Wpadła bomba... (1)

W burzowy, ponury dzień rozpędzony samochód z piskiem opon zahamował na ulicy. Zatrzymał się i nieco wycofał, lekko wsuwając się na chodnik. Z pojazdu wyskoczyły dwie postacie odziane w kurtki chroniące je przed deszczem. Jedna z nich otworzyła bagażnik i szybko wyciągnęła stamtąd duży, czarny przedmiot. Druga, wyższa osoba, zatrzasnęła klapę i niezgrabnie objęła niższą postać ramieniem.

- Miłej zabawy, kochanie – powiedziała, przekrzykując wiatr

- Tak… Dzięki, mamo. – Trzynastolatka przewróciła oczyma.

Kobieta wskoczyła do samochodu i odjechała, machając do swej córki. Dziewczyna westchnęła, zarzucając plecak na grzbiet.

Na pierwszy rzut oka, wyglądała jak wiele dziewcząt w jej wieku. Nikomu nie przyszłoby do głowy, by nazwać ją wysoką ani szczupłą. Nie ubierała się jakoś szczególnie dziwnie – miała na sobie postrzępione dżinsy i koszulkę na ramiączkach, a na to narzucony płaszcz przeciwdeszczowy. Gdy wiatr uniósł jego kaptur, odsłoniło się coś szczególnego –pofarbowane na niebiesko włosy ścięte „na pazia” i duże oczy o tęczówkach barwy piwnego brązu, które przy sztucznym oświetleniu przybierały kolor złota. Rozejrzała się po okolicy. Na sierpniowym niebie szalały burzowe chmury, więc wszystko było zasnute czernią. Widziała jednak, że jest na odludziu – stała na podniszczonym chodniku, wyłożonym przy popękanej, asfaltowej ulicy. Spostrzegła niedaleki las, usłyszała rzekę płynącą w oddali, ale nie ujrzała żadnych zabudowań. Zastanawiała się, gdzie jest pensjonat, w którym miała spędzić następny miesiąc. Okręciła się wokół własnej osi i w końcu go ujrzała.

Pensjonat musiał być kiedyś małą, jednopiętrową kamienicą. Towarzyszyły jej teraz dwie niskie, podłużne dobudówki – jedna z lewej, druga z prawej strony. Ściany kamienicy były nie pomalowane, a dobudówek – brudne. Wszystko obiegał płot ze starych, poczerniałych prętów. Dziewczyna przeszła przez asfalt i pchnęła klamkę bramy. Zawiasy zaskrzypiały okropnie głośno. Przeszła przez kawałek zeschniętego trawnika i zapukała do brązowych drzwi kamienicy, lecz nikt jej nie otworzył. Okiennice, które znajdowały się po bokach drzwi były zamknięte. Zaczęła zastanawiać się, czy na pewno dobrze zapamiętała adres. Jeśli dojechała źle, musiałaby pieszo iść do wsi znajdującej się kilka kilometrów dalej, gdyż nie miała przy sobie telefonu komórkowego – był ścisły zakaz zabierania ich ze sobą.

Nagle niebo przecięła jasna błyskawica. Nastolatka spojrzała na nią zafascynowana, jednak podskoczyła, gdy po krótkiej chwili rozległ się głośny grzmot. Zapukała mocniej, niespokojnie spoglądając w niebo. Co prawda, burze zawsze ją intrygowały, ale nie chciałaby stać się ofiarą uderzenia piorunem. Po chwili ktoś zaczął krzątać się po drugiej stronie ściany. Zabrzęczał łańcuch, poruszyła się klamka i dziewczyna została obrzucona wściekłym spojrzeniem.

- Imię, nazwisko – warknęła kobieta, wychylając się lekko z podkładką w lewej dłoni.

- Dagmara Nowicka – odparła dziewczyna, przyglądając się dorosłej, która odznaczała coś na kartce. Kobieta była chuda i wysoka. Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat, ale jej twarz wyglądała na zmęczoną życiem. Mysie włosy sięgały jej do ramion, a ubranie pogniecione. Jej głos był zachrypnięty. Sprawiała wrażenie smutnej i zrezygnowanej. Odwróciła się i gestem przykazała, by nastolatka poszła za nią.

Przechodziły przez ciemny, wąski korytarz. Jedynym źródłem światła była migająca żarówka kilka metrów dalej. Kobieta szła pewnym, sztywnym krokiem – widać było, że bardzo dobrze zna ten dom. Dagmara jednak co chwilę na coś wpadała – a to uderzyła plecakiem w ścianę, a to walnęła kolanem w kredens… Po chwili wdrapywały się już w górę po drewnianych schodach. Na piętrze także panował półmrok, rozświetlało go jednak światło, dobiegające z pomieszczenia na drugim końcu korytarza. Słychać było również głosy, najwyraźniej pochodzące właśnie stamtąd. Po chwili obie weszły do pomieszczenia.

Kilka sekund zajęło, by oczy Dagmary przyzwyczaiły się do jasności. Ujrzała duży, przestronny pokój. Ściany pomalowano na beżowo. Po lewej stronie pomieszczenia stał długi, drewniany stół i kilkanaście solidnych krzeseł. Naprzeciwko niego był murowany kominek, który wyglądał na dawno nierozpalany. Na górze pokoju wisiał staromodny żyrandol z dwoma dużymi kloszami, których biel była dość mocno zabrudzona przez szarość. Na podłodze wyłożonej drewnianym parkietem leżało kilka brązowych dywanów, a duże okna zasłonięto ciężkimi firanami. W całym pomieszczeniu siedziało około dziesięciu osób. Trzech chłopaków majstrowało coś przy oknie; dwie rudowłose młode kobiety rozmawiały cicho przy stole; dziewczynka ze słuchawkami na uszach siedziała po turecku obok kominka; dwóch chłopców i dziewczyna zaśmiewali się, stojąc przy ścianie; ubrana na czarno nastolatka leżała na dywanie, czytając książkę. Większość osób wydawała się od niej starsza. Kobieta, która ją tu przyprowadziła, klasnęła w dłonie.

- To wasza nowa koleżanka, Dagmara. Róża – kobieta wskazała na czytającą nastolatkę – jesteś z nią w pokoju, więc oprowadź ją i opowiedz co i jak. – wyszła. Niebieskowłosa zdjęła kurtkę i popatrzyła na nastolatków. Tak jak zawsze, przed poznaniem nowych ludzi, starała się zrobić małe rozeznanie. Jej zwyczaj wziął się z przyzwyczajeń detektywów – bohaterów powieści kryminalnych, na których punkcie miała bzika. Większość osób nie zwróciła na nią większej uwagi, jedynie dziewczynka siedząca przy kominku przyglądała się jej badawczo. Wyciągnęła już słuchawki z uszu. Miała ciemnoblond włosy zaplecione w warkocz i białą koszulę z podniesionym kołnierzykiem. Sprawiała wrażenie nieśmiałej, grzecznej osoby, wzbudzała raczej ciepłe uczucia. Dagmara stwierdziła, że powinna łatwo się z nią dogadać. Chłopcy stojący przy oknie przypominali młodocianych „dresów” stojących przed blokami – byli głośni, rzucali niecenzuralnymi słowami i zaśpiewali się do rozpuku. Nie wydawali się zbyt inteligentni. Kolejna trójka wydawała się bardziej przyjazna – z odległości kilku metrów biła od nich dobra aura. Wygłupiali się i żartowali, a dziewczyna obrzuciła Dagmarę ciepłym spojrzeniem. Za to dwie nastolatki siedzące przy stole nie przypadły jej do gustu. Wydawały się niezadowolone. „Założę się, że kiedy mnie zauważą, zaczną mnie obgadywać” - przeszło jej przez myśl. Zanim podjęła decyzję, czy do kogoś podejść, Róża zamknęła książkę i podniosła się z dywanu.

- Kończyłam rozdział – wyjaśniła. Dagmara spojrzała przelotnie na okładkę – była to chyba jakaś powieść o wampirach, zważając na krwistoczerwone litery zdobiące czarne tło i parę lśniących kłów na środku. Jej nowa koleżanka sama sprawiała wrażenie wampira – miała czarne, lśniące włosy spięte w dwa dziwne koczki na górze głowy, była przeraźliwie chuda i blada. Miała na sobie czarną spódniczkę przed kolano i czerwoną koszulkę z czarną siateczką oraz – pomimo ciepła panującego zarówno na dworze, jak i we wnętrzu - wysokie glany. Gdy spojrzała jej w oczy, ujrzała fioletowe tęczówki. Trudno było określić jej wiek nowej znajomej, ponieważ miała ostre rysy twarz i widoczny makijaż. Mogła mieć zarówno czternaście, jak i dwadzieścia lat.

- Co się gapisz? Już się zakochałaś? To chyba nowy rekord. – Odsłoniła proste, białe zęby w szerokim uśmiechu.

- Przepraszam – mruknęła speszona Dagmara.

- Przecież żartuję, młoda. Chodź, może coś zjesz, bo na kolację już się nie załapałaś. – Dziewczyna sprężystym krokiem wyszła z pomieszczenia do ciemności skrywającej korytarz. Dagmara niepewnie ruszyła za nią.

- Nie przedstawisz mi się? – zapytała nieśmiało.

- Róża. Nazwiska nie potrzebujesz. Wiek: piętnaście. Kocham wampiry, jedzenie i słabe romanse w młodzieżowych powieściach, coś jeszcze?

- Też lubię jeść – wykrztusiła młodsza z dziewczyn, onieśmielona śmiałością czarnowłosej.

- Widać. To się dogadamy.

Niespodziewanie przycisnęła palec do ust, w geście, który oznaczał „Bądź cicho”. Podbiegła do schodów i spojrzała w dół. Wróciła, a następnie, błądząc dłonią po ścianie, odnalazła włącznik światła.

- Co to było? – zapytała zaciekawiona Dagmara.

- Sprawdzałam, czy stara już śpi. – Widząc niezrozumienie na twarzy młodszej koleżanki, przewróciła oczami.

- Ta baba, która przyprowadziła cię do świetlicy, nasza opiekunka. Mamy z nią niepisaną umowę – my jej nie przeszkadzamy w spaniu całymi dniami, nie robimy nic na tyle głupiego, żeby musiało interweniować pogotowie albo policja, a ona udaje, że nie widzi, co robimy – wyjaśniła.

- Okej, rozumiem.

- No to zaczynamy. – Róża klasnęła w dłonie. – Na tym piętrze jest tylko kuchnia i świetlica. Jak widziałaś, przesiadują tam wszyscy. Szczerze, to jest jedyne ciepłe miejsce w tym domu, a poza tym mamy przymus, bo Marchewa każe nam się integrować. Siedzimy tam więc każdego wieczoru, a także podczas deszczu i zajęć. Jemy tam też posiłki, pewnie się tego domyśliłaś, patrząc na ten długi stół po lewej. A może prawej? Nie, nie, po lewej. – dziewczyna przerwała i nabrała powietrza. Jej młodsza koleżanka pilnie słuchała, więc zachęcona tym Róża zaczęła opowiadać dalej:

- Te drzwi po lewej prowadzą do kuchni. Pracuje tam pani Gienia, równa babka, ale niestety nie gotuje zbyt dobrze. Ja dostarczam wszystkim normalne jedzenie. – dziewczyna uderzyła się lekko pięścią nad piersią. – Zjemy coś w pokoju, ale pójdę do kuchni po warzywa. Właśnie, nie ciężki ten twój plecak? – rzuciła spojrzeniem na bagaż koleżanki.

- Nie, nie. Postaram się nim nikogo nie zabić tym tobołem, jeśli o to chodzi. – uśmiechnęła się Dagmara.

- A szkoda. – jęknęła Róża.

Dziewczyny zeszły piętro niżej.

- Tu jest pokój starej – Róża wskazała ręką na pierwsze drzwi od schodów – naprzeciwko jej biuro, a kolejne prowadzą do wspólnej łazienki. Nawiasem mówiąc, do tej akurat nie polecam ci chodzić, bo często korzystają z niej chłopaki, więc śmierdzi, jakby świnie hodowali. Jest tu jeszcze jeden pokój, tam przechowuje papiery Marchewa. Jak się pewnie domyślasz, teoretycznie nie mamy wstępu nigdzie oprócz świetlicy, kibla i naszych pokoi. Teoretycznie. – Na jej twarzy wykwitł łobuzerski uśmieszek.

Nastolatki ruszyły do baraku dziewcząt, czyli tego, który leżał po lewej stronie kamienicy. Aby się do niego dostać, musiały wyjść na dwór – gdzie panowała ulewa – i przebiec przez kawałek trawnika. Mimo, że poza budynkiem przebywały może pół minuty, kiedy wpadły do korytarza, ich ubrania były przemoczone. Dagmara dygotała z zimna. Płaszcz zostawiła w świetlicy, więc jej podkoszulek i spodnie ociekały wodą. Przyjrzała się Róży, która gorączkowo szukała czegoś w kieszeni spódnicy. Nie wiedziała, co myśleć o nowo poznanej koleżance. Z jednej strony, polubiła tę głośną nastolatkę, ale z drugiej jej sposób bycia i wygląd wzbudzała w Dagmarze niepokój. Róża w końcu wyjęła mały, srebrny klucz i podeszła do pierwszych drzwi po lewej stronie korytarza. Otworzyła je i gestem zaprosiła koleżankę do środka.

Znalazły się w małym, brzydkim pomieszczeniu. Ściany pomalowano na szaro, a podłogę wyłożono płytkami. Po lewej stronie pokoju stało piętrowe łóżko (górny poziom był niezaścielony), a obok niego ktoś ustawił ogromną walizkę, na której leżały przybory toaletowe i palety do makijażu. Po prawej znajdował się mały stolik, dwa taborety i półka zastawiona książkami.

- Widzę, że już się urządziłaś. – skwitowała niebieskowłosa.

- Ja tu praktycznie mieszkam. – odparła Róża.

- Co to znaczy?

- Wyjaśnię ci później, ale teraz idź się wykąp, bo śmierdzisz i jesteś mokra. Łazienka to ostatnie drzwi po prawej stronie, prysznic sama znajdziesz, mokre ciuchy zostaw na wieszaku przy wejściu, żeby nie śmierdziało nam potem w pokoju wilgocią. Moje też możesz wziąć. – ciemnowłosa bezceremonialnie zdjęła z siebie bluzkę i spódnicę, zostając jedynie w bieliźnie. Po chwili zastanowienia, dotykając dłonią majtek i stanika, ściągnęła i je.

- Co się gapisz? Wyjmuj piżamę, kosmetyczkę i idź się umyć, brudasie. – zbeształa młodszą koleżankę, gdy zobaczyła jej zaskoczony wyraz twarzy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania