Włóczęga - cz3. - Opowiadanie
6
Korytarz zwężał się z każdym krokiem, jakby bunkier próbował ich pożreć. Beton ocierał się o barki, wilgotny i lepki, pachnący stęchlizną i gnijącym tłuszczem. Goryl czuł, jak zimno wpełza mu pod pancerz, pod skórę, aż do brzucha i pachwin. Oddychał ciężko, przez zęby. Jak ranne zwierzę zapędzone w róg. Lis szedł tuż za nim, niemal depcząc mu po piętach. Goryl słyszał jego oddech, nierówny, urywany. Każdy dźwięk w tym miejscu był zbyt głośny. Kapanie wody, trzask łuszczącego się betonu, skrzypienie oporządzenia. Wszystko brzmiało jak krzyk.
– Goryl, Lis… tutaj… – odezwał się znajomy głos.
Nie z przodu, ani za nimi. Dobiegał jakby z wnętrza ściany. Goryl stanął jak wryty. Palce zacisnęły mu się na chwycie karabinu, aż poczuł ból w stawach.
– Mówiłem… że żyje – wyszeptał. – Słyszysz?
Lis skinął głową, ale w jego spojrzeniu było coś niepokojącego. Głos brzmiał… za blisko. Zbyt blisko. Jakby ktoś mówił tuż przy uchu.
Śmiech przeciął powietrze.
Suchy. Piskliwy. Kilkugłosowy.
Beton zadrżał.
Coś przemknęło po suficie, zostawiając za sobą rysę, z której sypał się pył i drobne odłamki. Goryl podniósł wzrok dokładnie w chwili, gdy Baba Jaga spadła między nich. Uderzyła o podłogę na czworakach. Teraz ujrzeli ją w pełnej krasie. Była ohydnie długa, kręgosłup wygięty jak łuk, żebra wystające pod cienką, szarą skórą. Jej kończyny miały za dużo stawów, zginały się pod niemożliwymi kątami. Na ciele tkwiły fragmenty dziecięcych ubrań, rękaw bluzy wrośnięty w bark, kawałek sukienki przyschnięty do biodra. Twarz była zlepkiem. Jedno oko większe, drugie zapadnięte. Usta pęknięte aż do policzków, pełne przegniłych zębów. Z gardła kapała czarna ślina.
– Tato… – przemówiła nagle.
Goryl wrzasnął.
Seria wyrwała się z karabinu. Kule wbijały się w jej tors, rozrywały mięso, rozpryskiwały krew na ściany. Jedna urwała jej fragment ramienia. Kość trzasnęła, coś chrupnęło, ale Baba Jaga tylko cofnęła się o krok.
I zaczęła się śmiać.
Śmiech wypływał z kilku gardeł naraz. Z jej ust, z klatki piersiowej, spod skóry. Jakby w środku było więcej istot.
– Strzelaj dalej! – wrzasnął Lis, pociągając za spust strzelby.
Pociski pruły powietrze, odłupywały beton, rozszarpywały ciało potwora. Baba Jaga ruszyła po ścianie. Pazury wbiły się w beton, rozcinając go jak mokrą glinę. Sunęła bokiem, potem po suficie, głową w dół. Jej twarz falowała. Zmieniała się.
Na moment była chłopcem.
Na moment dziewczynką, a chwilę później kobietą. Matką.
– Czemu mnie zostawiłeś …? – zapytała głosem, który znał z dzieciństwa.
Lis zawahał się.
Goryl zobaczył to wyraźnie: drgnięcie palca. Seria poszła w bok. Baba Jaga spadła na Lisa. Uderzenie wbiło go w ścianę, wyrzuciło mu powietrze z płuc. Coś chrupnęło w kręgosłupie. Pazury rozdarły mu ramię aż do kości. Krew trysnęła na twarz, gorąca, oślepiająca.
Krzyczał.
Mutantka nachyliła się nad nim i wciągnęła powietrze, powoli, zachłannie.
– Pachniesz jak wtedy… – wyszeptała. – Jak wtedy, gdy płakałeś.
Goryl rzucił się do przodu. Kolba uderzyła w jej bok. Raz. Drugi. Trzeci. Coś pękło. Baba Jaga zawyła, ale nie cofnęła się. Odwróciła głowę. Spojrzała na Goryla. Jej twarz zaczęła się zmieniać. Mięśnie ułożyły się inaczej. Oczy. Usta.
Twarz jego syna. Nie z ostatniego dnia. Z wcześniejszego. Z tamtego lata, gdy jeszcze biegał boso po betonie i śmiał się, mimo że jego dni zostały już policzone.
– Tato… – powiedziała twarz.
Goryl zamarł. Przez ułamek sekundy pomyślał, że jeśli tylko pozwoli jej podejść bliżej, jeśli zamknie oczy, ból po stracie syna może się skończyć. Ta wizja dawała mu w tej chwili przyjemne ukojenie.
Pazury wbiły się w jego brzuch. Przeszły przez pancerz. Przez mięśnie. Przez wszystko. Ciepła krew wylała się strumieniem. Goryl opadł na kolana, dusząc się powietrzem. Lis, półprzytomny, strzelił jeszcze raz. Kula trafiła w kark. Potwór odskoczył i zniknął w bocznej odnodze korytarza, zostawiając za sobą śluz, strzępy skóry i smród krwi.
Na ułamek sekundy zrobiło się dziwacznie cicho, nieswojo. Goryl drżał. Każdy oddech był walką. Teraz zrozumiał błąd. Myśl o ukojeniu uleciała wraz z upływem krwi. Powrócił strach.
– Ona… wróci… – wychrypiał. – Popełniliśmy błąd.
Śmiech rozszedł się po korytarzach. Z każdej strony naraz. W mroku zapłonęło kilka par oczu, osadzonych na nienaturalnej twarzy. Goryl spojrzał na granat w dłoni. Metal był śliski od krwi.
– Odsuń się – powiedział z trudem. Na jego ustach pojawiła się krwawa bańka.
– Goryl, nie…!
– Odsuń się.
Wyrwał zawleczkę zębami. Smak krwi zmieszał się z błotem.
Baba Jaga wysunęła się z cienia powoli, delektując się chwilą.
– Zabawka… – zachichotała. – To zwykła zabawka tatusiu.
Goryl rzucił granat.
Eksplozja rozerwała korytarz. Beton pękł, sufit zapadł się z hukiem. Ogień, kurz i odłamki pochłonęły wszystko. Goryl zniknął w chmurze kurzu i krwi. Lis poleciał na ścianę. Głowa uderzyła o beton niczym arbuz.
Świat zgasł.
Gdy cisza wróciła, po Gorylu został tylko urwany fragment ręki, wystający spod gruzów.
I ślady.
Ślady pazurów prowadzące w głąb bunkra.
7
Eksplozja nie była dźwiękiem.
Była uderzeniem.
Ściany zadrżały, jakby bunkier na moment stracił pewność, czy wciąż chce stać. Beton zawył głucho, zapominając, że jest nie należy do świata żywych, a powietrze w korytarzu skurczyło się i wybuchło jednocześnie. Waran poczuł, jak fala uderzeniowa wciska mu się w płuca, jakby ktoś próbował je rozerwać od środka, brutalnie, bez pytania.
Granat. Idiota - przemknęło mu przez głowę. Mówił, żeby tego nie robić. W wąskim labiryncie korytarzy granat nie był bronią. Był loterią. Albo zabijał wszystkich, albo zawalał drogę ucieczki. Albo jedno i drugie. Ale wiedział też, czym ten czyn był naprawdę. Nie taktyką. Nie planem. Desperacją. Ostatnią próbą człowieka, który zrozumiał, że Baba Jaga nie daje żadnych szans.
– Ruszaj się – warknął, chwytając Kulawego za pas, gdy kolejny wstrząs posypał im na głowy pył i kawałki betonu.
Kulawy ledwo stał. Osunął się na ścianę, kaszląc tak, jakby próbował wypluć płuca. Krew i kurz zmieszały się na jego ustach.
– Goryl… – wychrypiał.
Waran nie odpowiedział.
Nie było sensu. Nie było już kogo ratować.
Szli szybko, ale nie chaotycznie. Waran liczył kroki, zapamiętywał zakręty, rejestrował zapachy. Eksplozja zostawiła po sobie ślad: proch, spaleniznę krew.
Wtedy poczuł coś jeszcze. Intensywny zapach. Zatrzymał się gwałtownie.
– Stój.
Kulawy niemal wpadł na jego plecy.
– Co…?
Waran skierował latarkę w bok. Na metalowe drzwi wtopione w ścianę. Były wygięte, porysowane. Na framudze widać było ślady pazurów. I coś jeszcze. Zaschniętą krew. Małe ślady dłoni. Waran poczuł, jak w żołądku robi mu się zimno.
– Znalazła nas? – mruknął Kulawy.
– Nie — poprawił go. – To my znaleźliśmy to, czego szukaliśmy.
Popchnął drzwi kolbą. Ustąpiły z jękiem, jakby z ulgą. Zapach uderzył ich jak ściana. Kulawy zwymiotował po raz kolejny. Odruchowo. Ciało wiedziało, że tego nie wolno wdychać. Oparł się o framugę, dławiąc się, łzy spływały mu po twarzy. Waran wszedł do środka. Widywał już kiedyś takie miejsca. Nie raz. Nie dwa. Za każdym razem wyglądały tak samo.
Spiżarnia. Niskie pomieszczenie, klaustrofobiczne. Ściany oblepione resztkami tkanek, jakby przez lata ktoś ocierał o nie ciała. Podłoga nierówna, śliska od warstw krwi: starej, czarnej i świeżej, jeszcze lepkiej. Kości leżały wszędzie. Wciśnięte w kąty. Ułożone w stosy. Niektóre połamane, z wyssanym szpikiem.
Małe kości.
Dziecięce.
Czaszki miały różne rozmiary. Niektóre z jeszcze mlecznymi zębami. Inne z wybitymi oczodołami, czarnymi i pustymi jak studnie.
– Spiżarnia… – wyszeptał Kulawy, jakby nazwanie tego miało nadać temu sens.
– Tak – potwierdził Waran. Jego głos był suchy, pozbawiony emocji. – Magazyn. Zapasy na później.
Przeszedł kilka kroków dalej.
W rogu pomieszczenia coś się poruszyło. Nie gwałtownie. Miękko. Jak robak pod ziemią. Latarka zatrzymała się tam na dłużej.
Kilka dzieci.
Jeszcze żywych. Ich ciała były powykręcane, jakby anatomia przestała ich obowiązywać. Nogi podwinięte pod siebie, kręgosłupy wygięte, jakby przestały pełnić swoją funkcję. Skóra była blada, niemal przezroczysta, poprzecinana cienkimi, równymi bliznami.
Oddychały.
Powoli. Płytko. Mechanicznie.
Ich oczy były otwarte, ale nieobecne. Patrzyły, ale nie widziały.
– Ona… – Kulawy osunął się na kolana. – Czemu… czemu ich nie zabiła…?
– Bo nie chce – odpowiedział Waran. – Martwe mięso psuje się za szybko.
Podszedł bliżej. Zobaczył ślady ingerencji. Precyzyjne nacięcia przy karku. Wzdłuż kręgosłupa. Uszkodzony układ nerwowy, dokładnie tam, gdzie trzeba.
– Uśmierzyła ból – powiedział cicho. – Odcięła strach. Zabrała im możliwość ruchu. Zostawiła tylko życie. Iluzje życia. One nie są świadome tego co się z nimi dzieje.
Jedno z dzieci poruszyło bezgłośnie ustami. Kulawy zakrył twarz rękami.
– Co za popieprzony potwór …
– Nie – poprawił go Waran. – To ludzie są potworami. To my! Nie kto inny jesteśmy ojcami tych mutacji. To my stworzyliśmy świat, w którym takie rzeczy mogą istnieć. – Odwrócił się powoli. – Ludzie zawsze chcą więcej… pamiętasz? – Lis przytaknął niezdecydowanie. – Znajdźmy wreszcie to po co wysłał nas tu Prezydent.
Na końcu pomieszczenia były jeszcze jedne drzwi. Ledwie widoczne. Zlane ze ścianą tak dokładnie, jakby bunkier sam próbował je ukryć, albo zapomnieć, że kiedykolwiek je tam wprawiono. Prowadziła do nich wąska ścieżka, nie wydeptana przez buty, lecz przez coś, co pełzało. Co ciągnęło za sobą mięso, krew i śluz.
Waran szedł pierwszy, wiedząc że to właśnie tam będzie czekać na nich nagroda. Stawiał stopy ostrożnie, ale i tak wszystko chrzęściło. Dźwięk był suchy, pusty. Jak łamanie porcelany. Nie patrzył pod nogi. Wiedział, co tam leży.
Zanim dotknął drzwi, poczuł ciepło.
Nie odór. Nie wilgoć. Ciepło.
Chwycił metalowy pochwyt. Był nagrzany i lepki od zaschniętej krwi. Gdy uchylił drzwi, poświata wylała się na niego jak oddech pieca hutniczego. Złota, pomarańczowa, pulsująca. Światło, które nie oślepiało, tylko… koiło. Przez ułamek sekundy Waran poczuł coś, czego nie czuł od dekad. Uczucie życia.
Drugie pomieszczenie było ogromne. Większe niż wszystkie poprzednie, lecz podobne do spiżarni. Kości. Ściany oblepione były tkanką, nie pleśnią, nie śluzem, lecz czymś żywym, pulsującym.
Reagującym na obecność.
Po pośrodku, na betonowym postumencie, stało coś, co nie pasowało do reszty tego groteskowego obrazu.
Artefakt.
Wyglądał jak grube, szklane naczynie. Jak słoik albo ampuła. W środku nie było płynu. Była magma. Gęsta, ciężka, wirująca powoli, jakby miała własną wolę. Świeciła własnym światłem, jak zamknięte serce planety. Ciepło biło od niej falami, ogrzewając pomieszczenie, topiąc wilgoć, wypierając chłód bunkra.
Ogniwo. Źródło energii. Źródło ciepła. W tym przypadku, również źródło życia.
Wokół niego - potomstwo. Kilka małych istot, skulonych przy świetle. Jeszcze nie w pełni uformowane, ale już drgające życiem. Ich ciała były półprzezroczyste, skóra cienka jak pergamin. Widać było przez nią pracujące organy, wijące się nerwy, powolne skurcze. Każde z młodych potworów, było połączone ze sobą cienkimi włóknami, które pulsowały w rytmie światła. Wygrzewały się. Rosły.
– Potomstwo… – wyszeptał Kulawy.
Waran skinął głową.
– Inkubator – powiedział. – Dlatego jest taka łowna, zawzięta, bezlitosna. To Matka. Jak każda matka musi zadbać o potomstwo, nie ważne jakim kosztem.
Podszedł bliżej. Dotknął urękawiczoną dłonią wypustkę narośli wijącej się wokół gniazda.
Z głębi kompleksu rozległ się ryk.
Baba Jaga żyła. Eksplozja jej nie zabiła. Tylko zraniła. Waran przeczuwał to instynktownie, a jej przeraźliwy skowyt był tego potwierdzeniem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Szybki rzut oka na ogniwo, na plugawe embriony, na twarz Kulawego. Ten, mało nie rozpłakał się jak dziecko, słysząc skowyt mutanta.
W głowie Warana, niemal natychmiast ułożył się plan. Niemądry, ale być może skuteczny. Potwór, w jakiś niewytłumaczalny sposób musiał być połączony z gniazdem. Waran nie próbował tego zrozumieć, nie próbował tego analizować, postanowił to jednak wykorzystać.
– Wracaj na powierzchnię – rzekł do Kulawego, a gdy ten chciał mu przerwać, uciszył go tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Jak najszybciej biegnij do wyjścia. Pobiegniesz trzecim równoległym korytarzem. Miejmy nadzieję, że ten nie zawalił się po wybuchu. Nie czas na pytania, zamknij się i słuchaj uważnie… – Waran, mający nabytą przez promieniowanie zdolność do fotograficznego zapamiętywania wszystkiego co widział, szybko przedstawił Kulawemu trasę ucieczki. Widział albowiem w swej głowie mapę, jaką wcześniej pokazywał mu Prezydent.
– A co z mutantem? Jeśli ją spotkam, rozerwie mnie na strzępy zanim zdąży namieszać mi w głowie! – Wychrypiał rozdygotany.
– Zajmie się mną, zaręczam ci! No już! Wiej stąd ile sił w nogach!
Kulawy cofnął się, potknął o kości i zniknął w ciemności.
Waran został sam.
Wyciągnął nóż. Podszedł do pierwszego z małych potworów. W tunelach rozległ się ludzi krzyk. Włókna wokół poczwary naprężyły się, światło artefaktu przygasło na ułamek sekundy, jakby przeczuwło coś niedobrego. Kiedy stalowe ostrze weszło w ciało, nie było krzyku. Był chrzęst i pęknięcie. Jakby przeciąć napięty kabel.
Ciepła ciecz oblała mu dłoń. Istota zadrżała gwałtownie, jej kończyny wygięły się w karykaturalny sposób. Włókna zerwały się z mokrym trzaskiem. Tunele zawyły przeraźliwie
Następny potwór.
Tym razem było gorzej. Mała bestia poruszyła się, jakby próbowała się cofnąć i uniknąć stalowego ostrza. Jej twarz, ledwie zarys, zmieniła się, wykrzywiając się w coś, co było zbyt bliskie ludzkiemu grymasowi.
Waran zawahał się.
Jedno uderzenie serca.
Skowyt. Rumor, wizg. Potwór zbliżał się nieubłaganie.
Wbił nóż, po chwili głębiej.
Krew była gorąca. Parowała. Śmierdziała metalem i czymś słodkim. Ściany zadrżały w posadach, jakby cały bunkier odpowiedział konwulsyjnym bólem.
Z korytarzy tuż obok dobiegł dźwięk.
Wściekłość. Rządzą krwi.
Baba Jaga była połączona z nimi. Czuła każde przecięcie, każde zerwane połączenie. Jej ryk przetoczył się przez beton jak fala uderzeniowa.
Trzecie potomstwo zaczęło się miotać.
Waran musiał przycisnąć je kolanem. Czuł pod stopą drgania, rozpaczliwą próbę ruchu. Kości chrupały. Kiedy skończył, jego ręce były czerwone aż po nadgarstki.
– To jedyny sposób – powtórzył sam do siebie – Jedyny.
Pazury zaskrzypiały o metal framugi, uderzyły w ścianę. Baba Jaga wpadła do pomieszczenia jak tornado. Nie miała jednego wyrazu twarzy. miała ich kilka, nałożonych na siebie, rozrywających się nawzajem. Jej ciało było pokiereszowane, krwawiło, pulsowało, napięte bólem i furią.
Rozpoczęła się walka. Krótka, ale intensywna. Rzuciła się na Warana. Chwycił za karabin, pociągnął za spust. Za późno. Seria poszła obok. Potwór wybił się miękko od podłogi i uderzył w niego całym ciężarem. Karabin wypadł z rąk. Upadł z chrzęstem na stosie kości. Waran poleciał w tył, uderzył plecami o postument, na którym tkwił artefakt. Czuł na plecach niewyobrażalne ciepło, które jednak nie paliło. Tuliło, jak ramiona ukochanej osoby.
Potwór doskoczył do niego natychmiast. Zanim zdążył się podnieść, długie pazury błysnęły w świetle ogniwa. Wbiły się w jego bok. Poczuł jak coś w nim pęka.
Zawył.
Mimo, że pod kombinezonem miał wzmocnioną kamizelkę z kevlaru, poczuł niewyobrażalny ból. Sięgnął do kabury na udzie, wyciągnął pistolet. Przyłożył do go cielska potwora. Wystrzelił.
Bestia zawyła tuż przed nim. Jej twarz metamorfowała, nagle ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Szpetne. Usta rozerwane, aż po policzki, wielkie zgniłe zęby, i język. Długi na pół metra, śliski, wijący się niczym wąż. Strzelił raz jeszcze, ale wielkie cielsko potwora nie osunęło się na ziemię. Odgięło się tylko spazmatycznie do tyłu, wygięło kręgosłup, zawinęło łapą i wytrąciło broń z dłoni Warana. Rzuciła się na niego ponownie, ale zwinnych ruchem uskoczył, nurkując w stercie kości. Poderwał się. Wstał. Ona również. Stanęli naprzeciw siebie. Krótkie spojrzenie w oczy. Wyciągnął myśliwski nóż przytroczony do pasa. Potwór ruszył, Waran zrobił kolejny unik. Nóż błysnął. Ciął w okolice głowy mutanta. Chybił. Zachwiał się, poślizgnął, ale nie upadł. Potwór natychmiast to wykorzystał, przejął inicjatywę. Zamachnęła obiema łapami, raz drugi i trzeci, pędziła na niego rozwścieczona. Każdy cios był blisko. Każdy mógł być śmiertelny. Pazury rozcinały powietrze centymetry od jego twarzy. Waran uchylił się, wyginając w bok jak sprężyna. Przykucnął. Stwór zbliżył się, ale stracił już impet i równowagę. Waran wbił nóż, w miękkie ciało. Potwór zawył, instynktownie zawinął ogromną łapą, trafił Warana. Gorący płyn bryznął na ścianę. W końcu dopadła go. Przygniotła do ziemi. Jej ciężar miażdżył klatkę piersiową. Pochyliła się nad nim. Czuł jej oddech. Jej odór. Język wyskoczył z gęby próbując objąć jego szyję. Pazury ponownie wbiły się w jego bok. Waran odwrócił głowę, spojrzał w bok. Artefakt był tuż obok. Świecił jaśniej, niestabilnie. Włókna oblepiające zwłoki małych potworów, drgały jak napięte nerwy. Uśmiechnął się krzywo. Ręką brodząc po morzu kości namacał znajomy kształt. Pistolet.
– Żryj ołów – wyszeptał przez zakrwawione i zaciśnięte z bólu zęby.
Uniósł broń i strzelił w otwór gębowy potwora. Język zwinął się gwałtownie, jak zwolniona sprężyna i schował za rzędem przegniłych zębów. Waran pociągnął za spust jeszcze raz, i drugi, trafiając w paskudną twarz mutanta. Rozległ się nieludzki wizg. Po chwili rzężenie. Baba uniosła cielsko, chwyciła się za podziurawioną głowę. Waran strzelił w kolano. Upadła na kości, wierzgała, rozrzucając na boki białe patyki i czaszki.
Wędrowiec podniósł się. Wyjął magazynek i przeliczył jego zawartość.
Ostatni nabój.
Przeładował.
Wytarł krew napływającą do oczu z pooranej twarzy. Język potwora okazał się równie ostry co brzytwa. Potwór zawarczał złowieszczo, podparł się na rękach i przykląkł z trudem na kolanie. Zbierał siły, aby zadać ostatni cios. Waran rzucił się ku wyjściu. Wyprostował ręce. Przymierzył w szklany słoik. Czas się zatrzymał. Wirujący płyn, zahipnotyzował go. Ukoił ból. Uspokoił jego oddech. Przestał czuć złość. Radości też nie czuł. Raczej obowiązek. Nie był już człowiekiem. Nie potrafił nim być. Inni również, tego w nim nie widzieli. Jednak za wszelką cenę chciał się nim stać. Chciał tego doświadczyć.
Odrobinę człowieczeństwa.
Pociągnął za spust.
Potem była już tylko cisza.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania