Wody płodowe, czyli historia pewnego rurociągu oraz jego króla napisana przez dostawcę usług literackich pod koniec XX wieku.
RI
Z dniem dziesiątym bieżącego miesiąca, który bieżącym był przede wszystkim w kranie, gdy odkręciłem już kurek z nadzieją, że wyleci nań odrobinę weny, a zastałem tylko metaliczny pomruk rury. Echo, które wypluło z gardła kranisko, bolało w uszach niemiłosiernie, iż, jakby nie tampony, które trzymają w łazience matka i siostra, najpewniej z uszu po raz pierwszy dostałbym krwawienia.
Nie było nigdy wcześniej, ani później w mym krótkim żywocie miejsca na to właśnie, by nieopacznie, w miesiącu bieżącym, który jest na tyle płynny, by rozlać się bezpośrednio z kartek kalendarza wprost pod stopy zagubionego w sobie człowieka, jakby ten zalew wodny pragnął wchłonąć najpierw podłogę, a później mnie pochłonąć, by moim poszukiwaniom dać wyraźną formę zakończenia; bym ponownie i nieopacznie odkręcił w kranie kurek z nadzieją, iż wypłyną tam wody płodowe, których twórcy nieustannie poszukują. Rzadko się zdarza przecież, by wody płodowe miały swoje, nieszczególnie zresztą chlubne, miejsce pośród rurociągów, wodociągów i kanalizacji.
Miałem to szczęście jednak, iż w bezpośrednim sąsiedztwie mojego domostwa, stało inne, bardzo ważne domostwo, które należało do wójta, a syn jego Włodzimierz, był królem wodociągów. Znajomość ta zresztą, jednak z niewielu, o które jako tako zabiegałem, przyniosła mi przecież stosunkową sławę w mym skromnym miejscu zamieszkania i na równi poczytalność i niepoczytalność, w zależności od tego, kto raczył mnie czytać. To zresztą historia na osobną historię, bo jest to temat tak rozległy, iż nawet najbardziej rozległe w swej myśli umysły ludzkie do dzisiaj nie potrafią wytłumaczyć w jaki sposób raz zapisane przez człowieka słowo, następnie przez inne usta wypowiedziane, wraca z powrotem do człowieka w takiej formie, w jakiej ktoś to słowo wypowiadał, a zmienia też jednocześnie człowieka w cudzą wypowiedź pomimo, iż jest to przecież jego własna wypowiedź.
To jednak, co jest istotne, to mój sąsiad wójt i syn jego - Włodzimierz - król wodociągu, który razu pewnego przyszedł do mnie i powiedział prosto z mostu:
- Ogarnę ci trochę wody płodowej. I nie będą to byle jakie wody. Najstaranniejsza selekcja. Tylko kobiety w przedziale od 21 do 28 roku życia. Tylko kobiety, które są po raz pierwszy w ciąży, innymi słowy kobiety, które urodzą pierworodnego lub córkę. Z błękitnego kurka płynąć będą wody płodowe w ciąży z dziewczynkami, z czerwonego kurka wody płodowe kobiet w ciąży z chłopcami. Będziesz mógł nawet wody te mieszać. Będzie tej wody tak dużo, iż wystarczy ci jej nie tylko do picia, ale nawet, by wziąć w niej kąpiel.
Słysząc to ostatnie mało nie omdlałem i tylko mocny uchwyt za obrys futryny, który majaczył mi w oczach, gdy świat, który widziałem, zapadł się we mnie, a nogi stały się miękkie, wątłe, jakby ktoś nagle wyjął z nich kości i rzucił gdzieś dalej. Poczułem też chwilowe otrzeźwienie, gdy gruba, włochata dłoń Włodzimierza przywaliła mi po po pysku i poczułem, jakby pod skórą najpierw coś pękło głucho, potem zaczęło mocno tętnić, by z tego tętna rozlał się żar potworny, który promieniował na połowę mojej twarzy. Już miałem się odezwać, ale w głowie znowu mi huczało, a w huku tym przewijały się te same słowa, jak wyplute z megafonu: "Wody płodowe, córki, synowie, prysznic, świeże wody płodowe, z kurka, czerwone, niebieskie, wody płodowe".
I wiedziałem tylko tyle: będę musiał coś przecież zrobić. Taka oferta, od takiego człowieka dla takiego człowieka nigdy nie jest za darmo, a wszystko ma swoją cenę. A jeśli coś jest bezcenne, to najczęściej człowiek, niezależnie od finalnej wyceny raz, że przepłaci, a dwa i tak będzie wiedział, że przepłacić nie może, bo przecież są dobra niewycenialne, które jakimś cudem trzeba mieć w posiadaniu.
- Ile - zapytałem tylko, masując lekko policzek, którego nie widziałem, ale byłem niemal pewny, że jest cały czerwony, jakby mi ktoś go śniegiem natarł, a żałowałem też, że nie ma śniegu, bo najchętniej przyłożyłbym do ryja jakieś zimne coś, żeby złagodzić ból, pieczenie i obrzęk, który narastał wokół kości policzkowej.
- Książkę - padła odpowiedź.
- Książkę? - zapytałem.
- Książkę - znowu padła odpowiedź i tym razem była na tyle konkretna, że mogłem się jej przyjrzeć, gdy leżała na płytkach przed wejściem. Zatem widziałem nie tylko książkę.
Widziałem całą powieść w której on - Włodzimierz - król rurociągów, poślubił Gertrudę, księżniczkę, która mieszka samotnie na szczycie kieliszka, nieopodal pustek butelki. Tej samej, w której do dzisiaj chłopcy wdychają aromat spirytusu z nadzieją, że będą mogli widzieć więcej lub lepiej, a najlepiej widzieć przez bluzki dojrzewające biusty dziewcząt, różowe brodawki, delikatne, zielonkawo-błękitne żyłki, które te brodawki otaczają. A najlepiej, gdyby mogli widzieć ich słodkie cipki z lekkim owłosieniem.
Patrzyłem na to przez chwilę. Potem spojrzałem na Włodka, bo przestał być Włodzimierzem a stał się Włodkiem, nie był już królem rurociągu, a młodym jeszcze chłopcem, który bardzo chciał zaruchać Gertrudę, mieć z nią syna, a potem drugiego i trzeciego, i każdego z synów osadzić na ważniejszym w okolicy stanowisku, by w ten sposób przedłużyć pierwotnie urzędniczą, teraz nepotyczną linię swojej rodziny. Tą samą linię, na której przed laty powiesił się dziadek i do dzisiaj ciąży na tej linii, iż w zimne i szczególnie ciche noce można słyszeć jak z domu wójta dobiega takie dziwne i ciche kwilenie. Włodzimierz był teraz Włodkiem i patrzył na mnie zmieszany, niepewny, a nawet zawstydzony i był to moment, gdym go takim widział:
- Włodku, tylko ja nie mogę, jestem na głodzie, nie mam nic do picia, nie mam nic do picia, nic do zobaczenia, nic do pisania. Jestem na głodzie, a dzisiaj, w tym domu, odkręciłem kurek i nie było tam nic poza tak ogromną ilością wkurwiającego mnie dźwięku, iż prawie krew mi się puściła z uszu, jak puszczała się stara Malwina przy naszym dworcu.
A warto dodać, chociaż nie wiem, czy dygresja ta w jakikolwiek sposób wpłynie na historię, jednak stara Malwina, która lubiła kurwić się pod dworcem, jest figurą na tyle wyrazistą i mocną w tym niewielkim mieście, iż bez wspomnienia o niej, w historii brakować będzie charakterystycznego dla naszej nikłej kultury elementu. Bo Malwina kurwiła się na potęgę i często robiła to nieświadomie. Zupełnie otumaniona oparami spirytusu z głównej butelki, przy której mieszkali rzeźnik i jego żona, a których domostwo graniczyło z tutejszym „Aromadłem”. Chadzali tam prawie wszyscy, od dzieci po starców i zależnie, czy próbowali się wkraść w opary, czy wykupić wejście, mieli jeden cel – wciągnąć w nozdrza ten najdziwniejszy zapach, który był zapachem diamentu. Z tym kruszcem łączył go przede wszystkim sposób w jaki to woń spirytusu przenika nozdrza, bo każdorazowe wciągnięcie wypełnionego zapachem substancji powietrza oznaczało pieczenie nozdrzy i uczucie, jakby ktoś właśnie naciął je ostrymi diamentami. Sam aromat był krystaliczny, przeźroczysty, był, jakby ktoś fetor rozkładającego się ciała skrystalizował w zapach, który będzie miał w sobie jednoczesne szlachectwo i coś, co odpycha i fascynuje jednocześnie. Była tam też Malwina, której nozdrza były napuchnięte, szerokie, a pod dziurkami od nosa widoczne były skrzepy krwi – efekt wieloletniego i nadmiernego wdychania spirytusu. Malwinę nie interesował mistyczny element spirytusowej natury, a końcowe zastosowanie, którym było całkowite otępienie, odurzenie i odcięcie. Zawsze, w jakiś niewyjaśniony sposób, gdy jej umysł na chwilę opuszczał ciało, samo ciało wracało do jej legowiska pod dworcem, gdzie następnie, nieświadome raczej, brało udział w wielogodzinnej kopulacji, w której udział brali miejscowi i zdesperowani chłopi. Jedyne, świadome przebłyski aktów kopulacji, zaliczyła Malwina w trakcie poszukiwania pieniędzy na kolejne wejście w świat wypełnionych aromatem spirytusu butelek. Sprzedawała wtedy najchętniej siebie, a ku zaskoczeniu wielu, nie brakowało chętnych. Podobno kobieta, która trzeźwieje ze spirytusowego cugu, a w obliczu silnego uzależnienia, doświadcza tak silnego głodu, który zupełnie zmienia jej ciało. Wtedy organizm człowieka to nie są już tkanki, krew, kości, skóra, ale maszyna nastawiona wyłącznie na jeden cel: zdobycie wejścia w świat spirytusu. A w celu tym zawiera się jakaś przerażająca, nieludzka skłonność, by cel ten realizować zgodnie z naturą człowieka – w objęciach spoconego, brudnego i pokaleczonego ciała, z kłębkami tłustych włosów, które lepią się do pleców, brudem pod paznokciami, który niejednokrotnie zostawiła kochankom na plecach, gdy drapała do krwi i grube, owłosione i brudne od węgla cielska.
Przyszedł wreszcie upał lata. Dworzec chwilami pokrywały czarne kłębowiska dymu, które wypluwały wydechy autobusów, jakby krztusząc się, kaszląc, a by po chwili mijać i z ostrego zapachu spalenizny pozostawić miękki, puszysty, ale równie gęsty fetor śmietniska, resztek żarcia rozrzuconego przy koszach i znacznie lżejszy, niemal słodki gołębich odchodów. Tegoż to lata Malwina, można powiedzieć, przechodziła szczyt zainteresowania. Możliwe nawet, że było to wynikiem zaostrzenia się objawów, które pewien mój bliski znajomy określił mianem „Mistycylium Delioza”. Musisz mi, w tym miejscu, drogi Czytaczu, wybaczyć, że myśli moje będą przeskakiwać po słowie, jakbym nic sobie robił z tego, że słowa mają definicję i znaczenie, a istotną zasadą posługiwania się słowem, jest postawienie słowa obok słowa, a potem zdania, obok zdania, by otrzymać nie tyle ciągłość, co spójność, ale myśli moje, z których każda jest niezależna, nieustannie walczą o uwagę tak bardzo, iż ja już nie walczę, co akurat pojawi się w głowie, musi znaleźć miejsce na papierze, bym w ten sposób zachował wierność w postaci szczegółów na temat miejsca mojego pochodzenia, wydarzeń, których byłem świadkiem lub które zasłyszałem, a kosztem nawet spójności i chronologii, ponieważ w ten sposób mogę teraz spisywać historię, gdy zamarzła woda w rurach mojego domostwa i jedyne, co zostało, co ogrzewać nieustannie kranisko kilkorgiem świeczek, by słyszeć: „kap, kap, kap”. Kapanie, które z cichego dźwięku, zamienia się w uderzenie wody o powierzchnię wody, a dźwiękiem tym wypełnia całą, wolną w domostwie przestrzeń. I chciałbym nie myśleć, że ja też jestem tym dźwiękiem i czekam na każde „kap” i odliczam (1978), ale każdego kap nienawidzę, bo wypełnia też mnie, mój umysł i jest to jedyny dźwięk, poza odgłosem długopisu, którym suwam po papierze.
Wróćmy zatem do „Mistycylium Delioza”, które posiadało najróżniejsze natężenie i kilka cech wspólnych, a jednocześnie było zwiastunek rychłej śmierci, chociaż nikt, przed moim bliskim znajomym, nigdy w ten sposób o tym nie powiedział. Nikt, nigdy wcześniej, nie wiązał tej szczególnej formy opętania przez spirytus ze stanem przedśmiertnym, jakby w obawie, że nadając widocznym, ale nie wypowiedzianym zjawisko ramy faktu, skazuje samego siebie na to, by pewnego razu w tym fakcie wziąć udział. W „Mistycylium Delioza” można wyróżnić kilka objawów, które człowiek często spotyka: wielogłosowość – w jednej chwili osobnik staje się małym dzieckiem, który płacze i szuka mamy, w drugiej staje się wyklinarką śmietniowiska, któremu zarzuca brak ogłady, chamstwo i coś tam jeszcze, by znowu wejść w rolę w dozorcy latarni, który opowiada, iż od dawien dawna nie sypia we dnie, by następnie krzyczeć i wyć, jak dzikie zwierzę, a, nim opadnie ten osobnik z wycieńczenia, kończy zawsze elementem, który oznaca Mistycylium – możliwie najgłębszym objawieniem na temat człowieka. I tak, z ust Malwiny padały najróżniejsze słowa, ale zawsze to, czym wieńczyła swój pokaz, było wyrażenie tak filozoficzne, egzystencjalne i trafne, iż żadnego z nich nie chcę powtórzyć, bo nawet nie jestem w stanie. W przypadku Malwiny co innego należało jeszcze do rzeczy charakterystycznej: głód seksualny, który zmieszał się z głodem spirytusowym do tego stopnia, iż Malwina nie była w stanie odróżnić czego, wedle reakcji ciała, potrzebuje. Dlatego ruchała się na potęgę, a mówią, że nawet gwałciła podrostków, tak, iż w tamtym okresie bojaźliwi omijali dworzec, a żądni wrażeń nieustannie tam chodzili. W pewnym momencie Malwina przez wiele dni leżała bez ruchu, w upalny, tłusty od zapachu smażonego oleju i oparów spirytusu, który podczas upału ulatniał się z butelki, ktoś wreszcie przyszedł i kopnął Malwinę w głowę. Głowa ta natychmiast odpadła, a z samej szyi wypełzło wiele, białego robactwa. Nikt wcześniej nie zauważył, że Malwina nie żyje, że się rozkłada, że jej ciało cuchnie fetorem zgniłego mięsa, bo nie był to fetor silniejszy, niż smród jej ciała, gdy jeszcze żyła.
Mówię o tym również dlatego, iż Malwina od tamtej pory była symbolem, a jednocześnie wytyczyła nieprzekraczalną granicę. I wcale nie jest tak, że nie sposób było jej przekroczyć. Granica takowa pełni inną funkcję, dla społeczności, która znała historię Malwiny, jej zachowanie było punktem granicznym, który wytyczał granicę pomiędzy zachowaniem dopuszczalnym pod wpływem spirytusu, a nawet w imię zdobycia spirytusu, a zachowaniem niedopuszczalne. Innymi słowy: tak długo, jak ktoś, w tym przypadku najczęściej dziewczyna lub kobieta, nie zdradzała zachowań, które Malwina praktykowała na co dzień, spirytus dla tej osoby nie stanowił problemu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania