Władca wichru
Byłem władcą wiatru. Stałem na otwartym polu i mówiłem mu, kiedy ma wiać i z której strony. Słuchał mnie. Prawie zawsze słuchał, choć zdarzały się chwile zwątpienia. Czy rzeczywiście miałem władzę nad pogodą? A może tylko mi się wydawało, że moje rozkazy i wymachiwanie laską cokolwiek zmieniają? Może wiatr robił swoje, a ja jedynie dopisywałem sobie zasługi?
Stojąc na tym polu w pobliżu Osobłogi, na tym racławickim wygwizdowie, poczułem się bodaj po raz pierwszy w życiu mały. Naprawdę mały. I samotny.
Miałem siedem, może osiem lat. Coś się we mnie zmieniało. Stawałem się zamyślony, poważny, jakby nagle przestało mi wystarczać to, co dotąd wystarczało do szczęścia. Dzisiaj myślę, że doświadczałem wtedy pierwszego bólu egzystencjalnego. Nie znałem oczywiście tego określenia. Nie wiedziałem nawet, że istnieją takie bóle, których nie da się wskazać palcem ani opatrzyć plastrem. Czułem tylko, że magia dzieciństwa, jego czar i siła, zaczyna mnie zawodzić.
Nie potrafię tego lepiej opisać. To musiało mieć coś wspólnego z samym faktem istnienia na planecie Ziemia. Z tym, że jest się gdzieś, a zarazem nie do końca wiadomo po co i dlaczego. O, jakąż pustkę wtedy czułem. Pole było puste i pusty byłem ja w środku.
Wtedy po raz pierwszy usłyszałem w szumie wichru coś, co przypominało ludzki szept. Obejrzałem się, ale za mną nie było nikogo — tylko trawy przygięte do ziemi i ciemniejące niebo, choć jeszcze przed chwilą świeciło słońce. A kiedy znów uniosłem laskę, wiatr ucichł tak nagle, jakby ktoś niewidzialny wstrzymał oddech.
A jednak każda komenda, która zdawała się wywoływać posłuch w przyrodzie, każde zaklęcie, które działało na wiatr, przywracało sens mojemu życiu. Nie byłem już anonimowym człowieczkiem zagubionym na rozległym polu. Byłem wielkim czarnoksiężnikiem Słonecznej Racławii. Miałem moc. A jeśli miałem moc, to może wcale nie byłem taki mały.
— Przestań duć, wietrze! — rozkazywałem, unosząc drewnianą laskę. — Słyszysz? Powiedziałem: przestań!
Wiatr szarpał trawą, tarmosił mi ubranie, czasem wciskał się za kołnierz. Stałem jednak niewzruszony, jak przystało na kogoś, kto nie zamierza negocjować z własnymi poddanymi.
I oto po chwili słabł. Uspokajał się. Milknął.
— No. I widzisz? Można? Można. Tylko trzeba słuchać.
Nie zawsze jednak szło tak gładko. Czasem wiatr nie reagował na moje komendy, jak niesforny bachor, któremu wydaje się, że wolno mu wszystko. Wtedy wpadałem w złość i wymachiwałem drewnianą rózgą, którą sobie sprawiłem, bo cóż to za czarownik bez rózgi albo chociaż różdżki?
— Aha! To tak będziemy rozmawiać? — ryczałem. — Dobrze, dobrze. Jeszcze zobaczymy, kto tu rządzi!
Unosiłem laskę wyżej, niż było to konieczne, i szykowałem się do wypowiedzenia zaklęcia ostatecznego.
— Albo duć nie przestawaj, ty, ty, ty...!
To była moja metoda. Jeśli wiatr nie chciał przestać, należało rozkazać, by kontynuował. Nie mogłem przecież pozwolić, by udaremnił moje plany. Władca musi mieć ostatnie słowo.
Szumiał więc dalej.
— No! — triumfowałem. — I co? Słuchasz!
Nie przychodziło mi do głowy, że właśnie przegrałem. Liczyło się to, że polecenie zostało wykonane.
Niekiedy przenosiłem się do ogrodu dziadków, gdzie już tak nie duło. Tam, osłonięty od wiatru przez dom, drzewa i zabudowania, ponawiałem próby. Musiałem przecież sprawdzać swoje umiejętności w różnych warunkach. Nawet wielki czarnoksiężnik nie może polegać wyłącznie na jednym polu.
— Niech ustanie! — zaklinałem. — Niech zamilknie jego śpiew! Niech się wreszcie, kurka, zamknie!
Wymachiwałem rózgą, kreśliłem w powietrzu tajemne znaki, powtarzałem zaklęcie raz za razem.
— Niech ustanie, mówię! Niech spasuje!
Czarowałem, czarowałem, czarowałem i...
Wicher milkł.
A właściwie: w ogrodzie było cicho, bo ogród osłaniały drzewa, dom i płot. Wiało mniej albo nie wiało wcale. Tyle wystarczyło. Świat po raz kolejny potwierdzał moje niezwykłe zdolności, a ja nie zamierzałem zadawać mu niepotrzebnych pytań.
Kiedy jednak i ta dziedzina magii zaczynała mnie zawodzić, przebranżawiałem się. Zostawałem czarownikiem od liczb oraz dat. Była to specjalizacja nieco bardziej wyrafinowana, bo wymagała zaglądania w przyszłość. A przyszłość, jak wiadomo, nie jest rzeczą, którą można sobie podejrzeć przez ramię.
— W którym roku stanie się coś złego? — pytałem.
Skupiałem się, czekałem na znak, a cyfry układały się w dwa tysiące trzeci.
Zapamiętywałem tę datę. Nie wiedziałem, co oznacza, ale byłem przekonany, że coś oznacza. Wielki czarnoksiężnik nie może przecież lekceważyć ostrzeżeń, nawet jeśli nie rozumie ich sensu.
W roku tym zmarła moja babcia.
Miałem się o tym dowiedzieć po latach. Nie pamiętam już, co wtedy myślałem ani czy w ogóle próbowałem zrozumieć, co się wydarzyło. Pamiętam tylko, że babcia umarła, a data, którą kiedyś wypowiedziałem, nagle nabrała znaczenia.
Smutne. Bardzo.
Nie wiem, czy naprawdę coś przewidziałem. Wiem natomiast, że kiedy człowiek traci kogoś bliskiego, chętnie wraca do wszystkiego, co mogłoby świadczyć, że świat nie jest jedynie zbiorem przypadków. Że gdzieś istnieje porządek. Że można się czegoś dowiedzieć, zanim będzie za późno.
Może właśnie dlatego wciąż pytałem.
— W którym roku skończę studia? — mówiłem do swoich niewidzialnych mocy. — W którym się ożenię? Kiedy urodzą się moje dzieci?
Czasem zadawałem pytania poważnie, czasem dla zabawy. Czasem chciałem znać odpowiedź, a czasem wystarczało mi samo pytanie. Cyfry, podobnie jak wiatr, miały tę zaletę, że można było przypisać im dowolne znaczenie, jeśli tylko dostatecznie mocno się w nie wierzyło.
Aż w końcu przyszło mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
— W którym roku napiszę to opowiadanie?
Tego dnia nie stałem już na polu w pobliżu Osobłogi. Nie miałem siedmiu ani ośmiu lat. Nie dzierżyłem w rękach drewnianej rózgi i nie wydawałem rozkazów wichrowi. Siedziałem i próbowałem przywołać tamte chwile, jakby dało się je sprowadzić z powrotem jednym dobrze wypowiedzianym zaklęciem.
Może więc nie wszystko przepadło. Może czar dzieciństwa nie zniknął całkiem, tylko zmienił postać.
Bo oto piszę to, by dać świadectwo mojej władzy nad wiatrem.
I kto wie? Może wiatr, gdzieś daleko, na racławickim polu, w zakolach Osobłogi, wciąż jeszcze trochę mnie słucha. A może czeka tylko, aż znów o nim napiszę — bo tej nocy, gdy kończyłem opowiadanie, usłyszałem za oknem znajomy szum, a potem cichy, dziecięcy głos: „No. I widzisz? Można? Można. Tylko trzeba słuchać”.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania