Wino marki „Wino”

„Dzionek, Dzioneczek, Gwiazda, Gwiazdeczka,

Słonko, Słoneczko, Drożynka Mleczna,

Psipsia, Kruszynka i jeszcze parę - to są imiona Mojej Starej.”

Tak kończy się wiersz Andrzeja Waligórskiego, w którym autor wymienił tych imion aż pięćdziesiąt siedem. Wydawałoby się, że ustanowił rekord.

Nic podobnego, bo oto nasz naród pobił na głowę mistrza Andrzeja w wymyślaniu nazw i określeń dla grupy produktów, które towarzyszą mu od zamierzchłego stalinizmu do teraz. Produktów, bez których nie zbudowalibyśmy Nowej Huty, nie zwyciężylibyśmy komunizmu, nie weszlibyśmy do Unii Europejskiej, ani nie doprowadzilibyśmy do dzisiejszego bałaganu. Produktów, bez których nasze sklepy spożywcze byłyby jakieś niecałe i nie w pełni polskie - tanich win owocowych.

Alpaga, bełt, ćmaga, jabol, J-23, kwas, mamrotka, mózgojeb, pryta, siara, wino marki „Wino”, wino patykiem pisane, żur - to tylko niektóre określenia tych trunków. W Internecie udało mi się wyszukać ich czterdzieści cztery.

Równie różnorodna jest lista ich nazw. Są napoje o etykietach przedstawiających wizerunki roznegliżowanych kobiet z jaskrawymi napisami: „Eva”, „Olla” czy „Moja Miss”. Ze skarbnicy tradycji i kultury zaczerpnięto nazwy: Bachus, Kmicic, Węgrzyn czy Kniaź. Ze światowej kinematografii wzięto „Terminatora”, „Rambo”, „Zorro” i „Wściekłego Byka”, a melomani mogą rozkoszować się „Jazzem”. Na półkach sklepowych można znaleźć nie tylko napitki o nazwach wsiowo-swojskich jak: „Łzy Sołtysa” czy „Uśmiech Kombajnisty”, ale też zaczerpniętych z języków obcych jak: „Chateaux de Żur” czy „Spirit of The Time”. Nazw tych znalazłem aż trzydzieści osiem.

Nazwy firmowe dla tych win wymyślili producenci, ale kto wymyślił te wszystkie ćmagi, pryty czy żury? Dlaczego właśnie one doczekały się aż tylu określeń? Dlaczego nie opisujemy tak kwieciście mleka czy herbaty? Przecież większość z nas uważa spożywanie jaboli za ujmę, a koneserów tych trunków mamy za margines społeczny. A może to nieprawda? Może jesteśmy zakłamani i tak naprawdę lubimy bełty i chętnie je pijamy. Jest, jak jest, ale statystyki mówią, że tanie wina owocowe to ponad trzy czwarte win sprzedawanych w Polsce.

Załóżmy dla komfortu psychicznego, że porządni ludzie win takich nie piją i przyjrzyjmy się tym, którzy to robią. Trudno mi coś powiedzieć o ludziach spożywających je w domowych pieleszach, natomiast pijących na „wolnym wybiegu” podzieliłbym na dwie grupy: pijaków i konsumentów.

Pijaków można często spotkać pojedynczo lub w postaci mikrogangów pod większymi sklepami, gdzie próbują wyłudzać od klientów pieniądze. Z reguły są pijani, agresywni i niewarci uwagi.

Konsumenci są inni. Chociaż nierzadko też proszą przechodniów o finansowe wsparcie, ale robią to grzecznie i z pewną nieśmiałością, a słowa „przepraszam” lub „dziękuję” nie są im obce. Zakupionych win nie chleją zaraz za rogiem, ale konsumują je ze swego rodzaju elegancją. Wydaje mi się, że ich pijaństwo jest jakby „lepszego sortu” i że ma jakieś drugie dno.

Przez wiele lat pracowałem w pobliżu dworca kolejowego, przy którym było kilka domów zamieszkanych przez kolejarzy. Kiedyś przejeżdżało tamtędy kilkadziesiąt pociągów dziennie, ale zmiany społeczno-polityczne spowodowały, że ruch prawie zamarł, a z mieszkańców kolejowych budynków pozostali tylko nieliczni. Jednym z nich był mężczyzna w nieokreślonym wieku - sumienny konsument rzeczonych win. Codziennie rano przychodził do niego kolega i razem odwiedzali pobliski sklepik. Zawsze mieli umytą butelkę z wczoraj i tam wymieniali ją na pełną. Potem niespiesznie udawali się na nasyp nieużywanej bocznicy kolejowej, siadali na szynie i tam powolutku raczyli się trunkiem. W zimne dni konsumpcja odbywała się na opuszczonym peronie numer dwa. Następnie kolega naszego sąsiada znikał, a on sam siadał na ławce przed swoim domem i obserwował ruch uliczny. Ruch ten był niewielki i praktycznie tworzyły go samochody odwiedzające naszą firmę.

Którejś niedzieli przejeżdżałem rowerem przez wioskę położoną po drugiej stronie dworca i zatrzymałem się przy tamtejszym sklepiku na loda. Przed sklepikiem był parasol z napisem „Lech”, pod nim stolik, a przy nim siedział nasz dobry znajomy z butelką jabola. Kupiłem loda i wahałem się, czy usiąść na przysklepowym murku, czy przy stoliku.

– Panie kierowniku, niech se pan siednie. Jest wolne – usłyszałem od strony stolika.

Podziękowawszy, usiadłem i wtedy po raz pierwszy z bliska przyjrzałem się sąsiadowi. Ubrany był w „kościelne” ubranie, bo też i pora była tuż po sumie. Miał dłonie zgrubiałe od ciężkiej pracy, a na twarzy - choć zniszczonej nadużywaniem - malował mu się spokój i sympatia do wszystkiego dokoła.

Siedzieliśmy tak już chwilę bez słowa - on sącząc wino z plastikowego kubka, a ja liżąc loda. To milczenie chyba było dla niego nie do zniesienia, bo opróżniwszy kubek, strzepnął fachowo ostatnie krople na ziemię, nalał od serca, podał mi i powiedział:.

– Niech się pan napije panie inzinierze.

– Nie. Dziękuję. Jestem rowerem – odmówiłem najgrzeczniej jak umiałem.

– Iii. Tutaj policji nie ma.

– Ale ja dalej jadę przez miasto, a tam może być.

– No, może – zgodził się.

– A pan dzisiaj sam? Bez kolegi? – zapytałem, żeby podtrzymać tak pięknie rozwijającą się konwersację.

– Sam, bo on nie chodzi do kościoła – odpowiedział. – A ja tak po kościele to se lubię wypić winko – kontynuował. – Wezmę se flaszeczkę, siedne tu i pomaluśku wypiję. Jak czasem przyjdzie jaki znajomy to zrobimy jeszcze jedną, ale najlepiej pije mi się samemu. Siedzę se, piję i myślę.

To ostatnie zdanie mnie rozbawiło, bo nie wyglądał na człowieka biegłego w myśleniu. Starając się, żeby w moim głosie nie było słychać kpiny czy zaczepki, zapytałem:

– A o czym pan myśli?

– Najwięcej to o ludziach.

Zaskoczył mnie i nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Sąsiad tymczasem pociągnął mocno z kubka i kontynuował:

– Na co Pan Bóg narobił tyle różnych ludzi: Murzynów, Ruskich, Niemców? Albo, na co jest tyle wiarów - jakieś islamy, jehowy? Najlepiej jak by byli jedne ludzie i jedna wiara.

Już miałem zapytać, jakaż to wiara i jacy ludzie byliby tymi właściwymi, gdy kawałek loda spadł mi na spodnie. Czyszcząc je, wyczyściłem też głowę z głupich pytań i odpowiedziałem, niechcący wstrzeliwując się w jego styl:

– Ano. Nie wiadomo czemu Bóg tak zrobił. To nie na nasze głowy.

– No! Nie na nasze głowy – zgodził się i zapatrzył w etykietkę na butelce.

Mój lód się skończył, więc pożegnałem się grzecznie i odjechałem.

Na kilka kilometrów przed domem złapałem gumę i musiałem iść pieszo. Byłem zły na siebie, a jeszcze bardziej na Boga za to, że oprócz Murzynów, Ruskich i Niemców stworzył też takiego idiotę, który wyjechał na wycieczkę, nie biorąc nic do naprawy roweru.

Tamto niedzielne spotkanie spowodowało, że nasz sąsiad poczuł się ze mną skumplowany. Codziennie witał mnie głośno ze swojej ławeczki, nazywając według swojego uznania inżynierem, dyrektorem lub prezesem. W dni, gdy przyjeżdżało do nas dużo aut, podchodził nawet pod bramę, jakby nie chcąc przegapić któregokolwiek z nich. Temat tych aut wyraźnie go intrygował, bo któregoś dnia zapytał mnie:

– Co to za wielki tir był wczoraj u was?

– Towar nam przywiózł – odpowiedziałem.

– Towar – powtórzył. – Towar, ważna rzecz – dodał po namyśle. – A te busiki? Takie czarne, żółte, białe – drążył temat.

– To auta kurierskie z różnych firm – wyjaśniłem.

– Auta kurierskie. Takie auta to dobra rzecz – spuentował.

Z czasem zbliżył się też do innych pracowników naszej firmy. Ich też pozdrawiał, nie szczędząc tytułów i wypytywał o różne rzeczy. Był niejako naszym człowiekiem na ulicy i gdy któregoś dnia zniknął, powiało pustką. Na szczęście nie zniknął na zawsze, a nasza wszystkowiedząca koleżanka przyniosła wiadomość, że wyjechał na odwyk. Kuracja chyba się udała, bo po powrocie już nie chadzał co rano do sklepiku. Nadal siadywał na swojej ławeczce, nadal nas pozdrawiał, ale był jakiś smutny i jakby nieobecny duchem - nie ten sam człowiek.

Po kilku miesiącach owa wszystkowiedząca koleżanka przyniosła smutną wiadomość, że nasz człowiek powiesił się w pobliskim lesie. Powiedziała też, że ksiądz nie chciał go po katolicku pochować, ale w końcu dał się finansowo przekonać i że pogrzeb będzie za dwa dni.

Skrzyknęliśmy się i wszyscy poszliśmy na jego pogrzeb. Byliśmy największą grupą żałobników i dopiero tam poznaliśmy jego imię i nazwisko.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (22)

  • Trzy Cztery 9 miesięcy temu
    "Opowiadanie. Takie opowiadanie, to dobra rzecz".
  • Marian 9 miesięcy temu
    Komentarz. Taki komentarz to miła rzecz.
  • befana_di_campi 9 miesięcy temu
    Jestem identycznego zdania :-) Wierna czytelniczka Mariana :-)
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki Befano.
  • yanko wojownik 1125 9 miesięcy temu
    Wino owocowe proste marki the best of. Najbardziej dobrze wspominam Amandę, Zakazany owoc takzę, ale zakazany owoc po prostu piło się w zacnym towarzystwie, bo sprzedawali w ulubionej knajpie. Smaku Amandy bym dzisiaj nie uznał za godny, ale w tamten czas był to smak najlepszy. Na butelce była cudna pani - roznegliżowana właśnie, ale miała tez taką właściwość, że była dostępna całodobowo w moich stronach poprzez osobę teścia właściciela hurtowni i to nawet bez nocnej marży.

    Trunek młodości i trunek ludzi pracy.

    Celebracja spożywania.

    Po akcie spożycia, człowiek jest dobry dla ludzi, to mieszanki gorzał mącą i w agresję popychają.

    Imię i nazwisko rzecz drugorzędna (czasem poznawało się na posterunku), ważny człowiek, jaki jest, a o kogo chodzi, to po krótkiej charakterystyce zawsze się dojdzie.

    Gatunek ginący, z różnych przyczyn zarzuca się zwyczajowość konsumpcji.

    Konsumpcja to czasem jedyny sens w życiu.

    No bardzo wartościowy tekst...
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dziękuję Yanko za odwiedziny i miły komentarz.
    Jak widzę, Ty także znasz uroki tych trunków. I dobrze, bo to przecież część naszej rzeczywistości.
  • Dekaos Dondi 9 miesięcy temu
    Marianie↔Przeczytałem z zaciekawieniem, ale także z pewną... nostalgią jakby w pewnym sensie większym,
    gdyby spojrzeć... poza. A poza tym, ładnie napisane:)↔Pozdrawiam:)↔5
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki za wizytę i komentarz.
    Nostalgia, nostalgia - piękna rzecz.
  • laura123 9 miesięcy temu
    Bardzo smutne.
    Ten człowiek nie był pijakiem, spracowane ręce świadczą, że całe życie ciężko pracował. Jedyną rozrywką było wypicie butelki wina, z kolegą albo samotnie i obserwowanie ludzi i ulicy. Odwyk go zmienił, coś mu odebrał i nie potrafił bez tego żyć. Może sensu nie widział na trzeźwo...

    Bardzo dobry tekst. Zmusza do spojrzenia na nałogi w nieco odmienny sposób od negatywnego. Współczucie budzi...
    Pozdrawiam. 5
  • yanko wojownik 1125 9 miesięcy temu
    Fiu fiu, no nie poznaję Laury...
  • Akwadar 9 miesięcy temu
    yanko wojownik 1125 dobry dzień... :)
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dziękuję Lauro za wizytę i komentarz.
    Też uważam, że nie każdy nałogowiec to samo zło. Życie bywa różne i ludzie też.
  • maga 9 miesięcy temu
    Smutna historia. Alkoholizm, to choroba która dopada ludzi ze wszystkich stanów społecznych. Nie ma różnicy czy spożywa się drogą whisky czy wino tanie. Również Ci "z wyższych sfer" odczuwają skutki nadmiernego picia. Kiedyś się zastanawiałem, tak na przykładzie krajów skandynawskich, które wprowadziły prohibicie już sporo lat temu. Czy nasza władza nie powinna pójść w ślady Finlandii, Szwecji i Norwegii. Myślę, że nie! Polacy sami dokonują wyboru. Biorę pod uwagę, że nie było mnie w Polsce przez lata. Więc kto mógłby dostrzec zmiany w społeczeństwie jak nie ja :) Wydaję mi się, że młode pokolenia Polaków spożywa mniej jak te z czasów z przed wejściem do UE. Polacy mają więcej możliwości na spędzanie wolnego czasu.
    (Przed pandemią) Wydaję mi się, że więcej podróżują. Korzystają z basenów, z siłowni. Uprawiają jogging. Też technika jest dużym stopniu czynnikiem który wpływa na to, że ludzie omijają półki alkoholowe w sklepie. Zwyczajnie jest co robić teraz w wolnym czasie od pracy. W komunizmie? Wiadomo! Stalin zawsze gadał, że Szczęśliwy naród to pijany naród"
    Tekst na piątkę! Zawsze chętnie zaglądam na Pana profil. Pozdrawiam serdecznie!
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dziękuję zaizytę i obszerny komentarz..
    Chyba masz rację, młodsza generacha pije mniej, a może tylko pije inaczej. Trudno powiedzieć.
    Prohinicji bym nie wprowadzał, bo wiemy do czego dprowadziła w USA.
  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Ciekawe opowiadanie. Z początku dość wesołe i nieco infantylne, potem smutne. Finał mnie nieco zaskoczył. Nic go nie zapowiadało. Pozdrawiam 5
  • Marian 9 miesięcy temu
    Dzięki Marku za odwiedziny i komentarz.
    Udało mi się Cię zaskoczyć! Hurra!
  • Tjeri 8 miesięcy temu
    Historia sąsiada - świetna. Do refleksji, zasmucenia. W jakiś sposób zatrzymałeś go w czasie – zrobiłeś coś dobrego, to jak modlitwa.
    Do tego masz dar do oddawania u postaci "tego czegoś", dzięki czemu nie wydają się papierowi.
    Sama konstrukcja tekstu mogłaby być jednak lepsza. Te początkowe przydługie rozważania widziałabym jako dodatek do historii człowieka, a nie odwrotnie.
    Nie mniej, przeczytałam z zainteresowaniem.
  • Marian 8 miesięcy temu
    Dzięki Tjeri za odwiedziny i miły komentarz.
    Może faktycznie ten wstęp jest za dugi, ale niech tam.
  • Tjeri 8 miesięcy temu
    *"nie mniej" – oj, źle ze mną ;)
  • Trzy Cztery 8 miesięcy temu
    Bardzo szanuję opinię Tjeri, ale mam inne zdanie. Te rozważania na temat imion-nazw nadawanych winu patykiem pisanemu i... małżonce, mają wiele wspólnego z zakończeniem. One jednoczą w biedzie.

    Wino patykiem pisane jest niektórym tak samo bliskie jak życiowa partnerka. I jest to tak samo słodko-gorzka miłość. Rozwesela i truje!

    To, od czego nie możemy uciec, a co nas czasem gniecie, a czasem raduje i uszczęśliwia (a takie są chyba wszystkie związki), trzeba jakoś ugłaskać, po swojemu udobruchać. przydaje się tu poczucie humoru.

    Normalne by było, wg mnie, gdyby człowiek pijący na co dzień butelkę, dwie, trzy, nazywał ją tak, jak Waligórski żonę:

    Dzionek, Dzioneczek, Gwiazda, Gwiazdeczka,
    Słonko, Słoneczko, Drożynka Mleczna,
    Psipsia, Kruszynka i jeszcze parę - to są imiona Mojej Starej.

    Małżeństwo czasem wyniszcza, ale trwamy w nim jak bezradni nałogowcy, a gdy jedno odejdzie - często umiera zaraz i drugie.

    Waligórski nazywa swoją żonę 'Moją Starą". Czyli nie najładniej. Może na jej czasami dość. Ale to jego żona. Więc dodaje: Słonko, Psipsia, Kruszynka.

    Smakosze wina "mózgotrzepa", czy "mózgojeba" wiedzą, że wino daje w dekiel nie tylko na chwile. Ono im wyniszcza mózg. stają się słabsi umysłowo. Ale kochają pić. Więc jest Eva, Olla, Moja MIss. Chociaż to Terminator.

    To nie jest tylko opowiadanko o jednym człowieku i jego losie, ale też o człowieczym związku. Związku jednocześnie dobrym i złym. Małżeńskim, i pijackim. A przetrwać pomaga poczucie humoru. choćby zabawa w nazywanie.
  • Marian 8 miesięcy temu
    Trzy Cztery, dziękuję za wizytę i bardzo ciekawy komentarz.
    Widać, że pisałeś go od serca. Zadumałem się nad nim, bo wart jest zadumy.
    Pozdrawiam.
  • Trzy Cztery 8 miesięcy temu
    Trochę się śmieję z tego "zjednoczenia w biedzie", ale cóż - napisałam. I ja pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania