Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Wrona z Madenfal

„Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.” – Andrzej Sapkowski, Krew Elfów.

 

Zimna stal

To nie był zwykły chłód, od którego kurczyły się powiędłe liście. Chłopiec liczył pestki słonecznika i na to, że uda mu się przeżyć.

- Już dawno nie śnił mi się żaden koszmar - zauważył, przyglądając się zagrodzie pogrążonej we śnie. Na imię miał Sato, a otarcia od długiej jazdy łagodził słodką myślą zemsty.

- To dlatego, że nikogo nie zabiłeś. Gdy miałem dziewięć lat, to zabiłem swego ojca. Patrzyłem jak wnętrzności wyciekają z jego brzucha. Od tamtej pory już nigdy nie mogłem spać spokojnie. Świat stał się jakiś czarny… Jeśli odbierasz komuś życie, to wspomnienia przeistaczają się w koszmary. A później przeżywamy je na żywo. Taka jest kolej rzeczy. Chyba właśnie wtedy człowiek staje się mężczyzną. Zrób to, a narodzisz się na nowo, lecz nic nie będzie takie samo. Wszystko zbrzydnie, a w ustach już zawsze będzie ci towarzyszył posmak krwi. - Dowódca w hełmie z porożami obrócił głowę w jego stronę i odpowiedział wraz z kłębami pary wylatującymi przez otwory. – Czas spełnić obowiązek. Granicą, przez którą trzeba się przeprawić, jest kamienny most, ale przez nią nie powinno się przechodzić. Cieszy się złą sławą. Duszą tego mostu, jak legenda głosi, są budowniczowie. Gdy tylko go skończyli, to poderżnęli sobie gardła. Każdy jest zrażony tą historią i trzyma się z daleka od tej ziemi. Ona w jakiś sposób prowokuje. Spójrzcie na tą kępę drzew. Wyglądają na żywe, lecz w ogniu ich gałęzie się nie kurczą. Coś tu jest nie tak.

Wargi skostniały im od mrozu, a we włosach topniał szron. Świat chował się pod grubą szatą śniegu. Wyglądał jak wiązanka białych róż na grobie.

- Śnieg rozpływa się we mgle - powiedział Migar Hallowfall, łypiąc jasnoszarymi oczyma na masywne góry z ostrymi krawędziami. Miał czarną zbroję, poniszczoną od wgnieceń i zadrapań. – Nie zamierzam tutaj zgnić. Tę ziemię ciężko jest przeszukać i trawi ją choroba. Odbiera wam dech w piersiach, bo przyzwyczailiście się do ciepła. Mam dosyć szczękania waszych zębów i niańczenia tego chłopca, który trafił tu z przypadku. Gdzie nasz głos rozsądku?

- Nic ci do tego najemniku. – Głos dowódcy bił powagą i zdradzał jego wiek. Visander był mężczyzną grubo po czterdziestce w lśniącej zbroi, odbijającej źródło światła pochodzące od pochodni. Rozglądał się przenikliwie przez otwory w hełmie, a blady blask księżyca wkradał się do ich wnętrza. – Przynajmniej czuję się obecny, gdy nie trzyma języka za zębami. Nie zamierzam mu zatykać gęby, bo masz jakieś widzimisię. Zatrzymajcie się na chwilę. Słyszę jak zamarzacie z zimna. Mimo wszystko, jeśli zawrócicie, traficie pod wyszczerbione ostrze kata. A ten czasami musi przymierzyć się dwa razy, więc się dobrze zastanówcie. Powrót jest jeszcze bardziej niebezpieczny.

- To niech mi zetną głowę – odpowiedział Migar, przygryzając wargę. – Śmiało, bo groźby mogą na mnie nie zadziałać. Jestem na nie odporny. Pocimy się, krwawimy i giniemy za ochłapy. Z ostatnim tchem wolę odebrać swoją wolność, niż nosić ich obroże wrzynającą się w gardło. Jak mnie już otworzą, to zobaczą to samo co u wszystkich. Za to chłód nie daje przywilejów. Nie… Nikogo nie traktuję lepiej, dlatego jestem tutaj z wami z własnej woli. Tym razem.

- A więc sugerujesz, że Hjalkan cię nie zmusił? – prowokował go Visander. - Sądzisz, że miałeś inny wybór?

Migar Hallowfall skrzywił się, a na jego twarzy zagościł ślad zdenerwowania.

- Nie jesteś nawet w połowie tak oschły i oziębły jak za młodu. – Skubał się po czarnych bokobrodach. Olbrzymi mężczyzna w świetle gwiazd wyglądał niczym niedźwiedź. – Poza tym nie zmusił mnie, a napomknął, że gdy wrócę to popłynę rzeką złota. Innymi słowy, obiecał mi bogactwa. Mogłem pić puszystą, spienioną pianę piwa… Spijać ją razem z jakąś rudowłosą, a jestem ostrzem noża, którym mierzy ten, kto da najwięcej. Jak to o mnie świadczy?

- Nie najlepiej – stwierdził Visander z bolesną szczerością.

Sato w oczach miał jedynie strach, który zwykle bywa złym doradcą. Teraz już był pewien, że nie powinien się tu znaleźć. Był tą szczupłą sylwetką, która bała się walki jak ognia. Było w nim naprawdę mało życia, a za sobą dopiero ze czternaście wiosen. Tego dnia po raz pierwszy ujrzał śnieg. Jego serce stało się morzem pustki. Ubrania były splamione błotem i grudkami ziemi. Na postrzępionej, skórzanej kurtce sterczało gronostajowe futro. Na grubym, ciemnym płaszczu widniał herb, którego nie dało się rozpoznać nawet z bliska.

Upływała trzecia noc, odkąd zgodzili się na to, na co się zgodzili. I pierwsza odkąd rozstali się z oddziałem, na którego czele stał sam Visander. Podzielili się na grupy i unikali głównych traktów. Poruszali się w dziesiątkach. Bez jakichkolwiek barw, herbów i chorągwi, które mogłyby zdradzić przynależność. Nie chcieli czuć na sobie niewygodnych spojrzeń oczu, a tam są przeważnie takie, które świecą pośród drzew i kamienistych stoków.

- Mam nadzieję, że czekają na nasz powrót – zaczął chłopiec.

- A ja, że trafię do gorących źródeł i wyparuję ze mnie smród, który ciągnie się od zagród. - Migar nie utrzymał się w milczeniu. – Chłopcze. Jeśli czekają na cokolwiek, to na głowę zdrajcy, aby mogli ją przygwoździć do żelaznych wrót warowni. Odór jej zepsucia przypominałby o lojalności. Wszystkim odechciałoby się zdrady. Właśnie tak wygląda krwawa rzeczywistość, a nadzieja do niej nie należy. Żyjesz w zepsutym świecie, a twoje życie nic nie znaczy. Nie dla tych, którzy grzeją dupę w zamkach i kasztelach. Pamiętaj.

- Wyobraźcie sobie, że głowa jest nicią, a oni mogą utkać z niej, co tylko zechcą – rozmarzył się Visander. – Zobowiązaliśmy się ją odciąć, a to najmniejsze zło, jakie można było wybrać. Trzymajmy się tego, a nasz pan wynagrodzi nam cierpienia jakich tu zaznamy.

- Od teraz mniejsze zło jest cichą egzekucją? – spytał dociekliwie Migar. To co robił, robił dla pieniędzy, a z dowódcą nie zgadzał się w tej kwestii.

- Król pragnie nagłej śmierci zdrajcy – odparł Visander. – I to cichej jak mysz, a my urzeczywistnimy jego rozkaz. Po to tu jesteśmy. Poza tym lepiej zabić wilka, który jest przywódcą, czy może wybić całe stado, które ślepo za nim idzie?

- Obojętnie, dopóki dobrze za to płacą, ale jakiekolwiek zło to żaden wybór, więc nie pierdol. Mniejsze czy większe zabije ich tak samo. Obie te rzeczy nie istnieją. To kłamstwo. Iluzja. W ten sposób próbujemy uzasadnić zabijanie. Ostatnio jest go coraz więcej. Mam wrażenie, że tu nawet dzień nie staje się jaśniejszy. Nie podoba mi się tu.

- Kłamstwa najemniku dzieli się na takie, które wyszły na jaw i na te, których nie ma kto wyjawić. Mam to szczęście, że widzę świat takim, jakim być powinien.

- A czy w tym świecie okazują litość? I pewnie rządzą nim Niebołamacze?

- Jest nim ścięcie – Visander odpowiedział mu natychmiast na pierwsze pytanie. - Prawdziwą karą byłoby rzucenie kogoś psom, aby go rozszarpały w błocie. Wszyscy by patrzyli jak zatapiają kły w ofierze, jak zjadają ją ze smakiem. Kiedyś wierzono, że ból odczuwa się po śmierci. To jak będzie najemniku, po czyjej stronie się opowiesz, kiedy przyjdzie wybrać?

Migar Hallowfall splunął.

- Żadna nie jest warta mojego odchrząkiwania flegmą.

- Ja także wolałbym nie wybierać żadnej - wtrącił Sato. – I choć jestem tutaj z wami, to słabo znoszę wojny. Ja…

Najemnik uśmiechnął się łagodnie.

- Żadne to w tobie doświadczenie, a wojny jeszcze nie widziałeś. Jeśli sądzisz, że wszyscy mogą wybrać, to za niedługo nie będziesz już wśród żywych. Wybór jest najpierw małą kroplą krwi, a później gęstą, spływającą strugą w białym śniegu. Jeśli należy do ciebie i powoli się nią dusisz, to spoglądasz na rosnący sierp księżyca i czujesz, że nie ma już nadziei. Umierasz w samotności z jakimś jebanym nożem w bebechach, charcząc coś, co nie przypomina słów. – Zaczął ściskać lejce i spojrzał się na niego nerwowo i niepewnie. – Oby była czyjaś, chłopcze. A jeśli przyjdzie nam walczyć, to lepiej skończ ze zranioną dumą, ale odnajdź cienie, których będziesz mógł się trzymać. Nie ma sensu, żeby czyjaś wojna zabierała taką młodą duszę. Skup się na tym, aby się schować i przeżyć. I tak na nic się nie przydasz w walce.

- Najlepiej poznał cień, ten, kto chował się pod kamieniami. Odkąd pamiętam, dostawałem nimi w głowę. – odparł cienkim tonem głosu. Ledwie utrzymywał się na siodle, a posiniaczone ręce zacieśniały się na pordzewiałym nożu. – Mój ojciec był stajennym, zamordowanym przez bezzębnych strażników bawiących się włóczniami. Wyciągnęli go przed stajnię i zasztyletowali, a ja musiałem zajmować się ich końmi mimo tego poniżenia. Czułem się jak butwiejący liść zagrzebany pod podkową. Te wspomnienia nie przestają prześladować. Wiem, czym są cienie. By się chować musiałem rzucać je samemu.

Wszyscy byli pod wrażeniem. Chłopak coś w sobie miał.

- Oko za oko, mówi ci to coś? – spytał Migar. – Gdy zobaczysz ich bezradność, jak się dławią własną krwią, to poczujesz pustkę, ale zaraz po niej wolność. Musisz pomścić swego ojca. Wątpię, by zasłużył na taką śmierć.

Młodzieniec na chwilę zamknął swe ciemne oczy i odrobinę się rozmarzył. Ujrzał jak rozpruwa ich od piersi aż po szyję. Jak spod brzęczących pierścieni kolczug wroga wypływa poczerniały strumień krwi. Do teraźniejszości przywrócił go skrzypiący śnieg pod kopytami ciemnogniadych koni. I pohukiwanie sowy, o której mówi się, że jest mądrością nocy.

- W sumie, to uwielbiałem życie w stajni – stwierdził Sato. – Tęsknię za tym, jak za niczym innym, lecz tą pracę zabrano mi bezpowrotnie. Wiem, że to nie jest moje miejsce. Jednak nie miałem już innych możliwości. Wojna jest krwiożercza, odczłowiecza i nic nie przemawia już do serca. Tak mówiła moja babka. Gdybym nie musiał walczyć z biedą, matką głodu, to nigdy bym się tu nie znalazł. To ostateczność…

Migar wyciągnął dłoń i dotknął swoich czarnych włosów.

- Rozumiem, dlaczego tutaj jesteś. Zastanawia mnie jedynie to, kto pozwolił ci na tę lekkomyślność.

- Raz rozebrali mnie do naga i ustawili pod kamienną ścianą – żalił się chłopiec. Jakoś nie potrafił przestać roztkliwiać się nad przeszłością. – Ironią było to, że mnie nimi zawsze obrzucano. Kamieniami… Przyzwyczaiłem się do tego. Wyczyścili mi kieszenie jak talerze z pieczonego mięsa. To był moment, w którym czujesz, że jesteś gotów umrzeć. – Wyznał, wycierając wilgotne łzy z policzka. – Śmiejcie się, jeśli właśnie tego wam potrzeba. Już mi dłużej nie zależy. Zupełnie tak, jak wtedy…

- Zbliżamy się – przerwał im Visander. – Jest coraz niebezpieczniej, a ja nie jestem waszą pierdoloną niańką. Jak nas nie wykończy chłód, to zrobią to wyszczerzone skalne zęby. Zgaście te pochodnie i skupcie się na drodze. Nie zamierzam wpaść w zasadzkę, a czasami urządzają tutaj takie, z których nikt nie wychodzi żywy. Nikt was nie uprzedził o rzeczach, które mają tutaj miejsce?

Miał rację co do ziemi, na której się znaleźli. Poczerniała Grań była silnie poszarpanymi żebrami skalnymi z białym puchem na wierzchołkach, głęboko wciętymi przełęczami i grzebieniem ostrych krawędzi górskich grzbietów. Nocą przypominała ciemną otchłań stromych zboczy, rumowisk i lodowatych kaskad. W dolnych piętrach dolin górował widok karłowatych wierzb i strzelistych świerków, krajobraz gęsto obsadzonych limb i płatów kosodrzewu wiążącego duże masy śniegu. Wąskie zatoki o stromych ścianach były wiecznie zamarznięte. Coś od wielu lat utrzymywało zimę.

Dowódca nie wydawał się być przejęty losem chłopca ani żadnego z towarzyszy. Dla niego liczył się jedynie rozkaz. Lubił je wydawać i podchodził do tego obsesyjnie. Raz obciął końcówki wszystkich palców jednego ze swych ludzi za nieposłuszeństwo, jednak teraz nie miał już tej władzy. Znał się na strategii i na świecie, w którym nie było miejsca na współczucie i jakąkolwiek słabość. Nienawidził także tracić w oczach tych, którzy są żyjącą stalą. Nie przepadał też za tymi, którzy nie wiedzą, kiedy milczeć.

- Pozwól mu dokończyć. Jeszcze nic nam nie zagraża.

- Chwilę temu pragnąłeś, aby zamilkł. Ale dobrze najemniku, tyle jego, co się nagada.

Wielki Hallowfall przytaknął porozumiewawczo i owinął się ciaśniej grubym, czarnym futrem.

- Zawsze źle mnie traktowano – rozpaczał dalej Sato. – Wtedy zrozumiałem, czym jest gniew, a w oczach miałem jego błyski. Mówię poważnie! Za stajnią były beczki, a między nimi nóż. Wiedziałem, że jest tam schowany. Próbowałem go zatopić w karku największego z miejskiej straży, lecz jedyne w co trafiłem to powietrze. Odskoczył. Powalił mnie, uderzając rękojeścią w gardło. Dusiłem się i zaciskałem je rękoma. Nigdy nie byłem bliżej śmierci. Rzucił mi spojrzenie, równie straszne jak zgłębienia, które miał na głowie. Wyglądał jak potwór. Pamiętam co wykrzyknął… „Zbieraj co zasiałeś, psie!”. Zaczęło padać. Nagle zjawił się mężczyzna z sową na ramieniu. Mówię wam, to był Hjalkan. Nie kłamię! Okazało się, że od jakiegoś czasu wpływały na nich skargi. Źle wykonywali swoje obowiązki, więc ktoś musiał się tym zająć.

- A więc twierdzisz, że to on cię uratował? – spytał go Visander z czystej ciekawości. – Nie znam go za dobrze, ale każdy jest świadomy jego obojętności wobec czyjegoś życia. Trudno w to uwierzyć, że ktoś taki by się tobą przejął. Wątpię, że jesteś wysoko urodzonym chłopcem, który nieszczęśliwie trafił tam, gdzie nie powinien. Miałeś szczęście i nic więcej, ale tutaj go nie znajdziesz.

Żołnierze jadący tuż za nimi podzielali jego zdanie. Ich usta rozciągnęły się w uśmiechy. Zimne, przybrane w pokpiwanie.

- A ja ci wierzę, chłopcze – powiedział niespodziewanie Migar. – To miejsce jest złowrogie. Tęsknie za wzgórzami zielonymi jak wiosenne liście. Za domem. Jednak skoro tu jesteśmy, to przynajmniej dokończ tę historię. Do brzegu z nią. Na sekundę zapomnę o tych szczytach i o suchych, powyginanych drzewach, które właśnie minęliśmy. Nienawidzę tego miejsca. Jestem tu po raz ostatni. Mówię wam.

- A więc... a więc spytał, czy pożyczę mu na chwilę nóż – Chłopiec zająkał się ze stresu. – Wsadził go w oko jednemu ze strażników i powiedział: - Zobacz, jakim dobrym był człowiekiem. Postanowił być przykładem, aby inni nie poszli w jego ślady. – Zaraz po tym Hjalkan się roześmiał, a pozostali nie potrafili opanować drżenia. Ten strach… Reszta była tylko szumem. Wnętrza, które wypłynęły, jak dżdżownice ciągnęły w dół uliczki. Deszcz je zmywał i zrozumiałem wtedy, że uciekając przed dżdżownicą można natknąć się na żmije. Zastanawiałem się, czy skoro drążą pod nami korytarze, to czy mogą je wyżłobić w naszych trzewiach. To było straszne i wyzwalające za jednym razem.

Dowódca wciągnął głęboko powietrze.

- Teraz już nie mam wątpliwości, że to prawda. To brzmi jak on. Jednak dalej nie rozumiem jak się tu znalazłeś. I jak mniemam to zardzewiałe ostrze, które trzymasz, wyciągnąłeś z oczodołu, gdy było już po wszystkim. Zostawiłeś po nim ciemną dziurę i służy ci do dzisiaj.

- Ani trochę się nie mylisz – zapewniał go Sato. – Kłamałem Hjalkanowi, że pragnę się odwdzięczyć, że zrobię, co tylko będzie chciał. Co miałem niby zrobić? Pozwolił mi zarobić na swoje pozbawione sensu życie. Teraz jestem skazany na was i wasze umiejętności w walce. Może mi się uda.

- Jesteś sprytny jak na swój wiek, lecz tym razem przechytrzyłeś samego siebie. Zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie zginiesz, gdy tylko nadarzy się okazja? Nawet jeśli wyjdziesz z tego cało, to wrócisz ze zdrowym ciałem, lecz również z okaleczoną psychiką. To nie jest tego warte.

- Najpierw pomszczę ojca! – upierał się chłopiec. – Zabiję tego, który mnie powalił, a potem zasnę przy ognisku. Przy jakichś płonących węglach… – przekonywał z zaschniętymi łzami na podbródku. – Później mogę umrzeć. Właśnie taką śmierć sobie wymarzyłem. Nie chcę innego losu.

- Podziwiam twą determinację – Visander odpowiedział mu odrobinę rozzłoszczony. Był coraz bardziej przekonany tego, że chłopiec w niczym się nie przyda. – A jednak chcesz zarobić. Przeżyć. Bez tego nie dorośniesz i nikogo nie pomścisz. Najwyższy czas, abyś miał się na baczności. Spójrz na otwór w pniu i innych drzewach. Jeśli nie jest zasiedlony przez dzikie zwierzęta, to być może siedzi w nim wojownik. Z włócznią. Może. Może nie. Musisz być jednak przygotowany. Nigdy nie wiadomo. Ludzie stąd słyną z pułapek, a tą bronią chętnie przygwoździliby cię do ziemi, ziemi dzikiej i surowej jak jej mieszkańcy. Zdziwiłbyś się jacy dziwni. Bladoskórzy. Tak ich nazywają. Tutaj nie trudno na nich trafić. To okropni ludzie z odrażającymi nawykami i symbolami wyrytymi w skórze. Tacy zazwyczaj dorastali w cieniu szubienicy, na której wisieli ich rodzice. To przeważnie zbiegowie i banici. Są groźni. Lubią siać spustoszenie paląc małe, bezbronne miasteczka i osady.

Las był biały, a szlak śliski, oblodzony i przykryty cienką warstwą śniegu. Gładka powierzchnia lodu na jeziorze obok, pozwalała światłu przenikać w jego głąb. Najemnik ujrzał w oddali smugę dymu wznoszącą się w górę niby wieża widmo.

- Spójrzcie. Jakaś wioska znajduję się najwyżej milę stąd – poinformował, wskazując krzywym palcem. – Mam nadzieję, że to nic innego jak nasz cel. Pragnę stąd odjechać, jak najszybciej to możliwe. Mieć to już za sobą.

- Nie grzeszysz cierpliwością, a cierpliwy ugotuje nawet kamień – tłumaczył mu Visander. - Wkrótce najgorsze okaże się prawdą. Posłuchajcie wiatru. Słyszycie? Jest melodią. Taką chłodną i przenika nawet serca drzew, lecz to na nas chce się zemścić. Za okrutne słowa, które musiał roznieść. Kylhar Skoroświt jest tym wiatrem. On jest celem. Niektórzy mają go za bohatera, a inni za mordercę. Nasz pan rozkazał go wytropić, a on nie odpuszcza grzechów. Kylhar zdradził i jest poszukiwany. Zadbajmy o to, by dostarczyć jego głowę, a już nigdy nie przejmiecie się biedą ani mrozem. Dobrze wam zapłaci, tak jak obiecano.

Gwałtowne bicia serc uspokajała obietnica, mimo tego, że niepokój był przerażający. Niewielka kolumna jeźdźców ruszyła w górę zbocza, a potem wąską ścieżką w dół, aż minęła wrzosowisko. Rozkrzewiający się dąb, przyciągnął ich uwagę. Zeskoczyli z koni i przywiązali je mocno do gałęzi grubej niczym beczka. Wioska nad oblodzoną rzeką, wyglądała we mgle jak unoszący się duch. Skromne chatki były zbudowane z drewna, które już zaczynało butwieć. Przykrywały je słomiane dachy. Za dnia być może oświetlały je otwory okienne, lecz nocą pozwalały wkradać się ciemności.

Migar podszedł do innego drzewa, by ochłonąć. Dotknął brzozowej kory i naciął ją delikatnie. Przez moment wydawało mu się, że wyciekł z niej płyn podobny do krwi. Szukał słodkawego smaku soku, gdyż wiedział, że wkrótce skończą się zapasy. Nienawidził cierpieć głodu. Nie zamierzał ratować się zmieloną korą i trującym zielem tak jak jego poprzedni towarzysze. Wolałby już poderżnąć sobie gardło nożem i nie odczuć nic podobnego. Ukucnął przy kałuży i nabrał wody w złączone dłonie. W wodzie pływały kryształki lodu. Wilgotne usta starł wierzchem dłoni.

Dowódca ziewnął głośno. Pozostali poczuli paraliżujące napięcie.

- Nie martwcie się, jeśli zabłądzicie podczas walki. Jest ciemno, ale zawsze mogło być o wiele gorzej. Tę rzekę nazywają Uwięzioną. Ciągnie się aż po Hjastfal. Strumienie zamarzają już od brzegów, dlatego są twarde i bezpieczne. Można po nich stąpać. Nikt z was nie utonie. No chyba, że utonęlibyście nawet w kałuży.

Migar ochrypł. Jego głos na lodowatym wietrze zaczął słabnąć.

- Każdy o niej słyszał. Tysiące lat temu znajdowała się tu potężna twierdza, a głęboko pod nią lochy. Dla najgorszych z najgorszych. Teraz są na dnie, a ich zamarznięte kości są legendą. Ale ja nie wierzę w bajki. Wyrosłem z nich już dawno.

- Mój panie – odezwał się żołnierz o złocistorudych włosach, w śnieżnobiałej, postrzępionej pelerynie. – Powątpiewam, że buntownik ukrywa się w tym miejscu. Nie było żadnych śladów. Nic nie prowadzi nas do tego miejsca. – Nie ukrywał oburzenia spowodowanego strachem. – To bez sensu!

- Spójrz. – Visander wskazał palcem na śnieżną sowę w czarne pręgi, a ta zaczęła dziwnie kwilić. – Hjalkan patrzy jej oczyma. To on wytropił buntownika, a ja podążam za nią. On się nie myli. Bierzcie broń i miejmy to już z głowy. Dosłownie. Przewróćcie to miejsce do góry nogami. Gdyby nic nie ukrywali, to mieszkańcy grzaliby się teraz na zewnątrz, przy ognisku.

Zamiast broni dowódca wyjął jabłko ze zbrązowiałą plamką. Łapczywie wbił w nie zęby, aż wypłynęły soki. Nie zdążył przełknąć kęsa, gdy jego ludzie zaczęli przeczesywać okolice. Przez moment wydawało mu się, że ujrzał sylwetkę okrojoną wyraźną ciemną linią. Ostatecznie coś innego przykuło jego uwagę. Drzwi stodoły zaskrzypiały i rozległ się przerażający odgłos. Visander wykrzywił usta w grymasie i podążył w ich kierunku. Zobaczyli tam mężczyznę powieszonego za kostki na wielkim rzeźnickim haku. Miał wyjęte żebra i zmiażdżone palce, które leżały rozrzucone pod zwłokami. Skapywała z niego krew i była już szeroko rozlaną kałużą, a z ust wystawała rękojeść krótkiego ostrza, przebijającego go na wylot.

- Kurwa! Szukamy jakiegoś ducha. Tego nie zrobił żaden człowiek! – Przestraszył się jeden z najemników, uderzając pięścią w drewnianą belkę. Krokiew się zatrzęsła. – Na Boga! - Żołdak zaczął się rozglądać. Twarz gładką miał jak jedwab. – Nie może być! Ledwo! Ledwo ale potrafię go rozpoznać. To Gladys z Kruczej Straży, jeden z ochotników. Jego oddział musiał dotrzeć tutaj pierwszy, ale gdzie są pozostali? To nierozsądne tu zostawać! Jeszcze nie jest za późno by zawrócić!

- To wróć, a dobrze wiesz gdzie trafisz – powiedział ostrzegawczo. – Wątpię, żeby ktokolwiek przeżył i wątpię, że sam ich pozabijał. Sądzę, że zatopili ciała. Gdzieś muszą tutaj być. – Zrobił krok do tyłu. – Oby…

Z ciemności wyłonił się napastnik. Do drzewca swojej włóczni przygwożdżoną miał tkaninę, białą jak pocięte chmury za dnia. Fałdy tłuszczu skakały pod jego skórzaną kamizelką. Wyglądały niczym przypływ odbijający się od skalnego brzegu. Włosy miał splecione w gruby warkocz. Migar stał najbliżej. Odparował pierwszy cios, a po chwili odtrącił ostrą broń swojego przeciwnika. Gwałtownie podszedł i uderzył z głowy. Uderzał do momentu, aż na jego czole pojawiła się cienka struga krwi. Przeciwnik się zachwiał, a najemnik rozbił jego twarz na miazgę jednym, potężnym uderzeniem pięści. Chwycił migiem miecz i wbił go w podstawę czaszki wroga, jednocześnie czując pulsujący ból w lewym udzie. Czyjaś strzała przeorała zewnętrzną część nogi. Była otulona w gęsie pióra, które barwą przypominały zakrzepniętą krew. Migar zauważył grot wycięty z kości i splunął na klepisko. Był mokry od krwi. Serce najemnika biło szybko i mocno jak za pierwszym razem, gdy odebrał czyjeś życie.

Sato nie potrafił wydusić słowa z przerażenia. Zacisnął kurczowo usta. Trzymał w dłoni nóż, który na nic się nie przydał. Chłopak dygotał ze strachu. I z zimna. Zaskoczył go człowiek w opadającej brodzie, związanej kościanym koralikiem. Jego młot nabity gwoździami był ciężki i żelazny. Musiał zabić wielu ludzi… – pomyślała za niego bezsilność. Zamknął oczy pełne łez, a następnie słowa, które wypowiedział w duszy, wspominały jego matkę. Obcy mężczyzna zamachnął się i trafił. Potężne uderzenie znad głowy rozerwało znaczną część niewielkiego chłopca. Nigdy wcześniej nie widział śniegu, a teraz opadały, przylepiając się do niego. Z jego ramienia wystawała kość, a klatka piersiowa przypominała zupę z kawałkami mięsa i czerwoną wodą. Migar podbiegł i wyprowadził wyczerpujące uderzenie na wysokości serca. Czuł, że żyje, gdy tylko przed oczami migały mu plamy krwi i ciemności. Mężczyzna odskoczył i odparował cios. Z jego gardła wyrwał się ochrypły śmiech. Najemnik zerwał się gwałtownie i podbiegł raz jeszcze bez wahania. Resztką siły pchnął zabójcę na zaostrzony drąg, a ten rozdarł jego ciało, przebijając organ za organem. Wnętrzności wylewały mu się z jamy brzusznej, a ten próbował podtrzymać je rękoma. Skomlał.

Następni Bladoskórzy wściekłością dorównywali głodnym wilkom. Słynęli z brutalności i umiłowania do ognia. Towarzyszył im odór zwęglonych trupów. Mieli na sobie szare, nadzwyczajnie długie skóry, które otulały ich jak zbroja. Wyglądały, jakby były świeżo zdarte ze zwierzęcia. Jeden z nich stał z pochodnią i wrzucił ją do środka stodoły, a jej migoczący płomień zaczął zżerać ściany. Nie było żadnej szansy na okiełznanie ognia. Jego głodu. Mężczyzna był gotowy spalić żywcem także własnych ludzi. Noc rozdarł szczęk żelaza. Trzasnęła kość. Można było tonąć w morzu kończyn, odciętych, pływających w fontannie krwi. Prawie wszyscy najemnicy już nie żyli. Jeden spróbował ucieczki, widząc jak towarzysze giną od brutalnych cięć, lecz po zaledwie kilku krokach strzała przebiła jego gardło. Martwe ciało łupnęło na ziemie. Inny rzucił broń w geście poddania. Padł na klęczki. Kolejny Bladoskóry o zimnym spojrzeniu zatopił miecz w jego karku, mimo tego, że mężczyzna zaprzestał walki. Otarł miecz o skórzaną rękawice i prychnął cicho.

Migar poczuł muśnięcie na nasadzie nosa. Zamachnął się na następny cel. Ciął na skos, trafiając jednego pod brodę. Krew z przeciętej szyi bryzgnęła przedostając się przez szpary w deskach. Ofiara zagulgotala i runęła na wznak. Koniec końców było ich zbyt wielu. Osaczyli go. Wyrwali mu miecz z rąk i powalili w trójkę. Z trudnością. Szarpał się rozpaczliwie, wiedząc, że to koniec. W szparach jego źrenic zrodziły się gorzkie łzy cierpienia. Mocno związali jego ręce sznurem, który wrzynał się w nadgarstki. Spojrzał na zmielone ciało chłopca i poczuł przypływ żalu zmieszanego z bezsilnością. Klął. Poza dowódcą, reszta towarzyszy była już krwawym wspomnieniem roznoszonym przez wiatr. Przywiodła ich chciwość i to ona zabrała ich do grobu. Z lasów rozbrzmiewały grzmoty bębnów, przypominające cykanie świerszczy nocą. Najemnik znał opowieści o tych miejscach, lecz z całego serca nie chciał w nie uwierzyć. Oczy łzawiły mu od dymu.

Visander stał ostatni. Zmęczony chłodem, walką i niepewnością. Bezsilnie przyglądał się rozprutym ciałom własnych ludzi. Mężczyzna z siwą brodą uderzył go rękojeścią z dołu. Wydobył straszny oddech przez pożółknięte zęby i roześmiał się paskudnie. Złapał dowódcę za głowę i odrzucił jego hełm. Pod nim kryła się pociągła, szpetna twarz z wyrazem głębokiej nienawiści. Rzadki zarost jednak jej nie zdołał ukryć. Dwóch Bladoskórych zawlekło go przed wejście zawalającej się stodoły. Ściana ognia rosła w oczach, a płomienne jęzory rozwidlały się na zewnątrz.

Kylhar Skoroświt siedział przy ognisku i rozgrzewał ostrze z płomienistą głownią miecza. Włosy miał długie, przetłuszczone i zlepione krwią. Na jego napierśniku widniał czarny byk z parą, wylatującą z nozdrzy, na srebrno złotym polu. Westchnął i chwycił miecz oburącz. Na dowódcy nie zrobiło to wrażenia.

- Nienawidzę zimnej stali – odezwał się. – Takiej zimnej nie poczujesz.

- A ja zdrajców! – odkrzyknął mu Visander. Jego twarz pozbawiona hełmu ociekała krwią. – Nienawidzę, dlatego że są jak otwarta rana, a ta się nie zagoi. Aż łzy stają w oczach, gdy wymierzasz sprawiedliwość. Musi być przyjemna, jeśli masakrujesz ciała, jakby były starymi szmatami. Ci ludzie zasługują na pochówek!

- Może i na to zasługują – zadrwił. – Niektórzy. Ale jak tu teraz ich poskładać?

- Nie masz serca…

- Gladys był mordercą – wyjaśnił Kylhar. – Porwał dziewczynkę i ją zgwałcił. Już dawno miałem się nim zająć. Już w Syvandis. Ze stolicy wypchnęła go łapczywość. Prosto w moje dłonie. W przeciwieństwie do niego, nie interesują cię pieniądze. Przybyłeś tu po chwałę, utracony honor. Prawda? A granica między zdradą, a wiarą w lepsze jutro, dawno się zatarła. Przelałem morze cierpień w imię twego pana. Przyjmowałem każdy rozkaz, a one zamieniły moje myśli w ostre sople lodu. Coś zaczęło je roztapiać... Przejrzałem na oczy, a raczej oko, bo przez niego jestem na wpół ślepy. Widzisz? Nie zabieraj głosu, jeśli nie wiesz czym jest sprawiedliwość.

Visander nie mógł już dłużej znieść tych obelg.

- Na co czekasz tchórzu? – prowokował go. – Ja bym się nigdy nie zawahał. Wolę…

- Zimną stal – Kylhar dokończył za niego głosem pełnym stanowczości. Czyste cięcie odseparowało głowę dowódcy od tułowia. Przetoczyła się łagodnie w czarną, błotnistą wodę, a okucie pochwy jego miecza, zaplecione łuską węża zamigotało w tle księżyca.

Kylhar odetchnął. Przetarł oczy, jakby nie był pewny, czy postąpił słusznie. Uciekał przed osądem króla, który nie zostawił mu wyboru.

- Podejdź najemniku – rozkazał, marszcząc czoło.

Migar zbliżył się do niego. Pomogły mu w tym ostrza Bladoskórych, które czuł na plecach. Przyglądał się jak buntownik opatruję ranę na nadgarstku.

- Lubię jak zioła wrzą w winie, a jeszcze bardziej nasączać nimi bandaż

. Najbardziej lubię je pić. Wiesz, jest takie miejsce… Chyba się tam udam.

- Visander lubił wino… Tak mówił podczas jednej z wypraw…

Kylhar wyciągnął zza pasa małą buteleczkę. Podszedł do odciętej głowy i postawił ją na czarnym pieńku. Oblał ją winem, które skraplało się na śnieżną warstwę.

– Spragnionemu nie odmówię. – Złapał się za czerwone ślady opatrunku. – Dowódca chciał odzyskać honor, ale nieco się przeliczył. Jedyne o czym myślał, to o tym jak mnie zabić. Tylko w ten sposób mógł sobie zaskarbić przychylność króla. Jebać go. Miał morderstwa na sumieniu, które odsunęły go od królewskiego stołka i rady, która przy nim zasiada. Lubił go. Zamierzam cię oszczędzić. Ale… Udasz się do Wężogrodu i przekażesz tą wiadomość lordowi Xolorianowi. – Podszedł i wyszeptał ją do ucha. Wyjął nóż z inkrustowanymi rubinami i przeciął gruby sznur pojmanego najemnika. Przy okazji ciął go umiejętnie w dłoń i okolice obojczyka w ramach ostrzeżenia. – Jeśli stchórzysz albo nie dotrzesz tam dość szybko, to zginą tysiące niewinnych ludzi. Hjalkan odnajdzie cię i tak, by zrozumieć co się stało, a jego sowy wezmą twoje pocięte mięso za posiłek.

Zaczęło się przejaśniać. Wschodzące słońce odbijało się od pokrytych śniegiem szczytów gór rozlewając na horyzoncie odcień krwisto czerwonego blasku. Olbrzym przytaknął, biorąc to sobie do serca. Ledwo wszedł na konia, ale najpierw złapał się za udo przeszyte bólem. W chłodzie wstającego dnia targnął dłońmi rzemienne lejce i pognał w głębię lasu. Ostatnie strugi światła pochłonęła skóra o odcieniu zamglonego brzasku. Rozpłynął się za zasłoną drzew jak widmo, a wilgotne brzegi liści były tysiącami świadków. Po niedługim czasie, w oddali ujrzał szyld ponad drzwiami, którego nie widział nigdy wcześniej. Wiatr rzucał nim na boki, a ząb czasu ledwo nadgryzł nazwę. Tarczę i jej obręb wypełniał zakrzywiony pręt z wijącymi krawędziami. Krew spływała z jego ciała tworząc strumień. Nim zemdlał, przenikliwie się przyglądał. – Pod Krwawym Hakiem, czyli tam gdzie Boga nie ma.

– Kurwa, wiedziałem – zagrzmiał, i odpłynął w nieświadomość strużką krwi.

 

Kontynuacje można znaleźć w linkach zamieszczonych w moim bio. Serdecznie zapraszam!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania