Poprzednie częściWrona z Madenfal

Wrona z Madenfal, rozdział drugi.

JAK DWIE KROPLE WODY

- Obcęgi, młotki, maski wstydu… - wyliczał znudzony Baris. Jego głos rozbrzmiewał z tronu, zbudowanego z czarnego kamienia, w kształcie zaciśniętej pięści. – Rozżarzone szczypce… Mam już dość tych rozmów o torturach, ale jakąś musisz sobie wybrać – ciągnął zimno. – Jakoś muszę cię ukarać. Ludzie wybierają pień katowski, bo wierzą w głos topora. Ty natomiast wykradłeś z moich komnat list, ponieważ ktoś ci zlecił poznanie jego zawartości, prawda? To na nic, jeśli nie potrafisz czytać. – Roześmiał się z ironią. – A może chciałeś komuś go doręczyć? Kłamstwo ma krótkie nogi. Mnie jedynie boli to zagłębienie na poduszce, które po sobie zostawiłeś. Była taka miękka, że postanowiłeś uciąć sobie drzemkę. Niemądrze. Nikt o zdrowych zmysłach nie wpadłby na tak głupi pomysł. Co ty sobie myślałeś?

Spojrzał się na chłopca, ale ten unikał jego wzroku. Król Baris II Niebołamacz był blady tak jak ściany, w których drzemał. Był wysokim, łysym mężczyzną i mówiono, że jedynym, który ma dwa mózgi. Rządy pod jego czujnym okiem sprawiły, że większość Gjaladenu prosperowało jak nigdy dotąd. Zakorzenił w sobie mądrość, której macki wyrastały wszędzie. Na podbródku jego gęsty zarost przypominał igły, za to nikły na policzkach wycinki z miękkiej kory. Jeśli oczy są lustrami duszy, to on musiał mieć w niej pustkę. Były białe jak nierozdeptany śnieg, jak garść palonego wapna. Z ust mu wypełzała ciemność, a język przesuwał się po wargach, jak noże po tętnicach. Czuł, jak zżera go choroba, a przerażającą twarz… Trzymał ją pod stalową maską.

- Nie słyszałem dziś błagania – odezwał się z goryczą w głosie. – A to potrafi rozpłomienić sprawiedliwość. Spróbuj młodzieńcze.

Złote włosy chłopca mieniły się w świetle wpadającym przez kratowane okna.

- Błagania nie zmiękczą twojego kamiennego serca. – Wyszczerzył zęby w złości. Skrępowane nadgarstki przypominały mu o bólu. – Nie żyje od momentu, w którym dałem się złapać. Więc, o jakiej sprawiedliwości mówisz?! Na pewno jej nie znajdę. Nie tutaj. – Jego głos stawał się coraz bardziej agresywny. - Gorączka się wypali, ale nic nie wypali tej zarazy, którą jesteś. Nikt mnie do niczego nie wynajął. Jestem drobnym złodziejem i uległem ciekawości. Pomyślałem, że list ma wielką wartość, a jest czymś co łatwo wynieść. Żyjecie w wygodach, których większość ludzi nawet nie zobaczy.

- Milcz – zwrócił się do niego oburzony Nemtor Srebrnogrzywy. – Mój panie – ciągnął poirytowany. – Pozwól mi nauczyć chłopca manier. Odciąć język, by już nigdy nie miał możliwości odezwać się w ten sposób. To się nie godzi!

Nemtor był gwardzistą o surowej, wygolonej twarzy z wyostrzonymi kośćmi policzkowymi. Z jego napierśnika łypał dwugłowy orzeł z wywieszonymi językami, podbitymi srebrem.

- Dość tego – przerwał im Baris. Był zmęczony tą dyskusją. Jego wzrok skupił się na chłopcu. – Mam inne rozwiązanie. Możesz się jeszcze na coś przydać, dlatego dam ci wybór. Pomyślę o twoim zadośćuczynieniu. Jeśli się wykażesz pozwolę wstąpić ci do służby. W przeciwnym razie Nemtor zadowoli się językiem.

Niebołamacz ziewnął. Delikatnie wygładził fragment czerwonego aksamitu swojej szaty, której obszycie było ozdobione futrem z popielicy. Pas z orlimi szponami przewijał się przez jego talię, podkreślając władzę.

- Wyprowadźcie chłopca – rozkazał swojej straży. Z kolei ci uczynili to bezzwłocznie.

Chłopiec szedł, czując na sobie ciężki wzrok strażników, a w jego głowie wirowały myśli. Czy to falcon, który krąży nad zamkiem? Opowieści o takich stworzeniach pełne były tajemniczości i grozy. Zawsze były symbolem czegoś nadzwyczajnego, a ich rzadkość sprawiała, że każdy ich lot nad zamkiem był traktowany jak omen.

Gdy wychodzili z ogromnej sali tronowej, chłopiec spojrzał na rzędy kolumn, które zwieńczone były głowicami, rzeźbionymi na kształt skrzydeł. Pomieszczenie wypełniali dworzanie i gwardziści, czekający na jakikolwiek ochłap uznania. Kamienne płyty podłogi lśniły w świetle świec, a ornamenty na ścianach przypominały plamy szkarłatnej krwi. Brud, jak nieustannie zbierający się kurz czasu, nawarstwiał się na samych brzegach. W korytarzu przed tą salą, miękkich tkanin i spokoju doglądało dwóch strażników, którzy byli jak dwa nieruchome posągi. Ich oczy śledziły każdy ruch, jakby każda sekunda mogła zadecydować o przyszłości.

W głębinach zamku, na najniższej kondygnacji, gdzie ciemność była gęstsza, a powietrze cięższe, rozciągały się ciągi lochów, które nigdy nie świeciły pustką. Mrok spowijał każdy zakamarek.

Nagle jakiś cień, gwałtownie zabrał głos, jakby wydarzyło się coś złego.

- Mój Panie! Przy… - nie zdążył skończyć zdania, gdy dźwięk żelaznych wrót, cięższych od ich grzechów przyćmił zebranych tam gwardzistów. Wejście do tego pomieszczenia przypominało wrażenie otwierania skarbca. Ledwie przemknął przez nie strumień światła, a całą uwagę przywłaszczył sobie ten, na którego czekał król. Hjalkan zwany także Tropicielem. Jeden z czterech Burzowych Szponów, którzy piastowali najwyższą rangę w konfliktach zbrojnych. Ten potrafił zabić za najmniejsze przewinienie, gdy w grę wchodziło imię króla.

Na jego prawym ramieniu siedziała śnieżna sowa w czarne pręgi. Przekręciła głową. Nie była strażnikiem lasu, czyhającym nocą, by udusić poprzez uścisk podczas polowania. Była zwiadowcą, której oczy były nieruchome, ale pełne obserwacji. W terenie kołysała się w powietrzu, żeby tropić, a nieustanna czujność nigdy nie zdradzała jej zamiarów.

Na lewym ramieniu widniał naramiennik z ostrymi ćwiekami. Prowadził złączeniami przez napierśnik, aż do samych nagolenic. Pancerz pokryty był warstwami płyt grubszymi niż zazwyczaj, a w centrum wyryty orzeł przyglądał się złowrogo. W świetle nabierał połyskliwej, blado czarnej barwy. Pordzewiałe włosy Tropiciela przysłaniały czoło, a pół hełm trzymał sztywno w dłoni. Lśnił migotliwym blaskiem.

- Wasza Niebosiężność. – Zgiął się w ukłon. W jego wzroku mieszkała nawałnica. – Czy możemy porozmawiać na osobności? - spytał bezbarwnym tonem głosu.

Hjalkan był do cna wypłukany z jakichkolwiek uczuć. Dla niego zabijanie było tym, czym dla złodzieja ciemność. Wymiana spojrzeń między nim, a królem była dość interesująca, jakby mogli się porozumieć poprzez mowę oczu. Znali się od bardzo dawna.

- Mój Panie! – Cień wtrącił się raz jeszcze i trzymał w dłoni kielich. Cień okazał się być sługą w średnim wieku o jasnoszarych oczach. Próbował przekazać coś ważnego.

Wyglądał na zmartwionego. Gdy tylko podszedł bliżej, odwaga wyparowała migiem. Tym razem ciężej było mu otworzyć usta. Wszyscy obserwowali jego ruchy. Serce mu biło, jak oszalałe. Wydawało się, że można było je usłyszeć w odległości czterech kroków. Przez moment poczuł się bezsilnie niczym wyrzucone na brzeg ciało wieloryba. Potknął się i nikt, by się tym nie przejął, gdyby nie to, że rozlał cierpkie, drogie wino.

Ogień zaskwierczał w lampkach oliwnych, a płomienie zatańczyły wewnątrz, wzbijając się jedynie po to, by za chwilę opaść.

- Klyffenhydzie – Baris zwrócił się do swego ochmistrza. – Nie zapomnij, dzięki komu tutaj jesteś. Wybijaj swoje zęby, ale nie rozlewaj czegoś za co inni płacą głową. Nie marnotraw i nie zabieraj więcej mojego cennego czasu. Mam ważniejsze sprawy, które czekają na to, aby je omówić.

Zdenerwował się. Tylko syk drewna palącego się w kominku mógł wyostrzyć jego powściągliwość. Dźwięk strzelających ogni w jego samotni.

- Wasza miłość, ja w sprawie… Odbierają poród! – W końcu z siebie to wyrzucił. Przeszkodził po raz trzeci, a na sali rozległ się pogłos szyderczego śmiechu, piętrzącego się od dłuższej chwili. - Zapewniają brak powikłań, ale…

Król wstał niezgrabnie.

- Ale?

- Mają wątpliwości co do płci. – Klyffenhyde zbliżył się i rzekł ściszonym głosem. - Wino niosłem po to, żeby uczcić ten radosny dzień, wypełniony oddechami dziecka. Wybacz panie. Pomyślałem, że to będzie dobra rzecz.

W jego oczach było przerażenie. Strach, że jego słowa nie zadowolą pana. Nigdy nie wiedział w jakim humorze zastanie swojego władcę.

Baris podniósł się i obdarzył go niesmaczną miną, której nikt na szczęście nie zobaczył. Chowała się za maską.

- Dziś przywitamy następcę – odchrząknął po krótkim zastanowieniu. Odesłał ochmistrza skinieniem dłoni. - Chodź Hjalkanie. Porozmawiamy w ogrodzie. Cień sekwoi dobrze na mnie działa. Ma w sobie coś kojącego.

Jego przekonanie co do płci dziecka było zagubieniem, pogonią za dziedzictwem i obawą przed upadkiem. Ćmą rwącą się do światła. Wydawało mu się, że czekał całą wieczność, by poderwać się pod same chmury. Kiedy już unosił się nad nimi, wcale się nie mylił. Dostrzegał tę rozbieżność, którą była władza. Widział ją i mógł wyrazić ją słowami. Miał ją i czuł jej wielki ciężar. Inni widzieli w niej korzyści, z których mogą czerpać. Na jak długo?

Gdy dotarli, słońce docierało zewsząd i mieniło się czerwienią. Płynące światło tańczyło na liściach drzew.

- Władza jest jak młyn – oznajmił Baris. – Wszystko działa, lecz w sekundę wszystko może przestać.

Zdjął maskę i pozwolił odetchnąć swojej skórze. Hjalkan był jednym z nielicznych, przy których czuł się komfortowo.

- Zgaduję, że nie zmieniłeś swoich upodobań. – Cień uśmiechu przesunął się po jego twarzy. – Długo cię nie było. Za długo.

- Nie zmieniłem – odpowiedział Hjalkan. - To nadal zderzające się metale. Ten ich dźwięk, jak się łączą w jedność. Lubię walczyć. No i kobiety – chyba je najbardziej. Chociaż… chyba nic więcej mi nie daje satysfakcji od odkrywania prawdy, rozwikłania jakiejś niejasności.

- Mówią, że twój tytuł, to przemoknięty ohydą, odpad moralności. - Podszedł i chwycił go za ramię, z którego odleciała sowa. Chwilę wcześniej Tropiciel coś szepnął jej do ucha, a ta huknęła głucho. - Nie przejmuj się tym. Tacy nie potrafią zrozumieć, czym naprawdę jest twoja funkcja.

Baris odsunął się od niego i skierował wzrok ku niebu. Wyjął sztylet z gładką rękojeścią, który nosił przy pasie, i niedbale podrzucił go w powietrze.

- Poza tym nie chce więcej słyszeć o stałych kochankach – mówił, wyrażając swoje niezadowolenie. - Nie wdawaj się w nic poważnego i upewniaj się, by nie było żadnych świadków. Kobiety będą twoją zgubą, jeśli zaangażujesz się raz jeszcze. Mężczyźni rządzą światem, ale to kobiety rządzą mężczyznami. Masz się ich wystrzegać jak zarazy. Inni, by już wąchali szubienice. Jeśli coś takiego się wyda, a ja nie kiwnę palcem to…

- To zarówno prostaczkowie jak i wysoko urodzeni będą chcieli wysłać mnie na szafot. Wiem.

Baris skinął głową ze zrozumieniem.

- Ślubowałeś. Nie zapominaj o tym.

- Tak… - wykrztusił Hjalkan, chociaż brzytwie łatwiej, by było przedostać się przez gardło.

- Nie czuję przekonania w twoim głosie.

- Tak, mój panie – powtórzył dużo głośniej.

- Długo nie otrzymywałem od ciebie żadnych wieści. Nie wysłałeś żadnej sowy. Mam nadzieję, że nie przynosisz wyłącznie tych paskudnych.

- Niestety – odparł zasmucony Hjalkan. Pogładził ręką kilkudniowy zarost. – Kylhar przeprawił się na drugi brzeg dorzecza. Uciekł tam, gdzie go poniosły oczy. Na Poczerniałą Grań. Wysłałem za nim ludzi, lecz Buntownik ułożył się z takimi samymi jak i on. Z tym klanem Bladoskórych, czy jak ich tam teraz nazywają. Mają w sobie nieokiełznaną dzicz. Nikt nie przeżył, poza tym najemnikiem z Gratenhag. Już chyba kiedyś o nim wspominałem.

Niebołamacz westchnął ciężko.

- Każdego dnia wyczekuje, kiedy miasto zaśnie – oznajmił, przykładając sobie nóż do gardła. – Dopiero potem próbuję zasnąć. Zawsze śpię ostatni. Wspomnienia nie dają mi spokoju, a na wspomnieniach niczego się nie zbuduje. Jedno cięcie mnie od niego dzieli. Od tego spokoju… Snu. – Przycisnął nóż odrobine mocniej. - Odpoczynku. Kiedyś myślałem, że zabijanie uczyni z nas dorosłych i dojrzałych mężczyzn. Popatrz no… Zrobiło z nas potwory.

Na Hjalkanie nie zrobiło to wrażenia. Nawet nie drgnął, chociaż zgadzał się w tej kwestii jak w żadnej innej. Wiedział, że jego panu nic nie grozi, że to jedynie jakaś gra. Wypluł coś pod nogi, co wydłubywał z między zębów.

- Musieli go oszczędzić, bo był zdrajcą – zaczął król. - Ułożył się z tymi dzikusami.

- Trochę to zajmie, nim go złapie i przesłucham – odrzekł lodowato Hjalkan. – Nie sądzę jednak, by stał się jednym z nich. Chociaż Migar biję się dla złota, nie jest żadnym zdrajcą. Nie walczyłby dla takich jak oni. Honor jest dla niego ważny. Nie tknie kobiet ani dzieci. Zdążyłem się na nim poznać.

- Wszyscy nimi są – odparł Baris. – Zdrajcami… - powiedział chwilę później. - Nie lekceważ mnie Hjalkanie. Przy mnie najgrzeczniejszy pies pójdzie śladem, zatopi w złości kły i wyciągnie ochłap mięsa. Myślę trzeźwo. Mój osąd nie jest zaburzony. Znam się na tym. – Wtrącił jeszcze z przekonaniem. – Na nich. Na ludziach. To, jak się zachowają, jakie decyzję mogą podjąć. Czuję to w kościach. Mogłeś mu obiecać złote góry. Mogłeś je obiecać wszystkim najemnikom, może wtedy walczyliby jak lwy. Teraz na pewno już nie zasnę. Za dużo zmartwień.

- Obiecałem rzekę złota, mój panie. Dosłownie.

- Za małą i za wąską.

- Zgubiłem go. Straciłem z oczu. Tamtego dnia za mocno skupiałem się na wronie, o której już kiedyś ci mówiłem. To mój błąd i zamierzam go naprawić. Dowiem się, jeśli Kylhar coś knuje.

- A ty dalej o tej wronie? Skończ z tą brednią.

Burzowy Szpon doskonale zdawał sobie sprawę, że w szczególności Niebołamacze będą za wszelką cenę unikać rozwiązania zagadki mgławic. Ich świat, osadzony w mroku i tajemnicy, narodził się równocześnie z nimi, z purpurową mgłą, która od zawsze splatała się z ich istnieniem. Te ulotne zjawiska nie były dla nich tylko częścią obłoków. Były częścią ich samego, nierozerwalnie związane z tożsamością. Dla nich zmiana była niepojęta, a odkrywanie prawdy o mgławicach mogło zniszczyć fundamenty wszystkiego, co do tej pory znali i stworzyli.

Wiedział, że ci, którzy żyli pod tym wpływem przez pokolenia, nie chcieli żadnych zakłóceń. W oczach zwykłych ludzi, mgławice były nie tylko widocznością na niebie, ale metaforą stabilności świata, w którym żyją. To one nadawały rytm ich istnieniu, ich wierzeniom, ich życiu. Jak mogliby teraz stawić czoła prawdzie, która rozbiłaby ten dawny porządek? Jak mogliby zaakceptować fakt, że za tymi mglistościami skrywa się inny świat, czyli coś, co wymagałoby od nich przestrojenia całej wizji rzeczywistości.

Nie miał złudzeń - dla Niebołamaczy zmiana była równoznaczna z zagładą. A dla niego, w tej cichej walce o prawdę, jedynym wyjściem była cisza.

Król, zmęczony ciężarem milczenia, w końcu zdecydował się je przerwać. Przez długie chwile jego umysł błądził wśród niewypowiedzianych myśli.

- Wiesz, dlaczego otaczam się takimi, którzy mają zimne serca? – Nie dał mu czasu na odpowiedź. – Ponieważ odświeżają moją pamięć. Odświeżaj mi ją dalej.

Szli, aż znaleźli się w ogrodzie. Ogród był poprzecinany gęstą siecią ścieżek, wijących się wśród bujnej roślinności. Prowadziły do centralnego punktu, majestatycznego posągu Valakreda, Boga Bólu i Urozmaiconych Cierpień. To miejsce, gnieżdżące się w Syvandis było fundamentem wiary, która przez wieki krzepiła serca ludów. Lordowie nieustannie wznosili zwały kaplic, by poddani czcili jego imię. Wyrzeźbiony ze skał starszych niż historia, opowiadał o mężczyźnie, który zrodził się z nicości, stając się jednocześnie symbolem życia i śmierci.

Tętniło tam życiem, obecnością. W powietrzu unosił się zapach karminowych kwiatów, ostry i jednocześnie słodkawy. Woda z fontann spływała w kaskadach do sadzawek. Im głębiej, tym było gęściej od głogów, a sam ogród zwieńczały dwa olbrzymie starodrzewa. Jedna z sekwoi wyciągała swe konary w stronę jądra cytadeli. Rzucała cień na dworzankę w kobaltowej sukni.

Ciepły powiew wiatru i wilgoć niosły ze sobą trudny do zniesienia ciężar potu. Tropiciel przetarł czoło, otwierając usta.

- Wrogowie zaczynają się sprzeciwiać – stwierdził. – Oficjalnie nie chcą żadnych kłopotów, ale jeśli się zjednoczą…

- Źle to wygląda – przyznał mu Baris. – Ale wiesz jak to jest z wrogami. Płynie w nich ogromna mądrość, dopóki nie wypłynie krew.

- W końcu się zbiorą, przegrupują i uderzą na nas z całą siłą. Stają się niebezpieczni. Problem trzeba zdusić w zarodku. Twój brat powinien się tym zająć dawno temu.

- Ja za to zbieram myśli i uważam, że są niebezpieczniejsze od nich wszystkich – odparł Baris z niedopuszczającym sprzeciwu tonem. – Poza tym zdecydowałem już, jaki los spotka tych, którzy knują za plecami. Mój stary druh, lord Xolorian będzie pierwszy. Wysłałem mu słodką wiadomość. Obiecałem jego córkę Zazdimowi. Trochę cierpliwości, a upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Poza tym mój brat jest zajęty szukaniem buntownika.

- Zazdimowi? – zdziwił się Hjalkan. – Jest ze sto razy starszy…

- I tyle samo razy mądrzejszy. Jego żona zmarła, a to małżeństwo nie będzie stanowiło dla nas zagrożenia w przyszłości, która stoi pod znakiem zapytania.

- Przymusowe małżeństwa nie pomogą, jeśli zwęszą twoją słabość.

Baris zmarszczył brwi i spojrzał na niego z niezadowoleniem. Domyślił się, o co mu chodzi, lecz spróbował wziąć go na plewy.

- Jaką słabość?

- Nie jest tajemnicą, że odkąd zmarł twój pierworodny… - Hjalkan poprawił swoje włosy i zaczął od początku. - Twój syn był następcą tronu, a teraz gniję wraz z nadzieją na sprawowanie dalszych rządów. Choroba, która go pochłonęła… Wielu odbierze ją inaczej, niż byśmy tego chcieli. Jeśli twemu bratu się nie powiedzie w poszukiwaniach, to nasz problem będzie przypominał głaz, który stanął w gardle. Przyjdą po nas. Po twój tron… Pochodzenie jest ważne, a ja go z pewnością nie mam, więc niewiele mogę powiedzieć w tej kwestii, jednak chciałbym ci doradzić. Moje jest za skromne, by upomnieć się choćby o śliski od błota kamień. – Rzucił, zmieniając tok rozmowy. - Urodziłem się w burdelu. Nawet nie wiem jakim. Nawet nie wiem czy chcę wiedzieć. Okazało się, że moja matka nie była moją matką. Mimo to darzyła mnie czułością. Zwłaszcza w nocy, gdy nie było świadków. – Przyjrzał się staremu drzewu. Wydawało mu się, że zobaczył w nim wyrzeźbioną twarz. Przetarł oczy. Jego król słuchał tej historii nie po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni. Lubił ją. – Darzyła, dopóki nie przebiłem jej oka pordzewiałym prętem. Miałem dziewięć lat. Może dwanaście. Kto by to pamiętał?

- Ja pamiętam, że zdecydowałem się zwolnić dowódcę Visander’a ze służby. Nie dostosował się do wydanego mu rozkazu.

- To nie przypadek, ze jego też wysłałem z resztą – wyjaśnił z powagą Hjalkan. – Rozkazy… Nie zwolniłeś go z przysięgi za to, że ich nie wykonał. Zwolniłeś go za to, że wydał takie, które wykonano. Prawda?

- Zachował się jak głupiec. To on zabił tę bogu ducha winną dziewczynkę. Dźgał ją nożem jak tłustą kiełbasę za to, że przyniosła tę kiełbasę, ale zimną. Jak już leżała martwa, to chciał jej wyciąć język. Wszystko przez to, że raz się sprzeciwiła. Biedna, pewnie miała dosyć. Miałem też przeczucie, że musiał ją gwałcić. To nie przystoi gwardziście i dowódcy. Mam nadzieję, że teraz gnije w jakichś bruzdach zamarzniętego błota.

- Założyłem, że tam zginie – odrzekł stanowczo Tropiciel. – Powtarzał, że chce naprawić swój błąd, że jest gotów zginąć w twojej służbie. No i zginął na Poczerniałej Grani. Miałem jednak nadzieję, że zanim to nastąpi, przyniesie nam głowę Buntownika. Niestety, zamiast tego to Kylhar odciął jego.

Baris nie chciał już dłużej o tym rozmawiać. Oddech miał ciężki i nierówny. Każde niepowodzenie kładło się na jego ramionach jak chłodne, żelazne kajdany, a wzrok utknął na potężnych murach wznoszących się przed nim.

Ciemne cegły, z których je zbudowano, odbijały obraz surowości. Szorstkie i popękane, były nasiąknięte wilgocią, która nadawała im wygląd gnijącego mięsa. Z ich szczelin sączyła się czarna, mazista ciecz. Głęboki rów otaczał twierdzę niczym zimny, wodny grób. Woda w nim była martwa, gęsta i nieruchoma, przypominała zastygły wosk. Powoli spływała w stronę Vistuli, rzeki, która była nie tylko najdłuższa, ale też najbardziej nieuchwytna.

Z zachodniej strony miasta rozciągał się port pełen zgiełku i ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy z intryg kryjących się w cieniu murów twierdzy. Most, który łączył twierdzę z resztą miasta, był pomostem między światami: tym, który władał, i tym, który cierpiał pod jego butem. Kamienny kolos spoczywał na potężnych filarach, wyrzeźbionych w kształcie pięści. Te z kolei, zatopione w brudnym nurcie wody, wyglądały, jakby zaciskały się na samej ziemi, gotowe zdławić wszystko, co się im sprzeciwi. Konstrukcja zdawała się szeptać opowieści o represjach i bólu – o stabilności, która trwała tak długo, jak długo twierdza pozostawała nietykalna.

Król zamyślił się na chwilę i dotknął starodrzewa chłeptającego się w promieniach słońca. Dotknął kory, czując w dotyku ciepło słońca, które łaskotało skórę.

- Ojciec zawsze mi powtarzał, że niezależnie od tego, czego bym nie szukał, zawsze powinienem patrzeć na to sercem, nie oczami – opowiadał. - W tym próchnie inni widzą nieśmiertelność. Coś, co zostanie długo po nas. Oceniają je przez wygląd, a dla mnie jest nieważny. I właśnie tym się różnie od lwiej części tego dworu. Widzą tylko zewnętrzną fasadę, a ja wiem, że to, co prawdziwe, ukryte jest głęboko w środku.

Hjalkan ziewnął, jakby już nic nie mógł wnieść do tej rozmowy. Od niechcenia oparł się o drzewo.

- Spotkałem kiedyś drwala. – Sprytnie zmienił wątek. – Ten ogród ożywił to wspomnienie… Siedział nad rozrąbaną sosną, a jego ręce delikatnie muskały ostrze siekiery. Mówił do niej, jakby była żywą istotą, nie narzędziem. Nazywał ją "Matyldą". Wpatrywał się w nią, powtarzając jej, że ją kocha, jakby była najważniejszą rzeczą na świecie. I wiesz, co jeszcze? Twierdził, że kiedyś był pień, a siekiera była w jego wnętrzu. Była głową, która odcięła… jego życie. Mówił o tym z jakimś dziwnym, mrocznym przekonaniem. Okazało się, że to nie byle kto. Był to słynny malinowy drwal, który porąbał ciało własnej żony, a potem wrzucił je do gara z…

- Z malinami – dokończył z lekką ironią Niebołamacz. – Myślisz, że naprawdę ją zjadł?

Tropiciel odchrząknął. Nie odpowiedział na tę kwestię.

- Być może mylę się co do najemnika. Kiedy go znajdę, to z pewnością będzie się zarzekał, że nie jest żadnym zdrajcą. Słowa to trochę za mało. Ale jeśli nie dowiedzie ich prawdziwości to…

- To go do mnie przyprowadzisz – dokończył ponownie Baris. – Dosyć już tych wyczerpujących rozmów.

W tej chwili wrzaski bestii, latającej nad warownią, zaczęły stopniowo słabnąć, wkrótce znikając zupełnie. Należała do Hjalkana, który trzymał ją na straży. Król obrócił się i ujrzał pędzącego jak huragan Klyffenhyde’a. Kurz unosił się wysoko, osiadał na ochmistrzu i jego wamsie z granatowego aksamitu. Na fałdzistych rękawach przebijały zaschnięte plamy wina.

- Panie, wysłuchaj mnie po raz ostatni! – zawołał błagalnym tonem Klyffenhyde, ledwie łapiąc oddech. – Twoja pani żona urodziła! Niebosiężna Veyris czeka byś przywitał się z potomstwem. Poród przebiegł bez powikłań, ale… jest i druga, zła wiadomość. Wiadomości. - Zakłopotał się jeszcze bardziej, niż zwykle. – Jakby to powiedzieć… Nie będzie w stanie dalej rodzić. Poza tym teraz przyjdzie zamartwiać się podwójnie.

- Nie rozumiem – odparł Baris. Jego twarz nagle pobladła. – Mów, co się dzieje z moim synem? I co z moją królową? Masz zadbać, by jak najszybciej powróciła do zdrowia, rozumiesz? Ostatnio mówisz tylko w zagadkach. Sądź muła według chodu, według pracy – sługę. Mówi Ci to coś? – Zacisnął palce na masce, którą trzymał w dłoni. - Przekonam się na własne oczy.

Klyffenhyde był wyraźnie przerażony. Przepełniały go obawy. Czuł na plecach oddech Tropiciela i jego obojętność w kwestii odbierania życia. Bardzo szybko znaleźli się przed komnatami. Strzegł ich Tasak. Chłop jak dąb z bielmem w oczach, o twarzy pokrytej zaspą piegów. Pod nimi rozciągały się bruzdy, wyrzeźbione po długich latach walki. Miał na sobie charakterystyczne skórzane spodnie z gronostajów oraz pas z miedzianą klamrą.

- Halt! – zawołał, nie za dobrze widząc zbliżających się gości. Ręce złożył nad głowicą ostrza, którego sztych wbijał się w posadzkę. Nie wywoływał pozytywnych bodźców. Intensywnie mrużył oczy, do momentu, aż zauważył czerwoną szatę króla. - Wybacz panie. Nie widzę dalej niż na odległość wyciągniętej stali.

- Dobrze, że chociaż dobrze umiesz nią zabijać. – Wyraz twarzy króla był naprawdę sympatyczny. – Wszyscy zaczekajcie. Nie wchodźcie, choćby nie wiem co się działo.

W komnacie, gdzie odbywał się poród, panował półmrok. Wszedł, a wewnątrz Veyris czuwała nad kolebką. Jej krzaczaste brwi wyglądały jak dwa wiosła przy zachwycającej łodzi, spływającej w głębie wodospadów. Oczy miała jak szmaragdy, szepczące by je ukraść. Na palcu lśnił pierścień z rubinowym oczkiem, a włosy miała czerwone niczym płomien. Cera jej była porcelanwa, zaś głos wydawał się być wiecznie rozmarzony. Słynęła z hodowania białych, pachnących kwiatów, których owoce wyglądały jak woreczki.

- Popatrz na to wcielenie niewinności – oznajmiła. Łzy zalewały jej zaschnięte wargi. W dłoni trzymała naszyjnik z nasion zatopiony w złotym pyle. Stanowił on tradycję, która miała zapewnić szczęście nowo narodzonemu dziecku.

Z kolei prawdziwym nieszczęściem były nieślubne ciąże, a co za tym idzie niechciane dzieci. Społeczeństwo podchodziło do tych kwestii z morderczą obsesją. Wychowywanie dziecka, którego istnienie wiązało się z piętnem hańby, było losem gorszym od śmierci z głodu albo wyziębienia. W większości przypadków małe, bezbronne ofiary kończyły na dnie morza, albo porzucano je w lasach, skazując na pastwę wilczego instynktu.

Chęć do życia była niewystarczającą, kroplą w morzu brutalnej rzeczywistości. W szczególności wojenne sieroty nie miały żadnych krewnych ani żadnych praw do życia. Grzeszne owoce nie miały szans na dziedziczenie czegokolwiek. Dziewczynki często stawały przed wyborem między zrzuceniem się ze skały, albo pracą w domach rozpusty, dołączając do samotnych i owdowiałych kobiet. Chłopcy natomiast często zajmowali się uprawą czyjejś roli, albo poznawali sztukę wojny. Jednak dzieciom Veyris nic nie zagrażało, gdyż pochodziły z prawego łoża. Chyba, że byłyby przeszkodą do…

Baris jej posłuchał i spojrzał najpierw na odciętą pępowinę i odbicie w lustrze z polerowanego brązu, a w nim służącą, zmierzającą do oględzin. Westchnął głęboko, choć w jego oddechu nie było radości, tylko mieszanka ulgi i niepokoju. Przytulił niemowlę do klatki piersiowej i obejrzał je dokładnie.

- To dziewczynka! – zagrzmiał, nie mogąc powstrzymać emocji. Nawet nie brał tego pod uwagę, gdyż ambicję spodziewały się chłopczyka.

W jego wyobraźni rysował obraz swojego syna, tego, który miał objąć po nim tron, który miał zdjąć z jego barków ciężar. A teraz z goryczą i rozczarowaniem, zrozumiał, że wszystko się zmieni. Gniew powoli ogarniał jego umysł, gdy zdawał sobie sprawę, jak bardzo los z niego zadrwił. Syn, którego pragnął, miał być jego następcą. Teraz zniknął w cieniu tej dziewczynki. Jego oczy zaczęły błądzić, jakby wpadały w obłęd. W takich chwilach, gdy jego umysł stawał się zbyt ciężki, wzbierała w nim potrzeba "upuszczania krwi". Ta lecznicza praktyka, miała na niego pewien wpływ – pomagała mu w chwilach, gdy nie potrafił poradzić sobie z wewnętrznym chaosem.

- Tak – powiedziała. Głos ukochanej brzmiał, jakby płynął zza grubej ściany bólu. Było w nim więcej przerażenia niż radości. – Sangomari… Krew z twojej krwi.

Baris zatrzymał się na chwilę, starając się opanować narastającą burzę w sobie. Wiedział, że w tej chwili życie jego córki, choć chronione przez jej pochodzenie, będzie zawsze pełne niebezpieczeństw. Jeśli tylko stanie się przeszkodą w realizacji ambicji jego wrogów, stanie się celem.

- Nie zdajesz sobie sprawy, jakie stworzyłaś zagrożenie! – obwinił ją ozięble, choć nie miała wpływu na płeć dziecka. – Odtąd już zawsze jej życie będzie zagrożone. Gdy wieści się rozejdą, wojna będzie nieuniknioną kwestią czasu. Teraz wrogowie będą mieli jeden powód więcej, aby podnieść zbrojny bunt. Gdyby urodził się syn, nikt nie podważyłby jego praw do sukcesji. – Spojrzał jeszcze raz na córkę, nim ciemność ponownie zatruła jego umysł.

Veyris zrozumiała, że nie da się go uspokoić. Poczuła się jak drobny kamyk, płynący z nurtem jego gniewu.

- Dwa powody – poprawiła go drżącym głosem. - To bliźniaczki.

Król zamarł, a służąca przyprowadziła owinięte w pościel dziecko przyssane do sosułki z płótna, w której płynęło ciepłe mleko.

- Wyglądają jak dwie krople wody… - zauważył. Gdy się zbliżył, Veyris oparła się o jego pierś, szukając wsparcia, którego nie potrafił już jej dać.

Dzień kładł się do snu, a kolejny miał przynieść konsekwencje. W powietrzu wciąż unosił się zapach noworodków. Miasto po świcie wypełnią teraz plotki i osądy, i ci, którzy będą chcieli podważyć prawa dziedziczenia.

- Tak, mój panie… – wyszeptała mu przez płacz. - Sangomari i Santori Niebołamacz. Nadciąga nawałnica…

W jego umyśle krystalizowały się już plany. W takim razie Hjalkan będzie miał robotę – pomyślał. A ten czekał za drzwiami, głodny tego, co nadchodzi. Hartował się jak stal, choć ciekawość prowadziła go gdzie indziej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania