Poprzednie częściWłóczęga - Cz.1 - Opowiadanie

Włóczęga - cz.2 - opowiadanie.

4

Stary transportowiec ruszył z trzaskiem, klekocząc zawieszeniem jak stara puszka. Przywilejem ocalałych, a niegdyś dużych miast, takich jak właśnie Nowy Wrocław była możliwość poruszania się mechanicznym środkiem transportu. W dużych skupiskach ludzi udawało się znaleźć inżynierów, którzy potrafili w prymitywnych warunkach filtrować i destylować zleżałe paliwa, tak aby potem używać je w starych silnikach diesla. Waranowi było to na rękę, kiedy zaproponowano aby w okolice bunkra udać się kołowym transporterem. Koń zasłużył na odpoczynek, obolałe, od wielodniowego marszu nogi włóczęgi również.

Silnik ciężarówki warczał głucho, odbijając się echem od zniszczonych bloków i powykręcanych stalowych konstrukcji dawnej dzielnicy przemysłowej. Waran siedział w luku tansportowym, wpatrzony w brązowoszare niebo, które jakby od miesięcy nie widziało słońca. W dłoniach trzymał karabin - stary, złożony z części kilku innych modeli. Na kolanach spoczywała brudna szmata, którą powoli czyścił lufę. Bliżej kabiny, wśród skrzyń z amunicją i kanistrów, siedzieli trzej żołnierze prezydenta, czwarty prowadził pojazd. Byli różni. Jeden z nich - Goryl, tęgi mężczyzna z tatuażem trupiej czaszki na karku - nie spuszczał z Warana oka. Drugi, młody Szymek, przez kolegów pogardliwie nazywany Majtasem, ledwie dwudziestolatek z oczami wiecznie szeroko otwartymi ze strachu, co chwila zerkał na niego z ciekawością, jakby patrzył na postać z mitycznych opowieści. Pozostali dwaj gadatliwi – Kulawy i Lis, doświadczeni żołnierze, którzy nauczyli się, że w tym świecie każde słowo może być ostatnim, więc nie warto ich tłumić w sobie. W przedziale brzęczała broń, blaszane manierki, skrzynie z amunicją i kilka starych gratów. Przed nimi – droga ku betonowym wyłomom, które rozpościerały się na południu, gdzie kiedyś mieściła się dźwięczna dzielnica miasta - Bielany.

– Mówią, żeś sam ubił Drakulę – odezwał się Goryl, spluwając na deski paki. – To prawda, czy bajka dla dzieci?

Waran spojrzał na niego marszcząc brwi.

– Zależy, czy wierzysz w bajki. – stwierdził z nieudawaną irytacją w głosie.

Goryl parsknął.

– W te po wojnie trudno nie wierzyć. Ale jak to zrobiłeś? Gość był nie do zabicia, wyżynał nasze patrole we wschodnim sektorze jak bydło, nasi chłopcy wracali w strzępach.

Waran poprawił pasek karabinu, zabrzęczał zamkiem, sprawdzając jego prawidłowe funkcjonowanie.

– Nie ma potworów nieśmiertelnych. Są tylko ludzie, którzy nie wiedzą, jak je zabić. – stwierdził bez emocji.

– Filozof nam się trafił… – mruknął Kulawy mląc w ustach zapałkę. – A ja myślałem, żeś tylko dzikus z pustkowi.

– To się nie wyklucza – odparł Waran spokojnie. – Tam skąd pochodzę, życie bez filozofii, to życie pozbawione sensu.

– A skąd pochodzisz? – Zapytał Szymek roztrzęsionym głosem, bojąc się, że znów oberwie mu się za niemądre pytanie.

– A czy to ważne? – Waran znów odwrócił się ku szybie, próbując wykręcić się od odpowiedzi.

– Ważne! – Rzucił stanowczo Goryl – Podobno wy, Włóczędzy szwendacie się po skażonych terenach i rozsiewacie zarazy i przynosicie tylko plugawą śmierć. Wolelibyśmy wiedzieć z kim mamy do czynienia, skąd pochodzi naszej wątpliwej reputacji nowy członek załogi, który na dodatek stał się oczkiem w głowie naszego prezydenta. Jeśli mamy zginąć to musimy wiedzieć kto walczy u naszego boku. Taka tradycja, więc proszę uszanuj ją i wytłumacz nam łaskawie, jakie atomowe gówno spłodziło takiego dziwoląga jak ty? Podobno niektórzy z was rodzą się w anomaliach? Ty jesteś pomiotem jednej z nich?

Waran przez chwilę milczał. W przedziale zapadła cisza, przerywana tylko dudnieniem kół i stukotem metalowych elementów. Spojrzał na towarzyszy podróży, w ich oczach nie było ciekawości, tylko lęk. Widział go już tysiące razy, od lat, ten sam rodzaj strachu, gdy ludzie czują, że coś w tobie jest nie tak, coś, czego nie potrafią nazwać.

– Mówisz, że jestem pomiotem – odezwał się w końcu, głosem niskim, zmęczonym. – Może masz rację. Ale nie żadnej anomalii. Ja pochodzę stąd... z tego samego świata, ale z innych czasów. – Żołnierze wymienili krótkie spojrzenia. – Zanim to wszystko się zaczęło – ciągnął Waran – byłem dzieckiem. Pamiętam... jak zawyły syreny. Jak niebo rozdarło się ogniem. Miałem może siedem, może osiem lat. Ojciec kazał nam biec do opuszczonej kopalni soli. Tam, pod ziemią, przetrwaliśmy pierwsze tygodnie. W ciemności, w smrodzie ludzkiego potu. – Zamknął oczy, jakby znów widział tamten moment. – Jednak szybko przyszedł głód i choroby. Kiedy zabrakło jedzenia, zabijaliśmy szczury. Często grasowałem po zaułkach kopalni w ich poszukiwaniach, i podczas jednego z polowań, jeden z tych gryzoni mnie ugryzł. Z początku myślałem, że to nic, ot zwykła rana. Ale nazajutrz przyszła gorączka, która nie ustępowała przez kilka kolejnych dni. Zacząłem czuć odosobnienie, wstręt do wody i jedzenia. Wśród ocalałych był jakiś lekarz, zbadał mnie i postawił diagnozę: wścieklizna. Wtedy… – zrobił pauzę – wtedy wyrzucono mnie z kopalni i pozostawili na pastwę losu. Kilka godzin czekałem pod bramą w nadziei, że ją otworzą. Moje oczekiwanie było bezcelowe więc ruszyłem przed siebie. Osłabiony i w amoku nie wiem dokąd zmierzałem. Jak przeżyłem pierwsze noce? Nie wiem. Nie jadłem, nie piłem, w końcu ocknąłem się w jakimś lesie. Z majaków wybudził mnie potężny ból w klatce piersiowej. Z uszu zaczęła sączyć się krew. Sączyła się z każdego otworu w moim ciele. Nawet z oczu. – Towarzysze podróży słuchali z niedowierzaniem, Szymek zdawał się odchodzić od zmysłów. – Padłem na ziemię, wymiotowałem, ból wykręcał mi stawy, słyszałem jak łamią się moje kości. Kiedy chwyciłem się za głowę, poczułem że wyłysiałem już prawie doszczętnie. Zęby zaczęły chwiać się w przód i w tył w rytm konwulsji jakie doświadczało moje ciało. I kiedy myślałem, że to już koniec – zawahał się – obudziłem się z letargu. Pamiętam, że był ranek, świeciło słońce, trawa pachniała rosą. Odżyłem… – Spojrzał na nich powoli, jakby sam nie dowierzał temu, co mówi. – Byłem inny. Głód przestał mnie trapić. Rany się zagoiły. Czas przestał płynąć tak, jak wcześniej. Od tamtej pory... Jestem potworem.

– To niemożliwe! – oburzył się Lis – wymyśliłeś tę ckliwą historię, tylko po to, aby zyskać naszą przychylność – splunął pogardliwie w bok.

– Zamknij się ruda pało! – Zganił go Goryl. – On nie wymyślił tej historii. Znałem wcześniej już jednego Włóczęgę, i opowiedział mi swoją historię. Podróże przez skażone strefy zawsze kończą się zgonem, ale ten jeden jedyny odsetek osób potrafi sprzeciwić się promieniowaniu i przechylić jego wpływ na swoją korzyść. Tak właśnie rodzą się Włóczędzy: pielgrzymi przez piekło. Żaden z nich nie wie czy ich narodziny to dar, czy przekleństwo.

Cisza w przedziale zgęstniała. Szymek odwrócił wzrok, Kulawy po raz pierwszy nie miał nic do powiedzenia.

– Jak to możliwe, że pamiętasz tamten świat? – zapytał wreszcie Goryl. – Jak to możliwe, że pomimo takiego wieku się nie starzejesz? Wyglądasz jakbyś miał dopiero koło trzydziestki.

– Promieniowanie. – Waran odpowiedział bez emocji. – Daleko jeszcze do tego bunkra? Ściemnia się.

– Za chwilę będziemy, aż tak ci spieszno do tej piękności, Baby Jagi? – Lis, uniósł się z podłogi i wyjrzał przez okno, po chwili znów usiadł, i wyciągnął skręta. Zaiskrzył zapalniczkę, zaciągnął się wyrobem tytoniopodobnym. – Lada moment i będziemy. Opowiadaj co z tym promieniowaniem, jak to możliwe że dzięki niemu wyglądasz lepiej ode mnie. – zakasłał i podał dalej prowizorycznego papierosa.

Waran uniósł na niego białe, martwe oczy. Blask lampy, umieszczonej na suficie pojazdu odbił się w źrenicach jak w mleku.

– To promieniowanie, które zazwyczaj zabija w ciągu kilku dni, zagnieździło się w moim ciele jak pasożyt. Karmi się każdą kolejną dawką, i zagnieżdża coraz bardziej, zakorzenia w każdym ułamku tkanki ciała, w krwi, w układzie nerwowym, w mózgu… – jego oczy znów błysnęły, jakby wewnątrz nich wytworzyło się jakieś nieopisane słowami światło – i w duszy. Niszczy ją, rozrywając na strzępy człowieczeństwo, które każdy z Wędrowców chce za wszelką cenę w sobie zachować. Odrobina człowieczeństwa – szepnął – tylko tyle, i aż tyle. Tylko to się liczy, by zachować tę ostatnią iskrę na pozostanie człowiekiem, zanim to coś zawładnie nami w pełni. To cholerne promieniowanie to choroba, która prowadzi z nami wojnę totalną, na wyniszczenie - na wyniszczenie człowieczeństwa.

Zapadła cisza. Tylko silnik burczał jednostajnie, a metalowe zawieszenie jęczało przy każdym wyboju. Waran siedział nieruchomo, z dłonią na kolbie karabinu. Na jego szyi drgały mięśnie, jakby coś pod skórą chciało się wyrwać.

– Choroba? – mruknął Goryl. – Raczej błogosławieństwo, jeśli patrzeć na ciebie i twoją gębę. Może faktycznie nie jest zbyt urodziwa, i matki chowają przed tobą dzieciaki, ale wyobraź sobie, że każdy z nas chciałby liczyć tyle wiosen co ty. W dzisiejszym świecie trudno dożyć do trzydziestki. Kobiety ledwo dociągają do przedwojennej bariery pełnoletności. Majtas nie przeżyje pewnie nawet dzisiejszej nocy – roześmiał się w głos, a Szymek, nazwany przez niego Majtasem schował głowę w ramionach.

– Przedwojnie – Wymrotał powoli wystraszony Majtas. Głos miał rozedrganym. – Czas pokoju, czas gdzie mógłbym ze spokojem marzyć o przyszłości, marzyć o dorosłości, o miłości. – pociągnął nosem. – Dlaczego tamten świat się skończył? Dlaczego musiał nastać Czas Atomu?

– Bo ludzie zawsze chcą więcej – powiedział spokojnie kierowca: dotąd cichy, skupiony na drodze. Głos miał chropowaty, spękany jak rdza, ale niósł się po przedziale z siłą, jakiej nikt się nie spodziewał. Był stary. Bardzo stary. Waran pomimo swoich wędrówek, widział tylko kilku Jaskiniowców, jak określano ludzi którzy rodzili się przed Trzecią Wojną Światową, a którzy dożyli takiego wieku, nie wliczając w to oczywiście Wędrowców. – Zawsze im mało. Mało ziemi, mało władzy, mało boga, mało prawdy. Budują, żeby zniszczyć. Odkrywają, żeby zapomnieć. Widziałem to… na własne oczy. Widziałem upadek człowieka, tego który miał panować nad światem, być jego prawowitym władcą. Widziałem jak krztusi się powietrzem, które sam zanieczyścił, jak dławi się własną krwią, przelewaną na ulicach niewinnych miast. Widziałem jak jego ciało rozszarpują inni, jak rozrywają je bomby, przeszywają pociski karabinów. Słyszałem świat bomb, huk dział bojowych. Widziałem głód, mord i nierząd. Byłem świadkiem jak na popiołach człowieczeństwa wzrasta nowy władca ziemi: śmierć. A my jesteśmy już tylko jej marionetkami. Mieliśmy być wielcy, ale zgubiła nas własną pycha. Człowiek zawsze chce więcej! Tak! To się nigdy nie zmieni.

Cisza wypełniła cały przedział dla pasażerów. Waran spoglądał w okno jakby widział za nim projekcie końca świata.

Ruiny bloków, pocięte, powyginane, porośnięte rdzą stalowe szkielety, rozpadające się neony. Wśród nich przemykały czarne ptaki. Stary Wrocław i jego koniec. Oczyma wyobraźni widział upadek tej części kraju. Upadek inny, ale jakże podobny do tego którego doświadczał na swojej skórze. Upadek człowieczeństwa.

– Jesteśmy blisko – powiedział w końcu Goryl, dźwigając masywne cielsko z pokładu. – Przygotować się.

5

Odrapane ściany i wąskie przejścia potęgowały klaustrofobię bunkra. Zanurzony kilkanaście metrów pod ziemią kompleks schronów przeciwlotniczych był zrujnowany i przesiąknięty wilgocią. Chłód wciskał się pod grube mundury, oblepiał skórę, wnikał w kości. Niekomfortowe warunki sprawdziły się jednak idealnie jako gniazdo dla jednego z najbardziej bestialskich stworzeń, jakie Waran spotkał na swoim szlaku. Schodzili ostrożnie w dół po śliskich, miękkich stopniach porośniętych mchem. Waran szedł pierwszy, rozcinając mrok ostrym światłem latarki prowizorycznie przyklejonej do karabinu taśmą. Za nim podążała reszta załogi. Karabiny i strzelby czekały w gotowości. Goryl ściskał granat, ukrywając go dyskretnie przed wzrokiem Wędrowca. Lis i Kulawy, idący tuż za nim, przekomarzali się półgłosem o to, który z nich przyniesie Prezydentowi głowę potwora na srebrnej tacy. Na końcu Majtas szeptał modlitwę do boga, o którym większość ocalałych dawno zapomniała. Prosił ojca, który jest w niebie, by jeszcze raz na niego spojrzał i wyciągnął do niego pomocną dłoń.

Dotarli do przedsionka, z którego korytarz rozdzielał się na kilka mniejszych. Waran omiótł ściany snopem światła i przyklęknął. W wilgotnej kurzawie, naniesionej przez przesiąkającą wodę gruntową, leżał fragment dziecięcej czaszki.

Za jego plecami rozległ się łoskot, który narastał, odbijając się od ścian wąskich korytarzy. Waran odwrócił światło. To Szymek, przerażony znaleziskiem, poślizgnął się i rozpłaszczył się na schodach. Jego twarz nie wyrażała nic poza czystym strachem.

Z głębi bunkra dobiegł wizg. Świst przeszedł w skowyt, a skowyt w coś, co przypominało śmiech - piskliwy, urywany, dziecięcy. Jakby ktoś próbował naśladować radość, nigdy jej nie doświadczywszy. Dźwięk odbijał się od betonu, łamał w korytarzach i wracał zwielokrotniony, zniekształcony, aż trudno było określić, skąd naprawdę dochodzi. Waran powoli wstał, upuścił fragment czaszki, otrzepał dłoń z wilgotnego pyłu.

– Cisza – powiedział cicho, ale ton miał taki, że każdy zamarł. To wystarczyło.

Lis urwał w pół słowa. Kulawy przełknął głośno ślinę. Goryl zacisnął palce na zawleczce granatu, aż pobielały mu knykcie. Wbrew zaleceniom Warana naprawdę chciał go użyć, nie licząc się z konsekwencjami wybuchu. Majtas drżał, wciąż przyciśnięty do schodów, szeptał modlitwę pozbawioną już słów.

Z ciemności dobiegł głos.

– Tato…? – Był czysty. Miękki. Zbyt czysty jak na to miejsce. Nie niósł w sobie strachu: niósł prośbę. – Pomóż mi… tu jest zimno…

Waran poczuł, jak coś w nim drgnęło. Nie serce - ono dawno było martwe - lecz coś głębiej, stary odruch, pamięć z czasów, gdy jeszcze wierzył, że dzieci porwane przez stwora da się uratować. Światło latarki zadrżało tylko na ułamek sekundy.

– Nie odpowiadać – powiedział ostro. – Nie iść za głosem. To nie dziecko.

– Ale… – wychrypiał Majtas. – To brzmi jak…

– To brzmi dokładnie tak, jak ma brzmieć – przerwał Waran. – Baba Jaga nie poluje tylko pazurami i zębami. Poluje również tym, co macie w głowie.

Głos znów się odezwał, tym razem bliżej. Zdecydowanie bliżej.

– Dlaczego mnie zostawiłeś…?

Krople wody spadały z sufitu, uderzały o beton jak odmierzany czas. W świetle latarki Waran dostrzegł ślady na ścianach: długie, nieregularne rysy, jakby coś ciągnięto pazurami… albo palcami.

– Goryl – mruknął. – Schowaj to. Chcesz nas wszystkich wysadzić? Granat ma być ostatecznością. – Spojrzał na resztę. – Lis, Kulawy: Ogień ciągły, jeśli ją zobaczycie. Nie całujcie w głowę, to nic nie da. Ona ją ciągle zmienia. Majtas… – odwrócił się do chłopaka. – Jeśli usłyszysz głos matki, siostry albo swojego boga, zamknij oczy. I strzelaj w tym samym kierunku co ja, przy odrobinie szczęścia, może nas nie pozabijasz.

Majtas skinął głową. Łzy spływały mu po policzkach, ale palec już spoczywał na spuście.

W głębi korytarza coś się poruszyło. Coś ciężkiego, stąpało twardo wytwarzając wibrujące echo. Śmiech wrócił. Wielogłosowy. Kilka dziecięcych gardeł nakładało się na siebie, fałszowało, urywało w przypadkowych momentach.

– Waran… – wyszeptał Kulawy. – Ona zna nasze imiona.

Wędrowiec nie odpowiedział.

Jego oczy pobielały jeszcze bardziej, jakby mleko wypełniało je od środka. Snop światła zatrzymał się na końcu korytarza.

Z ciemności wynurzyła się sylwetka. Ciało miała nienaturalnie wydłużone, poskręcane, o proporcjach, które nigdy nie należały do człowieka. Kilka cienkich kończyn opierało się o ściany, inne zwisały bezwładnie, ciągnąc się po betonie jak martwe węże. Skóra była szara, miejscami niemal przezroczysta, napięta na kościach jak mokra pergaminowa kartka. Pod nią coś się poruszało – drobne drgania, jakby wewnątrz pełzały inne, mniejsze ciała. Głowa… Głowa była najgorsza.Zbyt duża, osadzona na cienkiej szyi, przechylona pod niemożliwym kątem. Włosy, niczym przerzedzone, długie siwe nitki nie ukrywały jej łysiny. Twarz nie miała jednej formy. Zmieniała się. Rysy przesuwały się po niej jak maski z gnijącego mięsa: raz dziecięce, raz kobiece, raz zupełnie bezkształtne. Usta rozciągały się zbyt szeroko, odsłaniając rzędy zepsutych zębów.

Postać pokazała się tylko na ułamek sekundy, jak błąd wzroku, jak cień, który nie powinien istnieć. Wychudzona, wykręcona sylwetka stała w granicy światła, a potem zniknęła w czeluści korytarza, zostawiając po sobie piskliwy śmiech dziecka. Waran wiedział, po co to zrobiła. Baba Jaga nie była zwykłą mutacją. Była stworzeniem rozumnym, była myślą. Pasożytem, który nie wgryzał się w ciało, tylko w mózg. Strach był jej narzędziem, sugestia ostrzem, a poczucie winy trucizną. Karmiła się paniką, wspomnieniami, obrazami wyciąganymi z najgłębszych zakamarków świadomości. Chełpiła się tym bardziej niż dziecięcym mięsem. I trzeba było przyznać - robiła to po mistrzowsku. Jeśli wcześniej załoga obawiała się o swoje życie, teraz miała już absolutną pewność, że z potyczki z tym stworem nie wyjdą cało.

Warana skinieniem głowy nakazał marsz w ciemność.

Chwiejny snop latarki rozcinał mrok, odsłaniając kolejne tajemnice bunkra. Ściany były wilgotne, oblepione starym nalotem, który przypominał zaschnięte tkanki. Szli gęsiego, jeden za drugim, tak blisko siebie, że czuli cudzy pot na karku i oddech wbijający się w ucho. Każdy krok brzmiał za głośno. Każde westchnienie było jak zaproszenie potwora do walki. Dotarli do skrzyżowania: tunel prowadził na wprost, w lewo i w prawo.

– Tato… – szepnął czyjś głos.

Kulawy drgnął. Lis przeklął pod nosem. Goryl ścisnął karabin mocniej.

– To nieprawda, to nie jest prawdziwe.

Warknął Waran próbując przypomnieć sobie szczegóły raportu jaki przekazano mu przed wyprawą. Bunkier był labiryntem, a ogniwo, którego szukali, znajdowało się w spiżarni bestii, głęboko w kompleksie. Deprymujący śmiech i kroki docierały do nich z każdej strony.

– Na wprost – zdecydował.

W wąskim przejściu leżały porozrzucane garnki, słoiki, stare puszki. Relikty spiżarni. Albo przynęta. Waran nie zdążył ostrzec.

Metaliczny brzęk.

Majtas zahaczył butem o zardzewiały dzban, runął na beton, a naczynie potoczyło się w mrok, uderzając o ściany i podłogę. Dźwięk niósł się długo. Zbyt długo. Potem coś zapiszczało, tak że włosy stanęły dęba. Latarki powędrowały na tył szeregu. Zobaczyli tylko szpony. Długie, sine, nienaturalnie cienkie, zakończone pazurami jak chirurgiczne noże. Wbiły się w plecak Majtasa, rozrywając materiał, mięśnie, skórę. Krew trysnęła na ścianę. Majtas zaczął krzyczeć. Nie jak żołnierz. Jak dziecko. Szpony wciągnęły go w boczną odnogę, tę która minęli chwilę wcześniej. Beton zabrudził się krwią, po chwili czymś ciemniejszym, gęstszym. Krzyk przeszedł w bulgot. W charczenie. W cichy, urwany jęk. Karabiny zawyły. Kule odbijały się od ścian, rwąc beton i stare kable. Gdy oświetlili tunel - była pustka.

Nie było Baby Jagi.

Nie było Majtasa.

Został tylko fragment plecaka. I mokra, ciepła smuga krwi, spływająca po ścianie jak ślad palców.

– Pomóżcie mi… – rozległo się nagle za ich plecami.

To był głos Majtasa. Drżący. Błagalny.

Lis odwrócił się pierwszy.

– On żyje… – wyszeptał.

Coś przemknęło w mroku. Coś zarechotało, a śmiech ten wślizgnął się im do głów jak robactwo. Po chwili dochodził już z głębi kompleksu, a potem znowu zza pleców.

– Mylisz się! Idziemy – rzucił Waran, głos miał surowy, twardy jak beton. – Teraz.

– Ale Szymek! – zaprotestował Goryl. – Nie zostawię go tutaj.

– On nie żyje do cholery!

– Przecież słychać jego krzyki! – wtrącił Lis, przepychając się między nimi. – Woła o pomoc. Głuchy jesteś?

– Stój! – Waran chwycił go za ramię. – To ja tu dowodzę. Mówiłem wam, że będzie mieszać wam w głowach. Mówiłem, że musicie się temu oprzeć. – Lis wyszarpnał się z uścisku. – To ona. Grzebie wam we łbach. Wyciąga wasze strachy, wasze wspomnienia. Zaraz pokaże wam matki, dzieci, braci. Zwabi was w swoje sidła, a potem was zabije. Szymona nie ma. Koniec. Ruszamy.

– Ścierwo – Goryl złapał Warana za kołnierz kombinezonu. – Może tam, skąd pochodzisz, nie dba się o towarzyszy, ale ja nie odejdę, dopóki się nie upewnię. – Splunął mu pod nogi.

Z korytarza dobiegł dźwięk.

Nie krzyk.

Mlaskanie

– Chcesz zginąć? Droga wolna. Ale śmierć Szymona przypisz Prezydentowi. To nie ja wysłałem dzieciaka na rzeź. Idziemy. – Kiwnął do reszty.

Kulawy ruszył za Waranem. Lis zawahał się, po czym poszedł z Gorylem. Rozdzielili się i po chwili zniknęli w ciemności. Waran parsknął krótko, bez humoru.

– Głupcy. – dodał nie kryjąc irytacji.

Mijali kolejne zaułki. Im głębiej szli, tym smród był gorszy. Słodki. Gnijący. Duszący. Wżerający się w skórę, włosy, myśli. Odór setek ciał. Niektóre świeże. Inne dawno rozebrane do kości. Ściany były umazane czymś, co wyglądało jak odciski dziecięcych dłoni. Waran układał mapę w głowie: w prawo, na wprost, znów na wprost. Czuł, że są blisko.

– Poczekaj…

Kulawy osunął się na ścianę i zwymiotował. Raz. Drugi. Trzeci. Waran wydawał się niewzruszony odorem, który raz za razem pozbawiał Kulawego tchu. Nozdrza i układ nerwowy wędrowca były do tego przystosowane. Mutacje przystosowały jego organizm do niebotycznego wysiłku i wytrzymałości na różne wstrectwa Nowego Świata, na odór również.

– Skończyłeś? – Zapytał Kulawego, nie z troski, ale po to aby go popędzić.

Towarzysz pokiwał głową, rękawem otarł twarz.

Wtedy rozległ się huk wystrzału. Po chwili kolejny i jeszcze jeden. Gdzieś z równoległego korytarzu, jakby zaraz za ścianą. Gdzieś blisko toczyła się regularna walka. Bestia wyła donośnie, z triumfem, jeszcze bardziej dramatyzując scenę walki. Karabiny grzmiały jak opętane, ale strzały stawały się coraz bardziej chaotyczne. Waranowi i Kulawemu pozostało jedynie przysłuchiwać się dramatowi jaki właśnie rozgrywał się za ścianą, obok nich.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania