Włam do snu.
Nagle gram w filmie, który nie zna mojego imienia,
a światła gasną wtedy, gdy zaczynam mówić.
Nie rzeczywistość decyduje o mnie,
to cień po drugiej stronie ekranu
przedstawia rekwizyty.
Włamałem się do własnego snu,
by zobaczyć, jak wyglądam, gdy nie udaję.
Stoję z boku - w ciszy,
która zna mnie lepiej niż ja sam.
Patrzę nie oczami, które widzą,
lecz oczami, które czują.
Kadr się przesuwa.
Zmieniam się w obserwację.
Życie gra swoją rolę beze mnie,
a ja siedzę w pierwszym rzędzie
i zapominam bić brawo.
Chciałem wrócić, ale nie było drzwi.
Śniłem za siebie, jakby sen mnie zastąpił.
Wszystko, co czułem, grało dźwiękiem,
którego nie rozpoznaje nikt.
Szukam siebie w odbiciach szyb,
w oddechu, który zostaje po słowie,
w ruchu powieki, gdy świat się kończy.
I wtedy zrozumiałem:
że nie można się obudzić
z życia, które śni nas, zamiast my jego.
Więc stoję dalej, na granicy świtu,
i tylko czasem, gdy ktoś wypowie moje imię,
czuję, jak film drży,
jakby chciał mnie wpuścić do kadru
w swojej fabule.
Komentarze (3)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania