Włodek Stegienko i wielka wyprawa po tysięczny pączek
Włodek Stegienko i Wielka
Wyprawa po Tysięczny Pączek
W Żyrardowie wszystko było żyrardowskie.
Kamienice były żyrardowskie. Cegły były
żyrardowskie. Resursa była żyrardowska. Muzeum
Lniarstwa było żyrardowskie. Dworzec był
żyrardowski. Paweł Rozmarynowicz był
żyrardowski. Tadeusz Rozmarynowicz był
żyrardowski. Maria Rozmarynowiczowa była
żyrardowska. Włodek Stegienko również był
żyrardowski.
Był już czwarty dzień Wielkiej Sprawy
Pączkowo-Dżemowej.
Do sklepu „U Rozmarynowicza” przyszedł Włodek
Stegienko. Był to ten sam Włodek Stegienko.
Włodek Stegienko od motocykla. Włodek Stegienko
od dżemu. Włodek Stegienko od pączków.
Paweł Rozmarynowicz spojrzał na Włodka
Stegienkę. Włodek Stegienko spojrzał na Pawła
Rozmarynowicza. Żyrardów patrzył na obu.
— Poproszę tysiąc pączków. Powiedział Włodek
Stegienko.
Paweł Rozmarynowicz policzył pączki. Potem
policzył je drugi raz. Potem trzeci. Potem czwarty.
Potem uznał, że dalsze liczenie może tylko
zdenerwować pączki.
— Mam tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć
pączków. Powiedział Paweł Rozmarynowicz.
Zapadła cisza. Resursa milczała. Dworzec milczał.
Muzeum Lniarstwa milczało. Żyrardów milczał.
Jeden żyrardowski gołąb zamierzał wprawdzie
gruchnąć, ale żyrardowska cisza okazała się
silniejsza.
Włodek Stegienko usiadł. Potem wstał. Potem
znowu usiadł. Potem znowu wstał. Potem usiadł
jeszcze bardziej.
— O nie, to stanowczo za mało. Powiedział Włodek
Stegienko. — Brakuje jednego. — Tak. Powiedział
Paweł Rozmarynowicz. — Jednego jedynego
pączka. — Tak. Powiedział Paweł Rozmarynowicz.
— Nie mogę tak żyć. Powiedział Włodek Stegienko.
— Bez jednego pączka? Zapytał Paweł
Rozmarynowicz. — Właśnie bez jednego pączka.
Powiedział Włodek Stegienko.
Włodek Stegienko zaczął chodzić po sklepie.
Potem po magazynie. Potem znowu po sklepie.
Potem znowu po magazynie.
Jeden z pączków zaczął się zastanawiać, czy nie
jest tym brakującym pączkiem. Nie był.
Paweł Rozmarynowicz zrobił się smutny. Nie
dlatego, że brakowało pączka. Tylko dlatego, że
Włodek Stegienko był smutny.
— Słyszałem, że w Krakowie są dobre pączki.
Powiedział Paweł Rozmarynowicz. — Naprawdę?
Zapytał Włodek Stegienko. — Naprawdę. — To co
zrobimy? — Pójdę do Gdańska. — Do Gdańska?
— Tak. — Po po co? — W Gdańsku znajdę kafejkę
internetową. — Rozumiem. Powiedział Włodek
Stegienko.
Włodek Stegienko nic nie rozumiał. Ale nie chciał
przerywać Pawłowi Rozmarynowiczowi.
— W kafejce internetowej sprawdzę, gdzie w
Krakowie są najlepsze pączki. — Rozumiem.
Powiedział Włodek Stegienko. Nadal nic nie
rozumiał.
— Następnie pojadę do Lublina. — Do Lublina? —
Tak. — Po po co? — Po pączko-cebularza. —
Rozumiem. Powiedział Włodek Stegienko. Nadal
nic nie rozumiał.
— I wtedy zdobędziemy tysięczny pączek.
Paweł Rozmarynowicz natychmiast wyszedł ze
sklepu. I ruszył do Gdańska.
Szedł. Szedł. Szedł.
Po dziesięciu metrach było ciężko. Po piętnastu
bardzo ciężko. Po dwudziestu metrach Paweł
Rozmarynowicz zaczął się zastanawiać, czy
Gdańsk nie mógłby przyjść do niego. Po
dwudziestu pięciu metrach przestał się
zastanawiać, bo było to zbyt męczące. Po
trzydziestu metrach oddychał bardzo ciężko. Po
trzydziestu pięciu metrach jeszcze ciężej. Po
trzydziestu dziewięciu metrach spojrzał tęsknie w
stronę sklepu. Po czterdziestu metrach usiadł na
ławce.
Potem zsunął się z ławki. Potem oparł się o ławkę.
Potem przez chwilę prowadził z ławką cichą
rozmowę. Ławka stała w Żyrardowie dłużej niż on,
więc miała większe doświadczenie w niechodzeniu
do Gdańska.
— Nie dam rady. Wyszeptał Paweł Rozmarynowicz.
— Czego nie da pan rady, panie Pawle
Rozmarynowiczu? Zapytał Włodek Stegienko.
— Dojść do Gdańska. Odpowiedział Paweł
Rozmarynowicz.
Wtedy Włodek Stegienko przypomniał sobie o
motocyklu. Był to ten sam motocykl, który stał przed
sklepem pierwszego dnia.
— Możemy pojechać motocyklem. Powiedział
Włodek Stegienko.
Paweł Rozmarynowicz odzyskał część sił. Ale
wtedy przypomniał sobie o swoich rodzicach. O
Tadeuszu Rozmarynowiczu. I o Marii
Rozmarynowiczowej. Nie chciał zostawiać ich
samych.
Pojechali więc pod dom państwa
Rozmarynowiczów.
Motocykl Włodka Stegienki miał jednak tylko dwa
siedzenia. Jedno siedzenie było dla Włodka
Stegienki. Drugie siedzenie było dla Pawła
Rozmarynowicza. Nie było siedzenia dla Tadeusza
Rozmarynowicza. Nie było siedzenia dla Marii
Rozmarynowiczowej.
Włodek Stegienko policzył siedzenia. Były dwa.
Następnie policzył pasażerów. Było czterech.
Różnica wynosiła dwa. Była to różnica
niekorzystna, a nawet matematycznie podejrzana.
Dlatego potrzebna była taczka.
Taczkę pożyczyli od kuzynki Włodka Stegienki i jej
męża. Kuzynka Włodka Stegienki i jej mąż mieli
bardzo dużo różnych rzeczy. Mieli taczki. Mieli
grabie. Mieli wiadra. Mieli jeszcze więcej wiader.
Mieli także bardzo głupiego psa.
Pies był tak głupi, że pewnego dnia szczekał na
własną miskę. Przegrał tę dyskusję, ponieważ
miska miała lepsze argumenty.
Tadeusz Rozmarynowicz i Maria
Rozmarynowiczowa mieli jechać właśnie w taczce.
Nie była to podróż luksusowa. Ale była to podróż.
Wtedy Maria Rozmarynowiczowa powiedziała: —
Nie jadę. — Dlaczego? — Bo nie mam siły. Był to
argument trudny do podważenia.
Tadeusz Rozmarynowicz powiedział: — Ja
mógłbym pojechać. — To pojedź. — Nie. —
Dlaczego? — Bo od czterech lat nie wychodzę z
domu. — I co z tego? — Nie będę łamał serii. Był to
drugi argument trudny do podważenia.
Paweł Rozmarynowicz wyjął wtedy z kieszeni
łańcuch. Bo Paweł Rozmarynowicz zawsze nosił
przy sobie łańcuch. Nikt nie wiedział dlaczego.
Paweł Rozmarynowicz również nie wiedział
dlaczego.
— Mam pomysł. Powiedział Paweł Rozmarynowicz.
Był to bardzo zły pomysł.
Przywiązali więc motocykl do domu państwa
Rozmarynowiczów. Dodali gazu. Motocykl
zawarczał. Dom nie. Dodali więcej gazu. Motocykl
zawarczał bardziej. Dom nadal nie. Dodali jeszcze
więcej gazu. Motocykl był bardzo zaangażowany.
Dom nie był zaangażowany wcale.
— Potrzebujemy więcej gazu. Powiedział Włodek
Stegienko.
Wtedy Włodek Stegienko zadzwonił po rodzinę.
Przyjechała rodzina Włodka Stegienki. Nie cała.
Potem przyjechała reszta rodziny Włodka
Stegienki. Wtedy była już cała. Było ich około stu.
Jeden z kuzynów próbował ich policzyć. Doszedł do
trzydziestu siedmiu. Potem zgubił samego siebie i
musiał zacząć od początku.
Przyjechał również wnuk kuzynki Włodka Stegienki
i jej męża. Miał dwa bardzo mądre psy. Psy
spojrzały na motocykl. Spojrzały na dom. Spojrzały
na łańcuch. Spojrzały po sobie. A następnie usiadły
bardzo daleko. Najwyraźniej coś przeczuwały.
Cała rodzina zaczęła pomagać wciskać gaz. Jeden
kuzyn wciskał gaz. Potem drugi kuzyn wciskał gaz.
Potem trzeci kuzyn wciskał gaz. Potem czwarty.
Potem piąty. Potem dziesiąty. Potem dwudziesty.
Potem trzydziesty. Potem czterdziesty.
W pewnym momencie gaz wciskało jednocześnie
kilkanaście osób.
— Czy można wciskać gaz bardziej? Zapytał jeden
z kuzynów. — Można spróbować. Odpowiedział
drugi. I wciskali dalej.
Minęła godzina. Potem druga. Potem trzecia.
Włodek Stegienko wierzył. Paweł Rozmarynowicz
wierzył. Rodzina Włodka Stegienki wierzyła.
Mieszkańcy Żyrardowa zaczęli wierzyć. Resursa
zaczęła wierzyć. Dworzec zaczął wierzyć. Muzeum
Lniarstwa prawdopodobnie też. Nawet bardzo
mądre psy zaczęły wierzyć. Bardzo głupi pies
również zaczął wierzyć. Chociaż nie było pewne w
co. Prawdopo-dobnie wierzył, że miska w końcu
przyzna mu rację.
Napięcie rosło.
Czytelnik mógł już być pewny, że się uda. Włodek
Stegienko był pewny, że się uda. Paweł
Rozmarynowicz był pewny, że się uda. Żyrardów
był niemal pewny, że się uda.
I wtedy...
Motocykl nagle ruszył.
Włodek Stegienko krzyknął. Paweł Rozmarynowicz
krzyknął. Rodzina Włodka Stegienki krzyknęła.
Mieszkańcy Żyrardowa niemal krzyknęli.
Przez około trzy sekundy wszyscy byli przekonani,
że jadą razem z domem.
Po czwartej sekundzie Paweł Rozmarynowicz
spojrzał za siebie.
Dom stał dokładnie tam, gdzie stał wcześniej. Nie
przesunął się. Nie drgnął. Nie przechylił się. Nie
zrobił nic. Przez cały ten czas zachowywał się jak
zwyczajny dom.
Zerwał się tylko łańcuch.
— Włodku Stegienko... Powiedział Paweł
Rozmarynowicz. — Tak? Zapytał Włodek
Stegienko. — Dom nie jedzie. Powiedział Paweł
Rozmarynowicz.
Włodek Stegienko spojrzał.
— Rzeczywiście. Powiedział Włodek Stegienko. —
To nie jedziemy. Powiedział Paweł Rozmarynowicz.
— To nie jedziemy. Powiedział Włodek Stegienko.
Zawrócili więc. I wrócili do Żyrardowa.
Resursa wróciła do bycia Resursą. Dworzec wrócił
do bycia dworcem. Muzeum Lniarstwa wróciło do bycia Muzeum Lniarstwa.
A tysięczny pączek nadal pozostawał
nieodnaleziony.
Koniec tomu II
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania