzie nie dojdę. Mój ruch rzekomy, ruch przez całe życie jest tak pozorny, że żywię chwilami przekonanie, że ruchu nie ma, że Zenon nie mylił się wcale w dowodzeniu niemożliwości jego występowania, że strzała, że żółw, że to wszystko o czym on mówił było i jest prawdą.
Jakże chciałbym teraz powiedzieć: stoję na zakręcie żywota. Ja jednak stoję w samym centrum pustki, a nie na żadnym zakręcie. Czy ja tu chcę być ? Czy ja kiedykolwiek chciałem się tu znaleźć ? Czy moja to wina, że sensu nie odnalazłem większego jak odnajdywanie wszędzie gdzie można bezsensu ? Czy robiąc przeciw, czy tworząc na złość nie tworzyłem też za możliwie najbardziej, choćby tylko pod siebie, że tak powiem, podświadomie ? Oto jest pytanie: kiedy kłamie artysta ? Wtedy gdy mówi że tworzy dla i czy wtedy gdy twierdzi, że przeciw ? Może i jestem sprzeczny mówiąc, że robię jedno i drugie, ale mnie to nie przeszkadza. Za trudne to dla mnie pytania bym odważył się na nie odpowiadać poważniej, niż warunki błazeńskie w jakich toczę sam siebie to umożliwiają. Nie można być burzycielem i twórcą ? Może i nie można, ale co mnie po
tym ? Czy dla dobra własnej sprawy, dla własnego interesu nie mogę se twierdzić inaczej ? Czyż nie rzekł kiedyś mądry człowiek, że nawet bogowie zaczynali od mitów ? Czy nie z mitów pochodzą najlepsze zwierciadełka ludzkie, czy nie z mitów pochodzą Amor, Eros, Tanatos i Afrodyta ? Czy nie mitologizując i nie tworząc legend znieślibyśmy świat w którym przyszło nam żyć ? Ja tylko i aż, jako artysta zadaje pytania, bo i taka moja rola. Ważna. Najważniejsza. Czy nie za sprawą mitów i legend wierzą dziś jeszcze ludzie we wskrzeszanie trupów, w zwycięstwa Dawidów nad Goliatami, w sprawiedliwość odgórną i pamiętną, w to, że da się palcem przenosić kontynenty, w to, że można zardzewiałą miłość uzdrowić biletem do kina ?
Minę mam nietęgą. Sam jestem nietęgi. Płynę razem ze ściekami, do których idąc wzdłuż ulic ścierwem przybarwionych mógłbym sięgnąć stopą. Nie sięgam jednak celowo, jako iż celu w tym ani sensu nie dostrzegam. Zatem mina nietęga nadal. Bez powodu. Idę. Idę, ale ospalej niż przedtem, bo odechciało mi się iść. Nie to żeby wcześniej mi się chciało, ale teraz nie chcę mi się na pewno. Z miną nietęgą i z niemożnością szybszego tuptania stópkami na północ dobiłem pory ludzkiej. Co nazywam porą ludzką ? Otóż pora ludzka to jest taka pora podczas której każdy człowiek na powrót łączy się z pierwotnym miejscem swego stworzenia. Pora w czasie której człowiek łączy się mimowolnie (mimo wolnej woli losie drogi !) z łonem, jako iż z łona powstał i z łona się wydobył, a chcąc wrócić do okresu niewymagającego od niego żadnego ruchu, żadnych ruchów, żadnych poruszeń, ani tym bardziej zaangażowania innej maści, pragnie tym samym wrócić do nory swej pierwszej, do jaskini w której z miłości bądź nie, z małpy ewoluując bądź z boskich mocy, stworzony został i to stworzony za pośrednictwem tak marnych płynów, że gwoli uogólnienia i na rzecz wyrazistości opisu śmiało można stwierdzić, że krańcowo stworzono go z nicości. Bo jakże inaczej wyjaśnić absurd, który się w nas zamyka ? Wszczepili nam go, czy jak ? Duszek przyniósł, mamusia nam wessała częstując mleczkiem, czy ojciec wpakował tenisowym drągiem ? Nie bądźmy śmieszni ! Metafizykę trzeba wyjaśniać metafizycznie, choćby i dosyć się miało tego aparatu pojęciowego i nozdrzy swoich własnych czujących za wiele i za głęboko.
Siadam na śmietniku przy obwisłym swoją brzydotą, małym i zapomnianym muzeum, które nie tylko przechowuje garnki i patelnie nie z tej epoki, ale także jako noumen, stanowi coś odratowanego z odmętów poprzedniej, poprzedzonej poprzednią poprzedni. Muzeum skromne, budyneczek nieoświetlony, niezachęcający, raczej odstręczający, istnieje sobie jako muzeum, nieodwiedzane, zapomniane. Nie dość, że ciemne i zapomniane, to jeszcze okaleczone paskudną fugą na prawym przedramieniu ściany sinusowej. Nie tylko, że niekochane przez stwórcę i twórców, ale w dodatku niepełnosprawne przez akt wandala jakiegoś obłudnego, co to miłości pewnie ma i pieniędzy pod dostatkiem, ale z racji braku włosów na penisie udaje skrzywdzonego anarchistę i wroga systemu, starego porządku i dogorywających na przedmieściu muzeów. O losie mój drogi, przeklęty ! Czy ten budynek nie cierpi podobnież do mnie ? Czy ten pomnik monumentalny, sflaczały nie cierpi za sprawą obłudy ? Jakże odległe jest moje odczucie śmieciowe tym, co nigdy sami nie byli, co nigdy sami nie szli nocą poskręcanymi niczym jelita miastowymi zakamarkami, co nie zaznali takiej wzruszającej, oczyszczającej, a w tym wszystkim prawdę mówiąc tragicznej myśli: jakiż biedny jest ten budynek, jakże godna podziwu jest jego biedota, w porównaniu z tak lichą i tak marną biedotą wszelkich istot żywych. Gdyby to nie była wigilia to chyba uroniłbym łezkę jaką za cierpienie tego budynku i zaniósł do środka, za pancerna szybkę jako eksponat.
Ja tu siadam na koszu, a tam – gdzieś w oddali dożynają karpia. Zarzynają jak prosie, zarzynają, bo wcześniej czasu nie było, bo wcześniej nie było szans na wykonanie zadanka. Wigilijna kolacja bez karpia, wigilijne po kolacji bez resztek świadczących o jego żywocie, wigilia wigilijna bez wigilijnej tradycyjnej ryby: czy to aby jeszcze wigilia i kolacja godna ludzi pobożnie ubielonych atencją wobec tego, co w żłobie leży ? Karpia mordują, siekają, a siekają gęsto jak mięso. Ryba to nie mięso ? Nie. Ale mordują, siekają, szamoczą się z nim jak z mięsem, jak mięso w krwi rzadkiej, prawie że przeźroczystej, prawie że będącej jak soczek z kartoniku traktują dłońmi swymi dzielnymi kulinarnymi. Karpia karpiem, karpia nożem, w sam środeczek brzuszka, oj jak cudownie, oj jak rozkosznie, oj jak dobrze się rysuje nożem kuchennym po czyimś brzuchu, jakaż to rozkosz oddawać się takiej atencji, takiej posągowości pełzającego uczucia smaku i zbawczej mocy niezrozumiałych sił, ale przez to, że pojąć ich nie można posągowe są i ważne i karp, karpiem, o karpia, o kant jego skrzeli wyprutych się wyraża ten majestat, ta kwiecistość kolędowych fałszów i nieskrywanej żółci na zębach, tego wieczoru usprawiedliwionej zupełnie tradycją, wartościami dziadów naszych i pościeloną Abrahama przypadkiem ofiarą z karpia. Karpia nożem na pół, na ćwierć, na plaster, na talar, do sałatki, do pomadki, do miski, na talerzyk, byle tylko karpia, nie co inne, z rozmachem albo z wyczuciem, przede wszystkim zaś z uczuciem, z uczuciem dumy, że ja, a nie kto inny, że ja, a nie inna, że mogę, że mamusia, że tatuś, że dorobiłam się, dorobiłem, dzieci, rodzinki, obrusiku i pralki, co go pucuje i świąt w gronie radosnym i bogactw i kuchennego blatu i choinki i karpia, karpia kupionego na ostatnią chwilę u siostry sąsiada, gdyż rybny zamknięto przed czasem. Karp świąteczny jest zaświadczeniem świąt. Jest paszportem i biletem, jest talonem tramwajowym bez którego ani rusz, bez którego żaden konduktor w uczciwość naszego świętowania nie uwierzy. Morderstwo karpia rytualne i spożycie go też rytualne i rytuał ten cały w swej tandecie i pokrojony swoją strasznością daleki moim rytuałom i moim, chowanym w żołądku ołtarzykom. Brzydzę się tym i cierpi mój żołądek na myśl o karpiu. A szczególnie na myśl o karpiu wigilijnym. Bo czym jest karp wigilijny, a czym karp nie-wigilijny ? Bezsens. Ależ z sensem proszę mi to wyjaśnić ! A czemuż to karp, a nie turbot na przykład ? Takie turbo święta odejmują coś tym świętom splendoru ? Dlaczego turbota się nie morduje w tę noc chłodną, płonącą śniegiem, niewykatapultowanym jeszcze z macicy chmur wzdętych nade mną ? Nie żebym był ekologiem. Żebym zielony był albo jaki przesadnie pro zielonkawy. Nie żebym się tu w swej obrzydliwości do jakiego Gandhiego przyrównywał, mimochodem stylizując myśli na jego podobne kazania, bo mnie to mówiąc szczerze pstro interesuje, co się ze zwierzątkami na tej planecie dzieje. Zaczynając od ludzi a kończąc na rybach jest to królestwo nadzwyczaj nieudane, nie zostawiające złudzeń, co do niezbyt wielkich perspektyw na wygenerowanie z siebie czegoś lepszego. Mnie chodzi o sam mord, o istotę jego, o sens dokonywania go akurat dziś i to przez tych, dla których te dziś jest podobno cichą kołysanką i nutką na stroiku wielkiego szczęścia, podczas gdy sami sobie zaprzeczając zasiadają do wieczerzy ze swądem morderstwa na rękach. Czy ja dobre przyprawy dobieram do chłodnika swoich myśli ? Może więc jednak nie przeczą sobie, tylko z miłości do bozi i siebie nawzajem potrzebują małego zabójstwa ? Dobre i to wyjaśnienie. Tylko czy znowuż nie dowodzi to tego czym jest ta miłość, skoro sama w swej definicji i w założeniu swego bycia zakłada nóż, krew i odebranie bycia czemuś innemu ? Ja tu, na koszu, na śmietniku realnym, dosłownym, jako zapowiedź przyszłego siebie bądź nieistnienia siebie sam sobie zwiastuje na jakie miejsce w historii świata trafię, ale jednak, mimo wszystko, pomijając, wystrzeliwując to i owo na bok, czymś, czemuś o karpiu myśląc, karpia namaszczam na dylemat godny najlepszych dylematów i mimo że słyszę jego krzyk przeraźliwy, cieszę się kolejnym pokonanym stopniem. Chociaż krzyczy... Chociaż wrzeszczy, chociaż wydobywa on z siebie fonie jakich nie spotyka się często. Dźwięki te wibrują, w korowodzie razem się łączą i jakby przez skakankę w dal się posuwają, wprost do mnie, na mnie, do wewnątrz. Jakie ja mam wewnątrz jak świąt nie obchodzę, jak świąt nie obchodząc i w wieczór urodzinek malca, na śmieciach miejskich z nogą na nogę bluźniąc, o morderstwie dokonanym na rybie rozprawiam ? Toż jakbym chciał o takim wewnątrz przekonywać i o tym do jakich scenerii ja tu doszedłem na śmieciach bajki pisać to by mnie chyba łeb ścieli albo i co inne, bo skoro krzyk karpia słyszę, a pogodności łuny zbawczej nie czuję to znaczy to jedynie, iż kaftan, pasy, kajdanki i izolacja uratować mnie mogą od rybiego skrzeku. Bliżej mi do skrzeku, jak do dziupli tych, co się dławią w tej chwili ościami i swoim gadulstwem zaczarowanym troską o piękno i dobro, bo upychają oni w tym jednym wieczorze i powagę i śmieszność, a tym samym zarówno śmieszność jak powagę pozbawiają treści. Bliżej mi do treści jak do form ich wzdętych, przypieczonych refluksem, co cywilizacje ukształtowały, ale rozumności nie dodały w żadnym jej calu. A tam karpie dyszą i wrzeszczą i z bezsilności drą się łamiąc wszelkie te formy, fundamenty i tradycje i lamentują tak strasznie, tak paskudnie, że jakbym nie był na horror uodporniony to byłbym krzyczał razem z nimi ! Dyszą, sapią, rozcinane na żywca, rozszarpywane no ołtarzu nieznanych sobie idei i powodów, wrzeszczą, ła, ła, ła, jak łapanka jaka za wojny, jak guernica jaka w Picassie, jak rozmazana nazwa na zabytkowym atlasie: drą się ! Ja tu siedzę, a tam karpie ćwiartowane płaczą, ja tu siedzę, a tam moc truchleje, ja tu czekam, śmieje się nie wiem z czego i równocześnie trzęsę się z przerażenia spowodowanego dzikim skowytem, a tam... a tam nic. A tam karpie mordują, a tam pieką na patelni, a tam na zimno podają, a tam opłatek, a tam jajkiem częstują i nic, nic z tego, nic po tym, bo skończy się, odejdzie, ucichnie i zaśnie. Zagaśnie. Chociaż krzyczą, chociaż wrzeszczą i znajdują w sobie dźwięki...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania