Withered Dandelion (Uschnięty Dmuchawiec)

Wybudź się z bezdennej czeluści szumów i istoty szarości

Zatrzymaj się w mimowolnym oddechu drżącym między świtem a jawą scalającą rzeczywistości

Dostrzeż światło splatające się mrokiem pragnienia

Lecz nie wiem, czy jesteśmy w tym od początku, czy wyłącznie projekcją przelotnego złudzenia

 

Karnalistyczna inercyjność niepokoi moje iskry nieposkromione w obliczu uniesionego zwątpienia

A każda chwila przemilczenia roztapia się w dręczących ziarenkach wspomnienia.

Następujący węzeł cynicznej materii ulatujący w migoczącym przewodnictwie samoistnienia

Odłamki szkła stające się rozcieńczoną mgłą niezmąconego zawieszenia

 

Nie zakłócaj mego kruchego spokoju

Wymownie milcząc lub czekając na umowny błysk intencjonalności

Odbijając mnogość perspektyw w kałuży orbitujących sfer,

Którymi kiedyś spoglądałam na krople nadziei, teraz próbuję spoglądać na Ciebie

Tak jak kiedyś rekonstruowałem sens wędrówki, teraz próbuję spoglądać na Ciebie

 

Czyż nie pamiętasz, gdy drżeliśmy osobno wśród ruin naszego wspólnego języka

A każde wypowiedziane słowo stałoby się zdradą tłumienia

Herezją było zaś wyjście poza niepojęcie rozwidlenia,

A lustrzane tknięcie asymetrii jedyną wyczekiwaną liturgią

Gdy opuszki twoje poruszały się wzdłuż korpusu mojego sumienia

Delikatnie, jak po strunach zdobionych bliznami docenienia

W strumieniu melodii twojego przemijania, co z gór zstępuję i wyznacza granice mistycznego cierpienia

W akordzie oczekiwań i we wszystkim, czym możemy doprowadzić się do synchronicznego zrównoważenia

 

Słońcem więc będę wobec twojego księżyca

Księżycem więc będę wobec twojego słońca

 

Unieś mnie skromnie otulając w obłokach transkrypcyjnej świadomości

Odnawiając pęknięcia utwardzających drgania resztek zwątpienia

Zawiązałam twoje nierozplatanie nici w obliczu nabycia sensu zanurzenia

By poczuć i odrzucić przestrzenie trywialności

 

Zwiędły dmuchawiec, tarcza rozpadnięta na osi niepozornych zawirowań

Wiatr roznosi twoje mgiełki, ciemniejsze niż węże meduzy

Wolne jak myśli nieustannie goniące, które nigdy nie zanikną,

Lecz staną się wspomnieniem pulsującej refleksji

 

Oddycham nieregularnie, jak gdy malowałem subtelności na Twoich odcieniach, jak i Ty musiałaś dosłyszeć dźwięk mojej chłodnej zmienności

W muśnięciu uświęcającego zatracenia, bezwstydnego i nasyconego jak wyrafinowana perła półszlachetnego ametystu,

Upojeni kielichem goryczy wzgardzonej wcześniej liturgii każdego zmysłu,

Upadając zlekceważyliśmy spoiwa błądzące w pieśni winnej gorliwości

 

W liturgii tej – szelestem spadających liści,

źródłem, co fala zabiera i wciąż oddaje.

W strumieniu świeżości – dmuchawcem zwiędniętym,

tchnieniem rozdroży - echem selektywnej ciszy zmieszanej ze słowotokiem.

 

Księżycem więc będę i dopełnieniem dla twojego słońca

Słońcem więc będę i dopełnieniem dla twojego księżyca

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania