Poprzednie częściWrona z Madenfal

Wrona z Madenfal

Rozdział pochodzący z uniwersum "Wrony z Madenfal"

Barrowden, 736 344 000 uderzeń serca temu

Osada na skalistym przylądku, najdalej wysuniętym punkcie północno-zachodniego wybrzeża kontynentu, nosiła nazwę Barrowden – choć nieliczni, którzy tam docierali, mówili o niej po prostu: koniec drogi. Tam urywały się trakty, a dalej czekały już tylko mgły, głazy i bezimienne wody.

Miasteczko cuchnęło rozpadem i nędzą. Domy zbijano z czegokolwiek, co wpadło w ręce: desek wyciągniętych z rozbitych statków czy też łupków zerwanych z klifów. Resztę pozostawiano losowi i lichym modlitwom, by wichura nie zdmuchnęła dachów.

Po rynsztokach snuły się szczury większe od kotów, z naroślami na grzbietach sączącymi gęstą maź. Młodzi mieszkańcy Barrowden ochrzcili je mianem grimlorów. Od najmłodszych lat wpajano dzieciom, by nie schylały się po nic, co błyszczy w ściekach. Nikt nie wiedział, jakim cudem ludzie wciąż potrafią tu żyć. Może lepiej znać potwory czające się tuż za drzwiami, niźli ufać tym ukrytym pośród świateł odległych pałaców?

Mimo wszystko miejsce to pozostawało bezpieczniejsze od wielu pozłacanych sal w stolicy. Bo choć cuchnęło rybami, odchodami zwierząt i zwietrzałym piwem, to baron Eyvig, pan tych ziem, trzymał osadę żelazną ręką. Litość nie należała do jego cnót, toteż noże rzadko opuszczały pochwy, a myśli o kradzieży gasły, nim zdążyły przerodzić się w czyn. Mówiono, że u Eyviga najpierw traci się język, potem palce, a dopiero na końcu zyskuje prawo do obrony.

Hjalkan siedział na belce rozciągniętej nad stajnią przylegającą do ściany karczmy. Okrywał się znoszonym, przybrudzonym płaszczem. Pod nim miał jedynie koszulinę oraz grube spodnie przewiązane w pasie zwykłym sznurem. Liczył sobie ledwie szesnaście zim. Był chudy, niemal kościsty, o czujnych oczach i wyostrzonym słuchu.

Pod gontowym dachem każda szczelina służyła mu za ucho. Od lat wyłapywał stąd rozmowy – nie tylko tajne narady, lecz także bełkot pijanych żeglarzy, jęki grzesznych spotkań i płacz oszukanych. Między tymi ścianami padło więcej zwierzeń niż w niejednej zamkowej komnacie. A Hjalkan nauczył się słuchać tak, jak inni uczą się modlitwy: z pokorą i cierpliwością.

Rozwijał się zadziwiająco szybko – zdawało się, że czas sprzyja mu w sposób niedostępny innym. Od zawsze żył w przekonaniu, że świat wokół stanowi jedynie fragment większej całości, a jego granice skrywają się gdzieś za horyzontem. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak bardzo różnił się od innych. Być może gęste, amarantowe pasma otaczające Gjaladen od pięciuset dwudziestu jeden lat pozostawiły w nim swój ślad.

Mgławice mutowały wszystko, czego dotknęły. Nikt nie zdołał przez nie przedostać się na drugą stronę – poza jedną istotą. Wroną, której trop prowadził do Madenfal, Miasta Kłamstw.

Hjalkan posiadał jeszcze jedną osobliwą cechę: potrafił porozumiewać się z niektórymi zwierzętami, zwłaszcza ptakami. Najczęściej towarzyszyły mu sowy, pojawiające się nagle, jakoby przyciągane niewidzialną nicią. Niektórzy widzieli w tym niezwykły dar, wszelako większość uważała go jeno za przekleństwo.

W gospodzie „Pod Bawolim Łbem” panował gwar, choć tylko na parterze. Na piętrze, w bocznej izbie wychodzącej na salę główną, baron Eyvig rozmawiał półgłosem z dwoma strażnikami. Hjalkan znał ich z widzenia – Sambora i Żegotę, ludzi z gór, którym nawet lód znad przełęczy nie był straszny. Pierwszy zwykł unosić brew, gdy powątpiewał w cudze słowa, jego towarzysz zaś marszczył czoło, gdy tylko coś wzbudzało niepokój. Obaj jednak mieli dość doświadczenia, by rozpoznać zagrożenie.

– Mówię ci, Eyvig, to nie wilki – mruknął Sambor. – Coś rozrywa ich jak worki ze zbożem. Nie zostawia nic... tylko kości i krzyk w oczach tych, co widzieli. A nawet gdy widzieli, nie potrafią znaleźć słów, by to opisać.

– Ile ciał tym razem? – zapytał baron twardym, dociekliwym tonem. W dłoni trzymał cynowy kubek, nie upijając ani kropli.

– Trzy w tym tygodniu. Czwartego coś... porwało na oczach syna. Chłopak mówił, że miało skrzydła jak płachtowce, jeno srebrzyste i... szpony – dodał Żegota. – Potworzysko musiało być ogromne.

Hjalkan przygryzł wargę. Coś skrzydlatego? – zaczął snuć domysły. Może legendy opowiadane przy ogniskach nie są tylko bajaniami. Zaś płachtowce... Mówiono, że upodobały sobie mrok górskich szczelin. Błony rozciągały się między ich wydłużonymi kończynami, przypominając rozdarte chorągwie. W locie wydawały chropawy odgłos, podobny do ocierających się o siebie powrozów.

Chłopak słyszał też, że bestia miała barwę popiołu, przez co niemal niknęła w półmroku. Z grzbietu sterczały paskudne wyrostki. Czyste szkaradztwo. Łeb wydłużony, pozbawiony oczu. Nie widziała, wszelako wyczuwała ruch oraz zapach żywej istoty. Gdy rozdziawiała pyszczydło, ukazywał się rząd cienkich zębów, ostrych niby wielgaśne igły.

– I nikt jeszcze nie śmiał ukatrupić skurwysyna? – rzucił Eyvig, nie kryjąc drwiny.

– To nie coś, z czym można mierzyć się ot tak. Nie bez przygotowania. Nie bez... – Sambor zawahał się na jeden oddech. – Nie bez wyszkolonych tropicieli i Burzowych Szponów.

A takich policzyć można było na palcach jednej ręki. Tworzyli najznakomitszą gwardię Gjaladenu – kontynentu będącego zarazem domem i więzieniem. Każdy z członków przechodził straszliwą próbę, nim w ogóle pozwolono mu nosić znak bractwa. Jedni odnajdywali się w pościgu za celem, inni w planowaniu bitew, wszyscy jednakowoż nosili w sobie niemałą dozę bezwzględności.

Odkąd ród Niebołamaczy objął władzę, powołano Burzowych Szponów jako filar władzy i obrony. W razie potrzeby dowodzili wojskami, ścigali wrogów korony, a niekiedy stawali także naprzeciw istotom, o których oficjalnie twierdzono, że w ogóle nie istnieją. Niebiescy od dawna rozsiewali bowiem wieści, jakoby wszelkie potwory należały wyłącznie do bajań – wszystko po to, by nie wzniecać wśród gawiedzi strachu ani chaosu.

Hjalkan poczuł ciarki przebiegające po karku. Od wielu księżyców Mgławice gęstniały na horyzoncie, snując się nad pasmem górskim niczym żywe, splątane nici. Wszystko, co znalazło się pod ich wpływem, mogło ulec wypaczeniu. Choć czasem sięgały aż do Barrowden, prawdziwa potęga amarantowych pasm rozciągała się daleko poza morzami. Na całym kontynencie istniało zaledwie kilka miejsc równie mocno wystawionych na ich działanie. Purpurowy pył osiadał wszędzie – na liściach, ubraniach, a niekiedy nawet na tafli wody, nadając jej złowrogi blask, nigdy niegasnący do końca. Barrowden wraz z okolicami należało do najbardziej narażonych.

Baron Eyvig zszedł na dół niedługo potem. Gdy ciężki but uderzył o drewnianą podłogę karczmy, rozmowy natychmiast umilkły. Spojrzał chłodno na zgromadzonych i przemówił twardym, rozkazującym tonem:

– Skrzyknijcie wszystkich. Myśliwych, kowali, nawet dziadów, którym trzęsą się ręce. Jeśli potrafią unieść widły albo kij – pójdą. Dzieci zostają. Pójdziemy za śladem. I nie udawajcie, że nie wiecie, o co chodzi.

– Panie... – odezwał się ktoś z kąta, stary rybak o imieniu Olen. – To... to nie robota dla nas. Co, jeśli to coś nie krwawi jak człowiek? Piszcie do stolicy. Niech przyślą kogoś, kto się na tym zna... kogoś, kto da radę.

Eyvig nie odpowiedział. Podszedł do niego, chwycił za brodę i uderzył pięścią prosto w zęby. Olen zgiął się wpół, charcząc krwią i śliną.

– Zawsze tak było – syknął baron. – Nikogo nie obchodzą bestie czające się na uboczach, tym bardziej na krańcach świata takich jak ten. Te kurwisyny z miast mają za nic nasze prośby. Żyją daleko od... – urwał. Nie chciał albo nie potrafił dokończyć myśli. – Dla nich takie rzeczy nie istnieją. Czas wziąć się za to paskudztwo. Żegota wyolbrzymia. To zapewne tylko płachtowiec.

***

Przy stodole na skraju Barrowden rozpoczęły się przygotowania. Chłopi znosili wszystko, co tylko mogło posłużyć za broń: cepy do młócenia zboża, młoty ciesielskie, siekiery z nadłamanymi trzonkami, kusze o naderwanych cięciwach, a nawet grabie z wbitymi gwoździami, przerobione na podobieństwo prostych pik.

Żegota rozdał smołowane szmaty i kazał owijać nimi groty. Miały zapłonąć przy trafieniu, gdyby zaszła potrzeba puszczenia bestii z dymem. Nikt nie pytał, czy monstrum w ogóle da się podpalić. Niemniej każdy sposób wydawał się wart spróbowania.

W kącie kilku osadników przygotowywało pochodnie. Ktoś kuł prowizoryczne kolce na stole warsztatowym. Jakiś garbarz wręczył trzem najodważniejszym chłopinom fiolki z mieszaniną zwaną krowim gniewem – solą, tłuszczem i proszkiem z gorczycy, wlewanymi zwierzętom do ran. Wierzono, że nawet jeśli nie zabije potwora, z pewnością go osłabi.

Sambor, trzymając hełm z nadłamanym grzebieniem, przechadzał się wzdłuż szeregu, zatrzymując wzrok na każdym z osobna.

Przejebane – stwierdził w myślach, nie dostrzegając ducha walki wśród zwykłych rolników. Żaden z nas nie wróci.

Eyvig siedział samotnie na przewróconym pniu za stodołą. W półmroku futrzany płaszcz stapiał się z otoczeniem. Kołnierz okrycia ciasno przylegał do szyi, a frędzle zwisały u dołu, oblepione zaschniętym błotem. Żuł kawałek suszonego korzenia, najwyraźniej nie bacząc na smak.

Hjalkan dostrzegał jednak więcej niż przeciętny człowiek. W ciemności widział barona równie wyraźnie jak za dnia. Wiedział też, że Eyvig nie odstępuje od raz powziętego postanowienia. Gdy coś sobie umyślił, trudno było zawrócić go z obranej drogi.

Młodzieniaszek zwykle skradał się jak wilk, lecz teraz, znalazłszy się kilka kroków od przywódcy, zatrzymał się i odchrząknął, dając znać o swojej obecności.

– Czego? – burknął Eyvig, nawet nie podnosząc wzroku.

– Ja… podsłuchiwałem. No, na dachu stajni – przyznał chłopak, niemal bez wstydu. – O płachtowcu. O tych, co zginęli.

Baron w końcu spojrzał na niego spod krzaczastych brwi. W oczach zalegało wyczerpanie, wszelako Hjalkan nie potrafił rozstrzygnąć, czy wynikało z nieprzespanych nocy, czy z ciężaru spraw spoczywających na barkach.

– Jak zwykle. Już dawno przestałem się tym przejmować. Co więcej, zacząłem nawet mniemać, że znasz każde słowo wypowiedziane w tych stronach.

– Chcę iść z wami. Przecież wiesz, że nikt nie słyszy tak dobrze jak ja. Pomogę wam wytropić bestię.

Eyvig wstał i podszedł do chłopaka, rozpoczynając gorzki wywód:

– Ludzie boją się opuszczać osadę. Trakty, którymi niegdyś ciągnęły karawany, dziś pokrywają kości. Handel zamiera, bo nikt nie śmie ryzykować podróży przez te przeklęte ziemie. Miasteczko niedomaga. Brakuje rzeczy potrzebnych do przetrwania. Mąki coraz mniej. Dostawy zboża dawno ustały. Nie pociągniemy już długo. Mieszkańcy boją się zapuszczać w las na polowania. Jeśli nie oczyścimy traktów, Barrowden uschnie na kość. Ludzie przestaną płacić podatki. Głód zrodzi o wiele gorsze potwory niż to, czego dziś szukamy. Dlatego musimy ubić to skurwysyństwo.

– Chcę pomóc – upierał się podrostek.

– Nie boisz się śmierci?

– Boję. Ale zostać tutaj znaczy żyć w większym strachu. Przynajmniej tam będę wiedział, przed czym uciekam.

Na wargach barona osiadł wyraz szczerego ukontentowania.

– Te twoje skrzydlaki i słuch mogą się przydać, ale… – Splunął na ziemię. – Doprowadzisz nas jeno do potworzyska. Resztę zostaw nam. Zrozumiałeś?

Chłopak przytaknął, zaciskając usta.

O zmroku nie było już odwrotu. Miejscowi wierzyli, że skoro poluje się na nocne bestyje, trzeba stać się częścią ich świata, podzielić mrok, w którym żyją.

Blask pochodni, niesionych przez chłopów, odsłaniał jedynie niewielki krąg. Ziemia pięła się łagodnie, usiana omszałymi głazami, kamieniami tudzież drobnym rumoszem chrzęszczącym pod butami. Wokół ciągnęło się splątane pasmo wzgórz i stromych jarów, pośród których ścieżki urywały się nagle. Każde zagłębienie mogło skrywać śmierć.

Mgła snuła się nisko, oplatając nogi i wpełzając pod rękawy. Nikt nie rozmawiał. Nie z zakazu ani obawy przed gniewem innych. Coś w tej ciszy nakazywało milczeć, jak gdyby każde wypowiedziane słowo mogło nakarmić istotę czającą się gdzieś w mroku.

A przecież nikt nie miał wątpliwości, po cóż wszyscy się tu zeszli. Nie łudzili się, że stanowią prawdziwą siłę. W obliczu bestii byli jeno wozem mięsa, przynętą rzuconą na pożarcie, by wreszcie wywabić ją z kryjówki.

Wokół nich sama ziemia zdawała się chorować. Błoto pulsowało pod stopami, wyrzucając ku górze parzące macki. Liście sunęły pośród traw niczym spłoszone stworzenia, zaś drzewa skręcały się w osobliwe kształty. Najstraszliwszy widok przedstawiały sosny. Mgławice ogołociły je z gałęzi, pozostawiając na wzgórzach nagie pnie, po których rozlewała się czerwień.

Miejscowi nie bardzo znali się na takich sprawach, wszelako Hjalkan wiedział swoje.

Eyvig parł naprzód. Miał przy sobie tylko topór, jednak sposób, w jaki go trzymał, nie pozostawiał wątpliwości – nikt nie chciałby się z nim minąć w ciemnym zaułku.

Wnet natknęli się na porzucony wóz. Koła zdążyły wrosnąć w grunt, mimo to deski nosiły ślady niedawnej ingerencji. Na błotnistym dnie leżał zwinięty koc i zniszczona uprząż.

Sambor zamarł w pół kroku. Coś najwyraźniej ułożyło mu się w głowie.

– Na bogi... – wydusił z trwogą. – A jednak to płachtowiec...

Uniósł wzrok ku niebu. Mgła rozmywała czubki drzew. Chłopi idący z tyłu przystanęli, zaniepokojeni tonem jego głosu.

– A któż to na własne ślepia takie plugastwo widział? – rzucił Olen. – Bajdy to jeno, strachy, którymi dzieci po nocach straszą.

– Już raz to widziałem – odburknął Sambor, nie spuszczając wzroku z poruszonej kępy paproci. – Wszystko wyglądało tak samo. Po prostu nie było nikogo. A potem...

Wtedy Hjalkan przekrzywił głowę.

– Cśś... – syknął, unosząc dłoń. – Coś słyszę.

– Co? Szelest? Pewnie jaka kuna – parsknął jeden z chłopów, siląc się na pewność. – Chłopak słyszy, co chce usłyszeć.

– Nie... Coś nadlatuje.

Sowa sfrunęła z gałęzi i wylądowała na ramieniu Hjalkana, lecz to nie trzepot skrzydeł przyciągnął jego uwagę. Ptak pokryty był granatowym, szorstkim i gęstym upierzeniem. Pazury lekko zacisnęły się na materiale płaszcza, zaś oczy, niczym dwie lśniące studnie, wpatrywały się nieruchomo w ciemność przed nimi.

Ludzie zamarli.

– Na świętą Zorię... co to ma być? – zagadnął któryś.

– To znak – wymamrotał Olen, ściskając w palcach amulet z brzozowego drewna. – Żadne zwierzę tak nie siada bez przyczyny. Może jednak...

– On jest nieludź! – padło cicho.

– Nieludź! – podchwycił kolejny chłopina, wytykając Hjalkana palcem.

– Długośmy mówili, że coś z nim nie tak... A teraz zobaczcie.

Sowa przekręciła głowę. Ślepia przesuwały się po zgromadzonych, zatrzymując się na każdym z osobna, jak gdyby chciała ich ostrzec.

– Zamknąć ryje – warknął baron. – Wszyscy.

Mieszkańcy zastygnęli. Złość wciąż czaiła się w ich gardłach, wszelako nikt nie ośmielił się już odezwać.

– A jeśli chłopak ma rację? – Eyvig zwrócił się ku staremu rybakowi. – Co wtedy, hmm? Wolisz czekać, aż bestia znów porwie kogoś z pola albo wyciągnie z ganku, nim zdąży zawołać sąsiada?

Olen cofnął się o długość jednej włóczni.

– Ja... ja jeno... chciałem rzec, że... – wyjąkał.

– Zamilcz. Całe życie szczekasz, Olen. Narzekasz na pogodę, ceny ryb, podatki. Ale jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby twoje ujadanie odpędziło śmierć. Może czas przekuć słowa w czyny. Skoro takiś mądry, skoro najwięcej wiesz i pierwszyś do gadania, zaszczyt przedniej straży przypadnie właśnie tobie.

– Nie... panie, ja nie mogę... – Głos rybaka załamał się. – Kolana mam słabe, serce też... ja się nie nadaję.

Eyvig pozostał niewzruszony.

– Widły mu dać – rzucił chłodno. – A kto się sprzeciwi, sam pójdzie przodem.

Chłopi zawahali się, lecz nikt nie stanął w obronie Olena. Jeden podał mu widły, drugi pchnął barkiem.

Rybak pojął, że nie ma odwrotu. Ruszył w stronę ciemności, starając się nie stracić z oczu ścieżki znikającej pod zaroślami. Gałęzie smagały go po twarzy, zostawiając czerwone pręgi. Z każdym kolejnym pacierzem cisza rzedła.

Wtedy usłyszał szepty. Zrazu nikłe i niepewne, rychło nabrały mocy, aż w końcu przeistoczyły się w słowa – powtarzane raz za razem, natarczywie i coraz bliżej.

– Olen... Nie wracaj do nich.

Zatrzymał się. Chłód przeszył go na wskroś. Rozejrzał się nerwowo, lecz nikogo nie dostrzegł. Wszyscy zniknęli. Nie słyszał kroków, rozmów ani choćby pojedynczego mruknięcia. Las najwidoczniej pochłonął jego towarzyszy.

A głos nie ustępował. Snując się wokół niego, przybierał coraz to inne brzmienie. Raz przypominał słodycz miodu, innym razem szelest traw tudzież westchnienie gałęzi.

– Ciągle się naradzają... Patrzą na ciebie, kiedy myślą, że nie widzisz. Chcą cię poświęcić. Uczynią z ciebie kozła. Jesteś sam. Zawsze byłeś sam.

Olen przyspieszył. Nie chciał oglądać się za siebie. Coś czaiło się tuż za jego plecami, choć pozostawało niewidoczne. Próbował oddalić się od głosu, lecz ten płynął zewsząd – z przodu, z tyłu, spomiędzy drzew, a w końcu także z wnętrza własnej czaszki.

– Zostaw ich – zawodził bardziej pomruk niż mowa. – Niech idą w ciemność bez ciebie. Przeżyjesz. Dasz sobie radę. Zawsze wychodziłeś cało z najgorszego. Przetrwałeś głód. Przetrwałeś ogień, który strawił twoją wioskę i zabrał matkę. Słyszałeś ich wrzaski, ale nic nie mogłeś zrobić. Widziałeś, jak ojcu wbili hak w gardło i powiesili go za szczękę. A jednak wciąż tu jesteś. Wytrzymasz i to.

Słowa mieszały się z odgłosami lasu, aż trudno było rozróżnić echo od własnych myśli. Łodygi drgały bez wiatru. Mech pod stopami zdawał się coraz głębszy i bardziej miękki, jakby gotów był pochłonąć go aż po kolana.

– Wróć... – powiedziało coś z tyłu. Albo z przodu. Albo w jego głowie.

Z trudem przełknął ślinę. W gardle miał piach, nie – wodę… nie, coś gęstszego. Ruszył dalej. Wtem między drzewami, po lewej stronie, błysnęło coś jasnego. Może refleks księżyca na mokrej korze. Może kropla rosy. A może nie. Serce uderzyło mu o żebra. Przystanął i wpatrzył się w ciemność.

– To nie księżyc, Olen – zaszemrał głos, tym razem niemal przy jego uchu. – To oko. Wronie oko, które patrzy. Ale nie na ciebie. Jeszcze nie.

Zadrżał i ruszył szybciej. Krzewy rwały mu ubranie, gałęzie chwytały za włosy. Coś chrzęściło pod butami. Spojrzał w dół. Błoto. Kości. Dziesiątki powyginanych kości. Wyglądały, jakby coś wyssało z nich szpik, pozostawiając jedynie cienkie skorupy.

Wtedy zobaczył to przed sobą. Między drzewami zawisła ciemna forma. Rozpostarta. Zasłona albo skrzydło – trudno było rozstrzygnąć. Strzępiaste krawędzie poruszały się bez wiatru. Przez dwa uderzenia serca Olen łudził się, że patrzy jedynie na kawał płótna zaczepiony o gałęzie.

– Wiesz, co to jest, prawda? – syknął głos. – Czułeś to już wcześniej. Ciepło przy uchu, kiedy śpisz. Oddech w izbie, gdzie nikt nie oddycha.

Z mroku wysunęła się kończyna. Przypominała nogę nietoperza, lecz była zbyt długa i zgięta pod niewłaściwym kątem.

Olen zamarł.

Wydłużona głowa powoli ukazała się jego oczom. Tam, gdzie powinny znajdować się oczy, rozciągały się jedynie dwie czarne jamy. Pysk rozwarł się szeroko, obślizgły; we wnętrzu błyszczały rzędy igłowych kłów.

– Czuję cię – usłyszał. – Karmię się decyzją. A ty już ją podjąłeś.

Olen chciał krzyknąć, lecz nie potrafił wydobyć z siebie dźwięku. Mimowolnie zrobił krok w stronę cienia. Wtedy przy karku poczuł zimne, cuchnące sapnięcie. Szpony bestii wpiły się w jego ciało, przebijając skórę. Monstrum szarpnęło. Najpierw rozerwało bark, potem rękę, wreszcie nogę – każdy kolejny ruch odrywał od niego płaty mięsa wraz z kośćmi. Szczątki spadały na błoto.

Rybak próbował się wyrwać, niemniej kreatura rozrywała go dalej, metodycznie, bez pośpiechu. Wnet pozostał już tylko odgłos kłów miażdżących kości.

Wkrótce pozostali również usłyszeli głosy. Te same, które wcześniej kusiły Olena. Zrazu brzmiały niczym przytłumione nawoływania – ledwie uchwytne przebłyski niepokoju. Mimo to ludzie podążali za nimi, przyciągani niewidzialną siłą. Las sam układał przed nimi ścieżkę.

Nagle mgła, dotąd zasłaniająca świat ze wszystkich stron, zaczęła się rozstępować. Przed nimi ukazała się niewielka polana. Pośród powykręcanych drzew leżały szczątki. Z rozerwanego brzucha wysypały się wnętrzności, ciągnąc się po błocie czerwonymi pasmami. Wokół walały się ochłapy mięsa i strzępy ubrań zmieszane z ziemią. Tu i ówdzie sterczały połamane żebra.

– Toć to Olen – wydukał Żegota.

– Raczej to, co z niego zostało – odparł Hjalkan.

Chłopak podszedł pierwszy, unosząc pochodnię wysoko. Światło nie rozproszyło jednak ciemności. Przeciwnie – wydobywało z niej kolejne, poszarpane cienie.

Jeden z chłopów upadł na kolana i począł odmawiać modlitwę, gubiąc się w słowach. Eyvig opuścił topór. Stał nieruchomo z rozchylonymi ustami. Sambor charczał, jeszcze ktoś inny zdążył odwrócić się, nim spomiędzy jego warg chlusnęła struga żółci.

Wnet wilgotne skrzydła rozchyliły się z mlaśnięciem. A potem usłyszeli głos:

– Został pierwszym wybrańcem. Chwała Wronie. Kto chce być następny?

Bestia ryknęła i wpadła między osadników.

Brodaty chłopina skonał, nim serce zdołało uderzyć po raz dziesiąty. Kreatura przemknęła ku niemu z taką szybkością, że ujrzał jedynie błysk pazurów. Rozdarły mu bok, sięgając głęboko pod żebra. Kolejny rzucił się do ucieczki. Nie dobiegł daleko. Potwór dopadł go od tyłu, zacisnął łapy na karku i szarpnął. Trzask kręgów szyjnych zginął pośród wrzasków.

Hjalkan dostrzegł dwóch mieszkańców, którym garbarz wręczył fiolki z krowim gniewem. Leżeli już martwi, oblepieni śliną kreatury.

W mgnieniu oka prześlizgnął się po błocie aż pod same zwłoki, wciąż targane konwulsjami. Dłonie drżały, gdy gorączkowo przeszukiwał pas. Wreszcie natrafił na fiolkę. Odpiął ją zębami, wyczuwając ostry zapach soli i tłuszczu. Wtenczas monstrum pochylało się już nad kolejną ofiarą, rozszarpując jej ramię zębiskami.

Żegota krzyczał, nawołując chłopów do walki, niemniej większość porzuciła broń i w panice rozbiegła się po lesie. Pozostały tylko osoby niezdolne do ucieczki oraz te, którym strach nie poniósł nóg w ślad za resztą.

Sambor walczył jak opętany, wydzierając się z wściekłości. Raz po raz wbijał grot włóczni w chropowatą skórę plugastwa, lecz ostrze ześlizgiwało się po niej, nie mogąc przebić twardej powłoki. Dopiero kolejne pchnięcia sprawiły, że żeleźce poczęło wchodzić coraz głębiej.

Bestia zawyła, po czym rzuciła się na niego. Pazury natychmiast zagłębiły się w brzuch. Szarpnęła, rozrywając trzewia; jelita wysunęły się na zewnątrz. Sambor sięgnął po fiolkę, jednak kreatura nie czekała. Pochwyciła go i cisnęła o pień, wówczas czaszka pękła, wydając obrzydliwy odgłos. Ciało zwaliło się na ziemię. W powietrzu zawisła żelazista woń rzezi.

Gdy monstrum pastwiło się nad kolejnym chłopem, Hjalkan wyczekał właściwej chwili. Odpieczętował buteleczkę i chlusnął zawartością prosto w rozwartą paszczę. Zrazu nic się nie wydarzyło. Dopiero po pięciu oddechach kreatura gwałtownie się cofnęła, targając łbem na wszystkie strony. Zatoczyła kilka kręgów i poczęła miotać się wściekle, jakby piekąca maź rozlewała się w głębi cielska.

– Teraz! – ryknął wtedy Eyvig.

Nie musiał powtarzać. Osadnicy ruszyli naprzód niczym rozjuszone psy. Jeden wraził widły tam, gdzie mniemał, iż pod grubą skórą bije serce potworzyska. Drugi zamachnął się sierpem. Zakrzywione ostrze wdarło się w bok zaledwie na szerokość palca. Cuchnąca posoka trysnęła mu prosto w twarz. Nie bacząc na nic, zamachnął się ponownie i uderzył.

Baron zbliżył się powoli, mocno ściskając broń w dłoniach. Nadwątlone monstrum usiłowało poderwać się z ziemi. Eyvig zadał cios z całej siły. Płachtowiec zawył i szarpnął się rozpaczliwie, tym samym pogłębiając ranę. Chwiejąc się na nogach, ruszył ku głębi boru. Nie uszedł daleko. Jeden z chłopów dopadł go i długim nożem rzeźnickim podciął mu nogę. Kreatura legła.

Nie dając stworzeniu możliwości odwrotu, wskoczył na karczysko i zatopił topór w szyi. Ostrze zatrzymało się na kości. Naparł całym ciężarem ciała, aż w końcu usłyszał chrupnięcie. Tkanki wreszcie puściły, choć cięcie wciąż nie sięgało dość głęboko, by zabić potwora.

Płachtowiec wszelako nie zamierzał się poddawać. W przypływie potwornej siły odrzucił Eyviga, rozdzierając mu udo. Z gardzieli barona wyrwał się bolesny wrzask. Runął na ziemię, a niefortunny upadek zakończył się złamaną ręką.

W ferworze walki kreatura dopadła kolejnego kmiecia. Wbiła pazury w jego biodro, rozrywając trzewia aż po kręgosłup. Krzyk nieszczęśnika urwał się nagle, gdy bestia zacisnęła szczęki na szyi.

Wtedy Hjalkan dostrzegł sposobność. W mgnieniu oka runął pod płachtowca, przemykając między śmiercionośnymi szponami i paszczą rozdartą tuż nad jego głową. Dopadł miecza leżącego w błocie, po czym bez namysłu wbił ostrze w miękkie podbrzusze – jedyne miejsce, które podczas wcześniejszej obserwacji uznał za dostatecznie podatne na cios.

Bestia zawyła przeraźliwie, przygniatając go swym cielskiem. Z pyska wysunął się długi jęzor. Drgnęła ostatni raz i zdechła.

Wszyscy chwycili za kończyny potworzyska i ciągnęli z całych sił, by uwolnić go spod przygniatającego ciężaru. Baron, blady od bólu i zbroczony krwią, przyłączył się do nich, wspierając pozostałych jedną dłonią. Złamanie odebrało mu możność walki, nie zdołało jednak zmusić do bezczynności. Dopiero po kilku próbach udało się odciągnąć kreaturę na bok.

Hjalkan leżał jeszcze na ziemi, łapiąc z trudem oddech.

– To falkon... – wykrztusił.

Chłopi wraz z Eyvigiem spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Żegota zachichotał.

– Nie pierdol. Przecież każdy widzi, co żeś ubił.

Śmiech rozległ się po polanie, rozpraszając grozę. Wtedy ich spojrzenia podążyły za wzrokiem chłopaka ku górze. W gęstej mgle majaczyła ogromna sylwetka. Ledwie uchwytna, sunęła bezgłośnie na tle nocnego nieba. Patrząc na nią, nawet oni pojęli, że potwór leżący u ich stóp nie był tym, o którym mówił Hjalkan.

Podrostek z trudem powstrzymał uśmiech. Wiedział, że to dopiero początek. Mieszkańcy wioski pomylili się co do bestii. Płachtowiec był tylko tym, na co się natknęli. Prawdziwy cel znajdował się wysoko nad nimi. Był nim falkon, olbrzymi orzeł wypaczony przez Mgławice, o rozpiętości skrzydeł sięgającej nawet osiemdziesięciu stóp.

Naprawdę istnieją – pomyślał z zachwytem.

Człowiek nie mógł zgładzić czegoś takiego, podobnie jak nie mógłby własnymi rękami powalić góry. Próba zabicia tak potężnego stworzenia zakrawała na szaleństwo. Hjalkanowi pozostało więc inne rozwiązanie.

Zamierzał spróbować się z nim zaprzyjaźnić.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania