Wolność
Cały czas żyjemy w przeświadczeniu, że jesteśmy wolni. Choć tak naprawdę nie wiemy co to znaczy. Cieszymy się tą tak zwaną wolnością, łakniemy jej coraz więcej i więcej. Twierdzimy, że nie umiemy bez niej żyć. Mydlimy sobie nawzajem oczy, ukrywając prawdę. Prawdę może i bolesną, lecz żyjącą w każdym z nas, gdzieś głęboko, w najciemniejszych zakamarkach umysłu.
Bo czy można nazwać wolnym człowieka w dwudziestym pierwszym wieku? W czasach oszustów i kłamców? W czasach podłych przekrętów i żądzy pieniądza? W czasach bezczynnego klęczenia przed ekranami i niszczenia świata marzeń. Dlaczego nikt nie zauważa, że sami krok po kroku budujemy swoje klatki, z których coraz ciężej nam wyjść? Na własne życzenie owijamy się szczelnie w kokon kłamstw i uciekamy od cierpienia drugiego człowieka. Udajemy, że nie widzimy zła, jakby pomaganie mogło nas zabić. Zakładamy maski ślepców i zamykamy się na innych. Zatracamy się w swoim własnym ja. Gnijemy w naszych klatkach. Z czasem, nawet one nie mieszczą już naszego przerośniętego ego. Wtedy dusimy się swoją osobą. Dusimy się swoją doskonałością. Prowadzimy się do pewnej zguby, nie widząc ile nas dzieli od przepaści. Aż w końcu przepełniamy szale i w ostatecznej furii robimy jeden krok za dużo. Wówczas nasza dusza jest bezkresną czarną dziurą odartą z każdej możliwej cząstki wolności. Autodestrukcja. Samozagłada. Ale czy musimy do tego prowadzić? Czyż nie chcemy być ludźmi wolnymi? Ponoć prawdziwa wolność to zwycięstwo nad samym sobą. Więc przestańmy się siebie wstydzić. Zdejmijmy maski. Pokażmy światu naszą prawdziwą twarz. Pokażmy swoje wewnętrzne piękno. Nie udawajmy, że nie widzimy cierpiących. Kochajmy szczerze. Wyrzeknijmy się materialnych bożków. Mówmy prawdę. A nasze klatki stopniowo będą otwierać się, znikać, abyśmy mogli nazwać się prawdziwie wolnymi. Wtedy świat wyda nam się piękny, choć na każdym kroku będziemy widzieć okrucieństwo. Może brzmi to dziwnie, ale nie będzie to piękno typowe. Piękna będzie wszechobecna aura prawdy. Wdychana do organizmu i przenikająca każdą komórkę. I choć serce będzie nas kłóć z żalu będziemy wolni. A słowo to samo w sobie jest cudowne. Bo czy nie lepiej być wolnym z wszystkimi tego następstwami, niż żyć w swoim wyimaginowanym malutkim świecie?
Wolność. Wolność. Wolność. Powtarzajmy to do utraty tchu. Nieprzerwanie motywujmy się do zdobycia upragnionego celu. Może to absurd. Może bezsens. Ale w życiu warto w coś wierzyć. A ze wszystkich tych, od dziecka wbijanych mi do głowy rzeczy, wybrałam to. Zawsze wierzyłam, wierzę i będę wierzyć w wolność. Bo daje mi to niezwykłą siłę. Pomaga każdego dnia spoglądać godnie przed siebie. Skąd pewność, że moje pojęcie wolności jest dobre? Przecież to słowo nie ma konkretnej definicji. Jak się przekonać? Wystarczy na chwilę zatrzymać się w biegu, rozejrzeć się, a wtedy przed oczyma ukażę się tak dobrze maskowana przed świadomością- CODZIENNOŚĆ…
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania