Wrona z Madenfal, rozdział trzeci.
Pod Krwawym Hakiem
- No, no! Zobaczcie, kto nam oprzytomniał - oznajmił oberżysta, wbijając tasak w krwiste mięso. Odgłos ostrza zadudnił w uszach najemnika, który, mimo że był już świadomy otoczenia, nie mógł pozbyć się uczucia oszołomienia. Migar drgnął gwałtownie. – Ten, kto zadał ci te rany z pewnością nie zajmuję się tępą rąbaniną. Jego miecz ćwiczebny najwyraźniej nie był z drewna, przyjacielu. Dobrze wiedział co robi. Wybacz, jeśli nie pamiętasz, gdy się przedstawiałem. Spałeś jak zabity, więc pozwoliłem jeszcze trochę ci odpocząć. Raz się próbowałeś podnieść, ale ból z powrotem położył cię do łóżka. Mówią na mnie Olys, a głos mam nieprzyjemny, bo mnie użądliła osa, jak przypadkiem ją połknąłem. Z głodu. - Roześmiał się i poklepał po okrągłym brzuchu. Mógł w nim schować beczkę piwa. Albo dwie. - Sądzę, że walczyłeś z kimś poważnym, dlatego też muszę się poważnie zastanowić, czy mogę cię tu trzymać. To nie oberża, w której dźgają się nożami jak jakieś dzikusy. Tu się kroi mięso owiane aromatem świeżych ziół, ha! A przede wszystkim podaje się tu piwo. Ostrożność jest konieczna. Niezbędna.
- To nie… - wydusił z trudem Migar. Nie miał siły protestować. Poczuł tępy, uciskający ból w klatce piersiowej.
Olys wytężył słuch.
- To nie głębokie rany? Czy to właśnie chciałeś mi powiedzieć? Może i nie. Ten ktoś z pewnością nie chciał cię zabić. To najlepsza zła wiadomość, jaką dziś usłyszysz. Najgorsza nie zdążyła się zaognić. Obmyłem ją, ale jest niezszyta i nie radzę jej oglądać. Jest paskudna, chociaż ropa się nie sączy. Przypominałeś wysychającą rzekę. Suszę, a ja zdołałem cię ocalić. Ale… - Karczmarz wytarł mokre ręce o płócienny fartuch.
- Zginę, jeśli nikt mnie dobrze nie załata – dokończył za niego cienkim, osłabionym głosem. Przez lniany bandaż najemnika sączyła się łagodnie krew, skapując na podłogę. – Wda się zakażenie, a ty zakopiesz mnie za stajnią. Końskie gówno odrobinę zdusi smród bladego ciała. Wtedy nie będziesz już musiał się przejmować.
Olys skinął głową i odwrócił się do okna z drewnianą okiennicą, wyciętą w kształcie kufla.
- To dziwne – zaczął. – Szczęście w nieszczęściu, że wyleciałeś z siodła blisko rzeki. Ledwie cię zauważyłem. Inni mogliby cię okraść i rozpłynąć się jak śnieg. Też tak mogłem zrobić.
- Żałujesz?
- Tak podpowiadał mi rozsądek, ale powiadają, że to podróżujący jest gospodą. Plastrem miodu na rozstajach dróg. A jak jest miód, to i muszą być niedźwiedzie. Z kolei te oznaczają kłopoty. I siłę. Samowystarczalność. Uznałem to za znak. Zgodzisz się ze mną?
- Piwa… - poprosił go najemnik. Miał już dosyć suchych, pękających warg. Trunek chodził za nim już od dłuższego czasu.
- Wyjaśnij, jak się tu znalazłeś, a wlejesz w siebie całą beczkę. Masz moje słowo.
Słowo oberżysty może być nie wiele warte, ale moje z pewnością znaczy mniej. Najemnik skromnie się rozejrzał, a krępy mężczyzna z brązowymi przebarwieniami na twarzy unikał jego wzroku. Wszystko wydawało mu się dziwnie podejrzane. Naprzeciwko niego zwisały cztery haki zatopione w tuszach świń. Czuł duszący odór, chociaż wolałby odświeżającą woń cytrusów. Niepokojący zapach dobiegał z jakiejś zakurzonej szafy. Zrobiono ją z dębowego drewna, a jej górna część była przeszklona. Po zardzewiałych zawiasach biegał obrzydliwy, żółtoczarny pająk i oblepiał wszystko siecią.
- Jestem mieczem, za który chcesz zapłacić, gdy przewidzisz uporczywych wrogów. Migar Hallowfall. Ostatni z rodu, ale i tak mi nie uwierzysz, dlatego powiem ci otwarcie. – powiedział chwilę później. - Pochodzę z Gratenhag, położonego przy czystej, ciepłej wodzie płynącej razem ze łzami. Im jest głębsza tym jaśniej świeci, jakby gwiazdy miały duszę i utkwiły na dnie. – Spojrzał ślepo w sufit i sprawiał wrażenie, że ujrzał coś poza nim. - A dookoła urzekająca zieleń. Dźwięk brzęczących pszczół i słodki zapach kwiatów. Falujące łany zboża… Samo życie.
- Najemnik, ta?
Gospodarz dobrze znał tragedię, do której zmierzał Migar. Nie był jednak przekonany, czy jest tym za kogo się podaje. Gratenhag nie był skromną posiadłością, a olbrzymim zamkiem wzniesionym na granitowej skale, zdolnym odpierać najpotężniejsze oblężenia. Wysoki mur zwieńczony wieżą bramą przypominał niezniszczalną tarczę, zdolną wytrzymać każdy atak. Wystarczyło pięćdziesięciu ludzi, by móc odeprzeć tysiąc. Głęboka fosa wypełniona wodą pobłyskiwała w szczególności nocą, gdy odbijała światło księżyca. W pomieszczeniach zamku płonęły liczne paleniska, a ogień od pochodni tańczył na ścianach, rozświetlając ciemność w nieskończonych plamach ciepła. Było go więcej, niż wystarczająco – paleniska, pochodnie, ognie, które wytrwale biły i rozświetlały całe komnaty, które koniec końców przypominały dno wrzącego kotła. Migar, jako dziecko uwielbiał się ochładzać morzem zimnego mleka.
Wtedy jego matkę rozkochał w sobie jej przyjaciel. Rycerz z morskim lwem wyrytym w napierśniku. Bez wahania podjął decyzję, która zapoczątkowała upadek ich twierdzy.
- To smutne, jaką zgubę sprowadził na was Zazdim Quarrenhal. – Olys rozdrapał starą ranę. – Stary Rycerz urządził głośne przedstawienie, nieprawdaż? Mówią, że po korytarzach twojego straconego zamku błąkają się teraz niespokojne dusze żywcem zamurowanych mężczyzn. Podobno… Z pewnością możesz powiedzieć więcej na ten temat.
- Dlaczego tak łatwo uwierzyłeś w moje pochodzenie?
- A dlaczego miałbym ci nie wierzyć? – skłamał. Wciąż nie był przekonany, lecz także niczego nie wykluczał. Mówiono, że cała rodzina padła wtedy trupem.
Najemnik spojrzał się na niego chłodno. Żałował, że jego przeszłość jest tragedią, której nikt nie pomścił i nikt nawet nie spróbował. Zaprzysiężeni ludzie jego ojca ulotnili się jak dym. Za każdym razem, gdy do tego wracał przed oczyma miał obraz egzekucji na dziedzińcu. Widział krew nawet, gdy je zamykał. Najpierw jego ojciec został ścięty, a zaraz potem młodsi bracia. Tyle dobrze, że nie na odwrót. Tamtego dnia ukrył się w beczce, w malutkiej, wąskiej szczelinie, starając się nie dawać żadnych oznak życia. Łkał po cichu z bezsilności, zastanawiając się, dlaczego nie zginął razem z nimi. Poczuł się jak tchórz.
- Czyli co, jeśli miecz nasiąknie krwią, to się ożywi? Podobno tak się dzieje... – powiedział, nie pokazując wewnętrznego bólu, tego jak bardzo ta przeszłość go męczy. – Nie wierz w słowa jakichś chłopów chlejących po gospodach. Ja nie uwierzę w nic czego nie zobaczę, a wczoraj zobaczyłem duchy w skórach. Czułem, że tam będą. Tamta ziemia… Ehh… W to także nikt nigdy nie uwierzy.
- A więc nie ma w tym nawet ździebka prawdy?
- Zamurowano jedynie moją matkę. Zabiła ją naiwność - odrzekł Migar, dźwigając się ociężale z łóżka. Czuł się, jakby był skuty w ciężki łańcuch. – Zazdim wyczekiwał z cierpliwością, aby zburzyć niezdobyty dotąd zamek. Nie mieliśmy wtedy o niczym bladego pojęcia. Nikt nas nie ostrzegł. A on widział w tym tylko swoją chwałę, chciał zasłynąć tym czynem, okryć swoje imię, jakby to miało go wynieść ponad innych. Przebiegły jak lis, oszukał moją matkę. Ta otworzyła przed nim serce, a zaraz potem bramy. Wszystkie, jeśli dobrze mnie rozumiesz. Jej krzyki, gdy kamienie zaczęły ją przyduszać z wiążącą je zaprawą… Nigdy nie widziałem niczego podobnego. Zasłużyła na swój los. Twarz miałem wykrzywioną z przerażenia. To mnie całkowicie zepsuło. Popatrz tylko…
- Ta opowieść mrozi mi krew w żyłach – wyznał mu gospodarz. - Sposób, w który o tym mówisz jest naprawdę mroczny. To jak z tymi jeziorami, które mają ciemny odcień. Wiesz, o które chodzi. Mówią, że dzieci jakiejś wdowy zaczęły się w nich topić, a ich ubrania zabarwiły je na czarno. Inni głoszą, że to bóg zaczął się odwracać od ludzkości. W co tu wierzyć? No, ale może już dosyć tych legend.
Migar odgarnął kosmyk włosów z czoła, twardych niczym kolce jeża. Przypomniał sobie jak pewnej bezksiężycowej nocy śnił o tym, jak kusi go do zła. Śniły mu się wyrzeźbione twarze w złotych pniach. W ich oczach lśniły łzy, a gdy wypływały poza brzegi, zamieniały się w gęstą, nadzwyczajnie czarną krew. Ten koszmar senny prześladował go od dawna. Powtarzał się jak pełnia. Miał wrażenie, że i dzisiaj śmierć zatańczy pod melodię stali.
- Jest zbrodnia jest i kara, a nie ma zbrodni bez dowodów – zaczął, wciąż pogrążony w swoich myślach. - Jeśli naprawdę istnieje jakiś bóg, to tylko on o wszystkim wiedział i w końcu musiał nas ukarać. Statki nie wracają. Sowy nie wracają. Wrony… Ponoć jedna przedostała się na drugą stronę, lecz to jedynie puste słowa pijanych marynarzy. W każdym bądź razie nadal nie da się opuścić Gjaladenu. Coś wszystkich zatrzymuję. Ci, którzy spróbowali są teraz na dnie morza, albo jeszcze w gorszym miejscu. Każdy z nas jest więźniem.
- Nigdy nie chciałem go opuszczać – oświadczył zdecydowanie Olys. – Widzisz, wcześniej to był dom młynarza, a młynarz nie był moim ojcem. Sierota w głębi duszy wierzy, że pewnego dnia ktoś powróci zabrać ją do domu. Przygarnął mnie, a ja cisnąłem w niego ciężkim kamiennym dzbanem. Na jego głowie pojawiła się wielka struga krwi, ale się wcale nie przejąłem. Potem już było tylko gorzej. Mimo wszystko osiadłem tu na stałe. To dopiero nazywa się niewdzięczność. I jest niestety z mojej strony. Było, minęło.
- Zadbałeś chociaż o mojego konia? – spytał go najemnik głosem pozbawionym życia i jakichkolwiek chęci.
Przejechał palcem po butelce jakiegoś płynu. Wina albo czegoś co je przypomina barwą. Podświadomie dotknął piersi, lecz nie wyczuł swojej zbroi. Nie pamiętał momentu, w którym ją stracił. Zamiast niej wymacał koszulę z białego lnu, rozciętą pod szyją, z rękawami, które zwężały się ku nadgarstkom. Była podarta, a plamy pod pachami powiększały się od potu, który mimowolnie zlewał mu ciało.
Bursztynowe oczy oberżysty odbijały światło.
- Prowadziłem go za uzdę, ale… - odpowiedział mu niechętnie cichym głosem. – Musiałem skrócić jego męki. Napił się wody z zatrutej rzeki, a w niej płyną setki ciał. Woda jest zanieczyszczona. Taką nie wolno nawet zwilżyć ust. Zakopałem go za stajnią. – Jego słowa zwolniły. – Przykro mi.
Migar sapnął gniewnie, lecz skinął głową, przyznając mu słuszność. Mam nadzieję, że nie kłamiesz, i że nie wypchałeś nim brzuchów swoich gości. O ile w ogóle ich masz. – pomyślał, wiedząc, że już nic nie wróci wspólnie przeżytych wypraw z jego koniem. Gładził się leniwie po zranionym udzie i podążył za zapachem mięsa. Tępy ucisk odzywał się za każdym razem, gdy brał oddech. Zejście z piętra w dół prowadziło ich do pomieszczenia ze szynkwasem o brunatnej barwie. Tuż pod ścianą piętrzyły się nierówno ułożone beczki z olchy, z których z pierwszej trysnęła struga piwa, zalewając wklęsłość w podłodze. Widok ten nieco go ucieszył. Wytrzeszczył oczy, a z jego ust wyciekła gęsta ślina. W rękach gospodarza krzątały się naczynia.
Nikt nie opierał się czołem o blat stołu, nikt się pod niego nie zataczał. Miejsce było puste, mroczne i gromadziły się w nim cienie. Cienie siedzące na skrzypiących ławach. Przy wejściu leżał krótki, zakurzony dywan o wzorze rybich łbów z zębatą żuchwą. Najemnik obserwował ogień tlący się w kamiennym piecu. Wyglądał jak jakiś uciekający, płomienisty duszek.
Oberżysta napełnił kubek Migara, gdy ten siedział w milczeniu, wpatrując się w płomienie. Najemnik opróżnił go, jakby jego przełyk był wyschniętą studnią. Odgłos połykania przypominał kamień wpadający w wodę. Napój ściekał po jego brodzie, która zdawała się rosnąć wraz z jego oziębłością.
Olys zniknął za ościeżnicą kuchennych drzwi i pociągnął nosem. W międzyczasie zjawiło się dwóch mężczyzn w czarnych, wełnianych płaszczach. Przy ich lewych biodrach, leniwie zwisały miecze w pochwach, a na ich dolnych częściach lśniły srebrne ornamenty w kształcie drzewa życia, z białym gołębiem siedzącym na jednej z gałęzi.
Najemnik ziewał ze znudzenia. Jego wzrok padł na nieznajomych, a jeden z nich, o splątanych włosach niczym żmija, zwrócił się do niego.
- Spokojnie – odchrząknął. – Przybywamy w dobrej wierze.
- Nie ma takiej – odparł Migar, wycierając mokre usta w postrzępiony rękaw. – Jeśli czegoś chcecie, to sobie poczekacie.
Ich twarze przybrały wyraz niezadowolenia. Starszy z towarzystwa roześmiał się ochryple. Oczy miał niebieskie jak oszlifowany szafir. Lekko sprowokował najemnika, wzbudzając w nim pewne wątpliwości.
- Widzę, że przemawia do ciebie jedynie zawartość na dnie kubka. Co tam masz dobrego? – zagadnął lekko.
- Nie do mnie, a przeze mnie. Jestem tylko naczyniem, w którym płynie. I nawet mi z tym dobrze, więc niepotrzebnie się mną zainteresowałeś. Jedyne, czego chcę to się niczym nie przejmować. Zrozumiałeś? Zostawcie mnie samego i w ciemności.
Nie posłuchali go. Mało tego uznali to za zaproszenie, żeby się przyłączyć. Usiedli po jego prawej stronie bez słowa uprzedzenia i nieostrożnie naczerpali wina z marmurowego dzbana. Starszy mężczyzna miał starcze, przebarwione cętki na dłoniach, a w prawej fragment złamanego ucha. Dzbanek się wyśliznął. Płyn rozlał się po ciałach, wsiąkając w ogniwka ich żelaznych kolczug.
- Mógłbyś być weselszy. – Młodszemu nieznajomemu wydawało się, że zabawi go rozmową i przełamie lodowaty nastrój. Jego piegi zlewały się z kolorem skóry. Spojrzał na zabandażowaną nogę najemnika i poklepał go po barku. – Jestem Ozdir z Ashdam, a ten brzydki z chudą twarzą to Ragan Smocze Pióro. – Uśmiechnął się i strącił kurz z szynkwasu. Otrzepał ręce, pocierając je o siebie.
Najemnik patrzył na niego przez chwilę. Później jego wzrok przeniósł się na Ragana, który wyglądał znajomo, choć nie potrafił przypomnieć sobie skąd.
- Smoki nie istnieją – rzucił z zimnym sarkazmem. - Za to są kurczątka, a ty mi takie przypominasz.
- Nie istnieją – przyznał Ozdir, próbując nie dopuścić do złej krwi. – Za to są wybijane na monetach, złotych jak weselny kielich. Każdy takie lubi.
- Były wybijane. Już prawie takich nie ma. Jeśli szukasz złota, to nie mogłeś gorzej trafić. Rozejrzyj się. Nie trafiliście do jebanego skarbca. Z tego co widzę, to bieda dokucza tu nawet szczurzym gromadkom.
Jego słowa wywołały reakcję. Obaj mężczyźni poczuli, jak ich gniew zaczyna powoli wzbierać. Ich twarze zaczerwieniły się z gniewu, ale zanim mogli odpowiedzieć, drzwi do izby otworzyły się ponownie. Gospodarz wrócił z kuchni, niosąc srebrną tacę, na której znajdował się jasny chleb i kawałki wędzonego mięsa. Otworzył drzwi na tyle, by zmieścić się w małej szczelinie, ale zawadził uchem o wystającą deskę, która była częścią spróchniałego mebla. Cicho zaklął, obwiniając o wszystko tylko te zapomniane deski, a nie siebie.
- Panowie – przywitał ich, starając się brzmieć jak najdelikatniej, choć w jego głosie dało się wyczuć drżenie. Jego dłonie stawały się coraz bardziej wilgotne, jakby sama obecność tych ludzi miała w sobie coś, co wywoływało w nim lęk. – Co was sprowadza w moje skromne progi?
- Może to, że to karczma, a my jesteśmy kurewsko spragnieni? Wyglądasz, jakbyś uznał nas za duchy. Czy naprawdę nie ma już żadnego życia na tych ziemiach? – Ragan był wstrząśnięty. Silny zapach mięsa tępił jego złość. – Lepiej podaj wina i wymieszaj dobrze z miodem. Tak właśnie lubię. Niech bryłki lodu zagrzechoczą wewnątrz. Tamto nie było wcale chłodne. Pozwolimy sobie także zabrać trochę tego mięsa. Dziwne jakieś, ale my nie będziemy wybrzydzać. Jesteśmy zbyt dobrze wychowani, co nie, Ozdir?
Zabrał całość, a Olys rzucił im ostre spojrzenie.
- Wybaczcie nieuprzejmość. Rzadko miewam takich śmiałych gości.
- Nie brakuje nam przyjaciół, tylko czasu – ponaglił go Ozdir. – Pewnego dnia przychodzi moment, w którym chce się zwrócić czyjąś własność. Próbuję ci powiedzieć, że…
Migar wyciągnął prawą rękę w stronę głowy byka odlanego z brązu. Stojąca tam figura była zniszczona przez czas, miała dużo pęknięć i braków w materiale. Ciemność w pomieszczeniu zjadała prawie całą resztę byka, pozostawiając go tylko częściowo widocznego.
- Spójrzcie – przerwał zasmucony. Miał już dosyć napięcia. Objął wzrokiem różowe ślady zagojonych ran na szyi. Tkwiły na mężczyźnie w pokręconych włosach. - Dawno temu, pieczono w takich żywcem. Winnych czy niewinnych, wrzucano ich do środka i zamykano otwór. Pod bykiem rozniecano ogień, a ofiara nie zdążyła się usmażyć nim… Nim zaczęła się wtapiać w stopy brązu. Przejebane, co?
- Od kiedy, jakikolwiek ból boli najemnika? – spytał niepotrzebnie oberżysta.
Ragan Smocze Pióro wypluł z ciągliwą śliną, oderwaną z wierzchu, część włóknistego mięsa. Wykrzywił usta z obrzydzenia.
- Nie lubimy takich jak ty. – Jego głos brzmiał naprawdę groźnie. Popatrzył nieufnie na Migara. – W naszych stronach kolczyki robi się w kształcie kiść winogron. Są jednak inne możliwości. Na przykład zrobienie ich z czyjś jaj. Mam nadzieję, że twoje będą ołowiane. – Wargi drgnęły mu ze złości. - Zabijasz za opłatą. Zmieniasz za opłatą strony, jakby cię kłuli rozżarzonym nożem. Twoja dusza nie ma już żadnej wartości.
Twarz Ozdira czerwieniała jeszcze bardziej. Migar wydął usta.
- Zabijam tych, którzy na to zasługują. – Jego powaga przytłoczyłaby potwora. – Złoto przepijam z kwiatuszkami, które chętnie mi wskakują na kolana. Nie macie prawa mnie osądzać. Nie jesteście lepsi ode mnie. Nie gwałcę w przeciwieństwie do was. Nie zostawiam rozebranych i krwawiących kobiet w błotnistych uliczkach, zagnojonych, jak wasz umysł. Bronią się jak lwice, a paznokcie wbijają pod skórę swych oprawców. Mylę się? – Ozdir zarumienił się ze wstydu. Najemnik skupił intensywniej wzrok na jego szyi. Założył, że te rany zostawiła jedna z kobiet. Z ofiar. – Czerpiecie przyjemność z ich głośnego płaczu. Zabieranie czystości to chleb, którym się łamiecie. Poza tym wiecie jak to jest. Każda grupa ma swojego tchórza i sądzę, że i w tej się jakiś znajdzie. Tchórz nie lubi bólu, ale lubi go zadawać.
Ragan podniósł się gwałtownie. Nie miał pojęcia, że najemnik był górą mięśni i straszliwych blizn, i tego że także ma je wewnątrz.
- Dosyć! – Wydobył z gardła rozwścieklony krzyk. – Nie będziesz nas oskarżał i nie jesteśmy tutaj po to, żeby kraść. Ozdir już próbował to wyjaśnić, lecz bezczelnie mu przerwałeś. Ktoś, kto wygląda zupełnie jak gospodarz musi coś odebrać. Kogoś. I sowicie za niego zapłacić. Ten gospodarz jest oszustem. Zwą go Sylo i odradzają jego mięso, lecz musiałem się przekonać na własnym języku. – Przestał przez sekundę mówić. Jego oczy przeszyły Olysa, który drżał pod naporem tych słów. - Dzieją się tu dziwne rzeczy, ale nas to nie obchodzi. Jego sprawa. Wyjdziemy stąd z wartością, która nas spowolni, albo z waszą głową. Dobrze słyszeliście. Dwie zszyjemy w jedną.
Olys odrobinę pobladł.
- Szukając we mnie winy, to jak szukać igły w stogu siana – zapewniał ich potulnie, próbując zdjąć ciężar oskarżenia. – Panowie… Zaszła jakaś pomyłka. Przyznam, że nie najprzyjemniejsza. I to wy powinniście mi zapłacić za tą ciepłą strawę, i to wino, które – jak już wspomniano – nie było wystarczająco chłodne. Oskarżacie mnie we własnym domu, a to karygodne! Żądam dowodu, który nie leży jedynie w waszych gardłach. Dobrze, że nie biorę słów do serca.
- Nawet jeśli bolą? – Zazgrzytał zębami Ozdir. – Spokojnie. Nikt cię nie osądza, ale jeśli już to zrobi… To oby nie na podstawie tego jak wyglądasz. Nie wyszukuje świadków twojej winy, bo nie twierdzę, że istnieje. Zasugerowaliśmy, że jesteśmy w posiadaniu kogoś za kogo zechcesz nam zapłacić.
- Tutaj się nie zgodzę. Mam wszystko czego mi potrzeba. Rozejrzyj się. No, śmiało.
- Masz na myśli tą wąską strużkę przeciekającej wody w dachu? Ściany zaczną pękać, a drewno wchłonie wilgoć. Przerobiony dom młynarza wkrótce się rozleci. Coraz więcej tu ulewnego deszcz
u. – Ozdir zmienił ton do gospodarza na ostrzejszy. – Skoro już gadamy w taki sposób, a nie inny, to powiedz lepiej co masz w kotle przy kamiennym piecu?
- Mieszam tam owsiankę. Między innymi.
- Innymi. No właśnie.
Zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej. Migar namyślał się głęboko, uporządkowując myśli. Mięso, którego nie próbował... Dom młynarza i świadomość gości, którzy wcale nie byli przypadkowymi podróżnymi. Nikt z nich nie przewidział, że znajdzie się tu ktoś postronny. Jego obecność odrobinę im pokrzyżowała plany.
Ragan nagle kaszlnął, a z jego ust wyleciała dziwna, gęsta wydzielina. Bez żadnego skrępowania otarł ją o brzeg szynkwasu, wciąż patrząc na gospodarza z wyraźnym lekceważeniem.
- Myślisz, że stracę głos ze strachu, bo sprowadziłeś tu niedźwiedzia? – Popatrzył na Migara, sugerując, że jest wynajęty przez karczmarza. - Twierdzisz, że może cię obronić samą wagą i włosami?
- Nie, żebym się przejął, ale naprawdę nie ma przed czym. Przecież jesteście nastawieni pokojowo. – odpowiedział drwiąco Olys. – Poza tym sam potrafię dbać o siebie. Patrzcie, jaką groźną dzierżę broń. – Wypełnił dwa kolejne kufle piwem, próbując obrócić wszystko w żart, by nieco uspokoić towarzystwo. – Nim je podam, najpierw powinniście mi wyjaśnić niejasności.
- Śmiało. Pytaj, póki język masz w całości. Może lubisz jeść języki. Czyjeś, albo własny…
Olys zbliżył się i syknął tuż przy jego uchu.
- Chyba wiem kto szeptał wam te bajki. Jego upodobanie do nietypowych wygód was tu sprowadziło. Chciwość. A może to i to? Prawda?
- Lord Zazdim Quarrenhal nie zamierza zniżać się do próśb – wtrącił Ragan, próbując chwycić kufel. – Mamy…
- Lepiej powiedz czego nie będziecie mieli – przerwał mu najemnik.
Głos rozsądku nie odezwał się tym razem. Migar zerwał się i wylał na nich piwo. Każdy krok odznaczał się śladami mokrych butów na podłodze. Wyciągnęli miecze z pochwy. Najemnik cisnął krzesłem tam gdzie odskoczył przed sekundą Ozdir. Gospodarz zadygotał jak panienka, a przez półotwarte usta ukazał się brązowy osad na wyszczerbionych zębach. Ragan wydawał się być lekki, jakby jego ciało było puchem piór szarganym przez pazury wiatru. Uderzył, mierząc wprost na kark, który można było wynająć za opłatą. Musnął go po barku, a pod rozciętą tkaniną, pojawiła się czerwona plama.
Ozdir ciął dwukrotnie, lecz najemnik schylił się, unikając ostrza. Cofał się do tyłu, aż zatrzymał się na piecu. Złapał za trzon grubego kija z gałązką odstającą na bok i przypiekł wewnętrzną stronę własnej dłoni. Złapał za złą część, a pulsujący ból przytępił jego zmysły. Rozczapierzył gęsto owłosione ręce, wyglądające jak niedźwiedzie łapy. Jedna była miejscem dla czerwonego śladu. Ragan nie dowierzał. Kaszlnął.
Migar wytrącił go z równowagi, a ten uderzył się w bok głowy o krawędź żelaznego gara. Strużki krwi spłynęły po policzku. Zalewały brzegi oczodołów. Ozdir ciął od dołu. Trafił w niezagojoną nogę najemnika, czując, że ostrze pragnie dotrzeć do tętnicy. Drugim uderzeniem wtargnął na dolną część przedniej ściany brzucha. Ciężkie kłucia bólu rozrywały mięśnie Hallowfall’a. Senność. Zimno. Poczuł, jakby wewnątrz, gdzieś głęboko w jego żyłach przeciskała się gęstwina kolców.
Ragan zaczął krztusić się i kasłać. Twarz mu poczerniała, a ciało zamieniło się w kępę wiotkich źdźbeł. W kącikach ust bieliły mu się pasma piany. Nie wydusił ani słowa, poza próbą, w której oczy zaczęły opuszczać czaszkę. Białka przybrały intensywną barwę jagód. Zatoczył się pod ławę i gwałtownie wzdrygnął. Z między nóg, mocz skraplał się w kałużę. Ozdir nie miał mu jak pomóc. Zacisnął obiema rękoma swoje gardło, jakby sam był siny od trucizny. Wszystko w porządku – pomyślał. Upadający miecz delikatnie błysnął.
Migar nie zamierzał tracić czasu. Odepchnął go z miażdżącą siłą na kołek wbity w ścianę, na którym przeciwnik zawisł zamiast płaszcza. Mężczyzna wydawał odruchowo jęki, które już pozostaną w karczmie, jak w głębinach dzioby zatopionych statków. Najemnik podniósł stal i wbił ostrze głęboko w jego gardło. Chrzęst rozpruwanej grdyki przyprawiał o mdłości. Obrócił mieczem spazmatycznie, trzymając rękojeść oburącz. Docisnął głownię. Łzy Ozdira wymieszały się ze strachem i gorącą krwią, spływającą po kamiennej ścianie. Mężczyzna wysunął delikatnie palec, wskazując na to co leży pod gospodą i oddał się w objęcia mroku. Niedźwiedź westchnął ciężko, lecz nie wyciągnął stali z otwartego gardła. Jeszcze.
- To mięso jest jakieś zatrute – zagrzmiał zdyszany. – Od początku wyglądało podejrzanie… Oni…
- Oni nie żyją – odezwał się Olys ze stanowczym tonem głosu. Wcześniej musiał udawać przerażonego, aby „goście” mogli wykończyć się na wzajem. – A gdyby żaden z nich nie zjadł tego mięsa, to ciebie teraz zeskrobywałbym ze ściany.
- A co, jeśli to ja bym się skusił?
- To ryzyko, które byłem w stanie podjąć. Posłuchaj. – Tym razem jego głos był gorzki i mówił tak spokojnie, że aż przerażająco. – Potrawę przygotowałem dużo wcześniej. Czułem, że mogą się tu zjawić. Wiedziałem kim są. Mieliśmy ze sobą na pieńku. Szalej jadowity zrywałem ostrożnie przez skórzane rękawice. Znam się na tym. Nie sądziłem, że tego dnia odnajdę zagubioną owcę, którą jesteś. Udzieliłem ci schronienia, opatrzyłem rany, a ty podobnie do nich okazałeś mi niewdzięczność. Tak chcesz się odpłacić za pomoc? Osądami?
Migar Hallowfall zdenerwował się.
- Udzieliłeś, lecz z pewnością miałeś w tym jakiś chory cel - wypowiedział te słowa z pogardą. – Olys… Sylo… Teraz masz dwa ciała, których będą chcieli szukać. To nie były jakieś bezpańskie psy. – Uwolnił ostrze ze stygnącego nieboszczyka i wytarł je o spodnie. - Tak myślałem, że kojarzę skądś Ragana. Stał dumnie przy Zazdimie, gdy wyrzynano moją rodzinę. Ten drugi był za młody, żeby się tam znaleźć. Zginął niepotrzebnie.
- Przeznaczenie okazało się łaskawe. Wierzę, że jest nim ten przypadek, a te trupy są cieniem twojej zemsty. No widzisz. Wszystko się jakoś ułożyło. Może właśnie tak musiało być.
- Zemsta to niewolnik, który trzyma nas w kajdanach – odparował. - Nadal nie rozumiem, dlaczego chcieli uszczknąć z twojej majętności, której jakoś tu nie widać. Ta dziura jest zatęchła i zaczyna się rozpadać. Nie wyglądasz na takiego, który ma cokolwiek do zaoferowania.
- Chodziło im o mojego syna, ale on od dawna już nie żyje. Nie zapłaciłbym za ducha. To jedynie marny szantaż.
- Lepiej pokaż mi piwnice i nie mów, że nie ma w niej niczego podejrzanego.
Sylo miał minę, jakby wypił kubek octu. Palcem wskazał na drzwi w końcu korytarza.
- Tam śpi moja służba. – Roześmiał się ze złośliwą satysfakcją. – Masz na myśli chłodnię, ta? Piwnica służy jako chłodnia. Latem stoi tam woda, a zimą przechowuję skrzynie z mięsem. Nie jest to najprzyjemniejsze miejsce. Może pokaże ci, gdzie są twoje rzeczy i rozstaniemy się w pokoju?
- Nalegamy.
Wyglądający potępieńczo miecz Migara, zasugerował Olysowi, że teraz jest ich dwóch, i że powinien pokazać im piwnice. Po chwili ruszył przodem, prowadząc najemnika do ciasnego pomieszczenia, pełnego zakurzonych ksiąg, które wyginały stare półki. Na podłodze Migar dostrzegł dziurę – wejście do piwnicy, której mroki tylko pogłębiały tajemnicę tego miejsca.
Schody prowadziły w dół, a ciasne przejście oświetlały tylko kaganki, których mizerne płomienie rzucały zdeformowane cienie na popękane ściany. Cicho stąpali po ziemi, gdzie powietrze zdawało się być grubsze, pełne zimna i brudu. Sylo zaczął mówić, jego głos odbijał się echem od kamiennych ścian.
- Wiesz, jakie zwierzę cieszy się złą sławą? Będą za nią pokutować, dopóki ludzie będą mieli usta, żeby mówić.
Najemnik kiwnął głową.
- Sądząc po tym, że jesteśmy w ciemnym i odrażającym miejscu, to muszą być te szczury.
- Szczury – potwierdził Sylo, jakby to była oczywistość. – To one nas wykończą.
W tle dochodziły dźwięki, które przypominały setki małych, szeleszczących ciał. Ogony, dłuższe od tułowia, szurały po ziemi, a łysiejące ciała szczurów, większe niż koty, przemykały w mroku, tworząc na ścianach przerażające pajęczyny.
Dotarli na dno piwnicy, która miała sklepienie przypominające gwiaździste niebo, tylko że w tym przypadku gwiazdy były tylko martwym, zimnym kamieniem. Powietrze było gęste, przesycone odorem uryny, który zmieszał się z zapachem mięsa i tłuszczu. W ścianach znajdowały się wydrążone zagłębienia, które posłużyły gospodarzowi jako skrytki.
Migar odpieczętował jedną z beczek, a wewnątrz znajdywały się fragmenty kości i wysuszona ludzka skóra. Na samym dnie zobaczył jelita zwinięte w kłąb jak wąż. Przyglądał się temu w ciężkim osłupieniu. Znieruchomiał. Mieli rację… To, co znalazł, było dowodem na to, jak daleko posunął się ten potwór.
- Ugotowane mogłoby ci posmakować – zapewnił dumnie Sylo, uderzając najemnika słojem w potylicę. Pływała tam wątroba. Kawałki zielonego szkła pękły w jeszcze mniejsze części. - Szare. – ciągnął zgorzkniale. - Jego zapach ma woń gulaszu wołowego z piwem. Wierz mi. Dobre. Takiego niedźwiedzia, jak ty będę miał na dwa miesiące. Może cztery.
Migar był zdezorientowany. Zacisnął zęby, by stłumić drganie wargi. Ojciec byłby zły, gdyby zjadł mnie ten skurwysyn - pomyślał. Zrobiło mu się ciemniej przed oczami, a ból promieniował po krawędziach ciała. Uderzył głową w głowę, a gospodarz okazał się być twardy jak pień sosny. Przy drugim uderzeniu jednak upadł, zaś najemnik zatopił miecz w jego ciepłej piersi. Sylo wydał swój ostatni odgłos. Zabrzmiał, jak przekłute szpilką oko.
- Szczury – rzekł drżącym głosem Niedźwiedź. – Mam nadzieję, że będziesz im smakować.
Splunął na martwą twarz karczmarza. Potem, dysząc, ruszył w stronę schodów. Zabrał się za bandażowanie ran, rozdzierając zębami płat tkaniny. Zawiązał mocno supły. Syknął z bólu. Narzucił na ramię swoje czarne futro, leżące w rogu pomieszczenia, w którym się przebudził i udał się do wyjścia.
Miał już dosyć, lecz ten dzień się nie zamierzał kończyć. Przywiązane konie do zniszczonego wozu łomotały kopytami. Przywiązane za uzdy z białymi wędzidłami, odznaczającymi się na ciemnych pyskach. Trzy. Migar spojrzał się na swoją stal, ociekającą krwią. Jeszcze jeden gdzieś się chowa. Po tym wszystkim będę się wspierał jesionową laską. – pomyślał w duchu.
Słońce na zewnątrz otulało powysychane drzewa. Szukał ruchomego punktu w zamarłym krajobrazie. Topniejący lód przybierał formę kropel. Śnieg zdążył już poczernieć, rozpływał się głęboko w bruzdach. Pod spadzistym okapem dachu dojrzał chłopca, liżącego jedno z ogniw mrozu. Wyszczerzone sople lodu.
Po jego twarzy błąkała się samotność. Włosy wyglądały jak ze złota. Miał góra dziewięć lat. Ciemnozielone ubrania z wełnianego sukna oddzielały go od zimy, a ta czkała intensywnym mrokiem. Gdy odnaleźli się głębokimi spojrzeniami, zrobił się czerwony jak piwonie. Chłopiec zebrał się na odwagę i otworzył usta jako pierwszy.
- Ojcze… – zaczął. – Czy to ty jesteś moim ojcem? – powtórzył pełen wigoru. – Tamci ludzie obiecali, że, jeśli będę grzeczny, to zabiorą mnie do krewnych! Zaraz pewnie wyjdą i ci wszystko wytłumaczą!
Migar westchnął i uniósł wzrok ku niebu. Nad jego głową przeleciała sowa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania