Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

WSKRZESZENIE HAITI. (całe opowiadanie grozy/mystery)

WSKRZESZENIE HAITI.

(całe opowiadanie grozy/mystery)

 

Wielu ludzi twierdzi, iż życiowy mozoł, skłania ich ku końcowi życia. Ktokolwiek z nich, wówczas nie zastanawia się, czy śmierć: tak naprawdę... zapewni im spokój. Uważając to za pewne, nie zdają sobie sprawy, iż umierając: wcale nie muszą zaznać wiecznego odpoczynku.

Turyści. Zwłaszcza, gdy słońce piecze swą własność i tak trawioną jego pradawnym skwarem, wylegający na każdy, uważany za odpowiedni, przystępny im kojącym cieniem, zakątek. Każdy z nich uważa, aby nie rozstać się z częścią siebie, brutalnie wyciętą, bez ułaskawienia narkozą bolesnej agonii, podczas działania paraliżujących układ nerwowy, wyrafinowanie medycznych specyfików, pokładających modlitwy w przeraźliwym pojękiwaniu. Jak na ironię: i tak nie chcą nawet móc poruszyć ku temu palcem, wydając swe oskarżycielskie osądy. Ube słyszał ich wiele. Zanim każdy z nich mógł wreszcie przestać mówić, wielu z nich, nie czyniło czegokolwiek ponadto, wyróżniając go, nie tylko z tego powodu. Był Czarny, nie bojąc się. A jeżeli nawet: zawsze ściskał w ogromnej dłoni amulet, noszony na plecionym w bawełnie sznurze. Od kiedy wrócił na Haiti wraz z jego Prababką. Nie Ube. Sam amulet, zawieszony na jego umięśnionym karku, co zawsze utożsamiał z kutą w byczych nozdrzach obręczą, łączącą go z samym Baronem Samedi. Obaj przecież zmierzając przez drzwi Papy Legby, wrócili, aby wieść Zmarłych, wśród żywych, o czym oni sami, mieli zaszczyt się przekonywać, dostępując niczym królewskiego miłosierdzia, posyłającego ich katem w mrok czeluści sali tortur. Takie mieli cele w życiu, będąc posłańcami, sprowadzali zmarłych z powrotem. A kiedy dane im było odejść... już nie mogli powrócić.

Nie zastanawiał się, czy warto ją poznać. Uważał, iż będąc mu obojętną, darzy go wystarczającą bliskością. Mieszkając w niewielkim domku, sprawiającym zanikanie w piasku plaży, często przychodziła mącić życiodajną wodę, o którą najczęściej... musiano walczyć. Nie tutaj, jak i ona sama. Dlatego, nie miał o czym z nią rozmawiać, niemo skupiony pod osłoną bananowca, pozbawionego głodem owoców, w takim stopniu, iż miejscami... brakowało na nim kory. Była środa. Od dwóch nocy, nadszedł czas, aby pozwolić, by ich stopy zaznały oparcia. Jej także. Myślał o tym nieprzerwanie, rozkręcając noszony na sznurze amulet. Pudré de Morte... jak mawiała jego matka, przez kilka pokoleń niewolników, mogących jej zostawić nie więcej, jak obecne dziedzictwo. Poznał je, absorbując latami, jak obecnie, po upływie których, odczuwał jedynie ulgę, jednak... nie powodowaną chłostą. Szepcząc modlitwę w kreolskim haitańskim, wysypał jego zawartość na hartowaną niewolnictwem dłoń. Ściskając ją w pięść, postanowił dostąpić kolejnego zaszczytu. Musiał wieść dusze, a nie zmuszany, zwyczajnie: nie chciał inaczej.

Opalała się beztrosko wyciągnięta na uroczym, pasiaście figlarnym ręczniku. Ubrana jedynie w czarne bikinii, bezwstydnie eksponując powiększony chirurgicznie biust. Postanowiła się zrelaksować, gdy spokój myśli, przesłonił jej chłód niespodziewanej ciemności. Tak namacalnej, iż odczuła ją pomimo zamkniętych, głębokobłękitnych oczu. Nie rozumiała tego zupełnie, otwierając je leniwie, jakby dla ujrzenia stojącego na drodze jej opalenizny, rosłego Murzyna, patrzącego nie tyle na nią, co na plażę przez nią, w tak przenikliwie chłodny sposób, iż pomimo upału, przeszedł ją dreszcz. Doskonale o tym wiedział, przykucnąwszy. Snop blasku spowodował, iż przesłaniając dłonią oczy, starała się go zrozumieć. Poprostu: był obok niej. I patrzył. Odniosła wrażenie, że jakby bardziej spogląda w jej dusze, niż na nią samą. Zwłaszcza wówczas, gdy podniósł do ust ściśniętą w pięść dłoń. Czy to przyjacielski gest? Nie zdąrzyła się przekonać inaczej, jak zaczerpnięciem nieświadomym wdechem obłoku spowijającej jej uroczą buzię, szarej, duszącej mgiełki. Zakaszlawszy, chciała go uderzyć, odepchnąć... cokolwiek, pozwalającego jej okazać, że ten żart... wcale nie był śmieszny. Czując wzbierające w oczach łzy, odprowadziła szczypiącym spojrzeniem odchodzącą postać. Tak poprostu. Tylko dlatego chciała drżącymi dłońmi sięgnąć po telefon. Niech go zamkną. Żartowniś pierdolony... który nim uszedł dziesięć kroków, ogarnęły ją mdłości, połączone z imprezowymi zawrotami głowy. Czując w malowanych purpurową szminką ustach kredowoziemisty posmak, dotknęła delikatną dłonią twarzy, dla dodania sobie otuchy. Była spocona. I zimna, jak na wylegiwanie się w słońcu, czując, iż świat kręci jej świadomością kalejdoskopowe piruety, niczym poklatkowy taniec, brnący wybiórczymi figurami ramą jej umysłu. Pomimo smukłych ud, coraz dziwaczniej odczuwała obecność swoich długich nóg, a jedynym, czego mogła dokonać, chcąc sięgnąć po klapki, było ciężkie, niezgrabne przewalenie na bok zgrabnych bioder. Musiała odpocząć, w irracjonalny sposób, mimo wszystko, odczuwając narastające zmęczenie. Spowita długimi do pośladków lokami głowa, zaczęła ciążyć na jej delikatnych barkach, gdy spojrzała w stronę najętego lokum. Było daleko... bardzo daleko... lawirując przemykającymi przed jej wzrokiem iluzjami, nie pozwalającymi jej zebrać się w sobie. Nie mogła tak dłużej, gdy wstając, zatoczyła się, niczym wymagająca eskorty po udziale w kameralnym przyjęciu. Z trudem uniosła seksowną łydkę, zmierzając w bok. Miała świadomość, że to nie możliwe, próbując obrać kierunek. Kolejny, bezwiedny krok, zdający pchnąć ją karnie, do nienawidzonej przez nią czynności, której odmawiała, zataczając się bezwładnie w tył. Czując gorąco, szarpiące chciwymi szponami jej płaski brzuch, zdała sobie sprawę, że przestaje go czuć, resztką świadomości dotykając dłonią swojego niewielkiego pośladka. Straciła równowagę, bezwiednie przy tym kuśtykając, co przywodziło na myśl paraboliczne przemierzanie bezkresu morza, na pokładzie ledwo mogącej mu sprostać łajby. Drzwi... czy to one? Nie zdąrzyła nawet odczuć, gdy chcąc zaznać ich obecności, bezwładnie runeła, otwierając je. A zanim kliknęły więżąc ją w mroku, spowijającego obojętnością jej wzrok: zapadł on zupełnie.

Przyszedł po nią w nocy, z łatwością przerzucając przez swój masywny bark. Nie obchodziło go to zupełnie. Zwykła, koścista istota, dająca się podnieść, nie trudniej od kokosa. Nie chciał jej. Zbliżył policzek do jej ust. Oddychała. Płytki, pachnący słodko oddech, wydający z jej płuc tchnienie śmierci. Trzymał ją za ręce, mając świadomość, że doskonale wszystko czuje. Żyła. Wśród Zmarłych, a obecnie: musiał tylko pozwolić jej tego zaznać, dla samego siebie, jednak... wobec dusz, z którymi nie miał czelności się porównać, wchodząc na ścieżkę, skrytą zielenią przed spojrzeniem codzienności.

Otwierając oczy, czuła pod szczupłymi plecami twardość, uwierającą bólem całą powierzchnię tyłu jej narzędzia pracy. Będąc Zawodową Modelką, nie mogła inaczej. Jak obecnie, odczuwając zadziorne ukłucia przenikliwego bólu, wobec więżącego odrętwienia. Usiłowała unieść dłonie do twarzy, mogąc pozwolić sobie, co najwyżej, na poruszanie palcami. Dotyk. Szorstka, spękana powierzchnia, którą potarła swoim eleganckim, długim paznokciem. Czując jej włóknistą miękkość, zaczęła zastanowieniem podważać kolejne, skromne włókna. Twardszy punkt... skryty w nieprzeniknionym mroku. Było jej duszno. Bardzo duszno, z każdym oddechem... Co to za materia?.. Drewno..? Mrok... brak tlenu, zaczynający wywierać na nią coraz bardziej hipnotyczne doznania... Zirytowało ją to. Dostatecznie ogarniając paraliż układu nerwowego, który ustąpiwszy, niespodziwanie skierował w bok jej dłoń, odepchniętą twardością. Otwierając jej oczy przerażeniem, tak dla niej potwornym, iż zdołała nawet unieść ją na wysokość twarzy, czując znajomy opór, jakby sama ciemność traktowała ją wyproszeniem z pod jej całuna. Odważyła się jej dotknąć. Nie była jednak w stanie krzyknąć, gdy narkotyczny letarg jej umysłu spowiła świadomość... bycia pochowaną żywcem: w butwiejącej trumnie, pachnącej, o dziwo: męskimi perfumami...

Dwie noce ofiarował Baronowi. Trzeciej: rozkopywał kolejny grób zapomnianego cmentarza. Bywał tu na tyle często, aby otwarwszy wszystkie mogiły, rozwiązać Wiosce język. Mówiła o Zmarłych: powstałych z grobów: wśród żywych. Oni nie kłamali. Nie winił ich za to, że Prawdy Niewolników, nigdy nie chciano słuchać. Jak on obecnie: głuchego odgłosu łupnięcia szpadla, niesionego pustką. Zgarnąwszy nim ziemię z umęczonego, trumiennego wieka, postanowił go nie otwierać. Nie po to przerzucił tonę spoczywającej na nim ziemi, aby cokolwiek ponadto nie pozwalało mu ustąpić. Poza modlitwą, która niesiona szeptem, jakby... przywiodła ją z powrotem. Swą doniosłością sprawiając, że zrzuciła więżące ją w Zaświatach kajdany. Zarówno doczesności, jak i potoków łez, płynących w cmentarz po jej kościach policzkowych.

Czuła się pusta i pozbawiona uczuć. W takim stopniu, że wzbudziło troskliwe zainteresowanie Stewardessy. Poprosiła o wodę, gdy jej ziemista cera, miło kontrastując z podkrążonymi oczami, nie pozwalała przestać jej odczuwać głodu. Zdecydowanie. Była przeraźliwie głodna... i wcale nie zdziwiło jej, że spoglądając na lecących wraz z nią Pasażerów, oblizała wargi: odczuwając nieprzeparty apetyt...

 

EPILOG

 

Najczęściej, śmierć jest rozumiana, jako stan bezpowrotnego wyruszenia w drogę, stanowiącą jednoznaczny kres. Zapewniam: tak jest zawsze. Jeżeli jednak okazuje się, że istnieje równoznaczna droga powrotna, może to znaczyć, iż zamknięte od zewnątrz drzwi Zaświatów, ktoś postanowił otworzyć, posiadając do nich klucz. A sama rzeczowość tego faktu, okazuje się nie tyle mistyczną, co przerażającą.

Ube nie musiał już jej widzieć. Od momentu, gdy poderżnął gardło czarnemu kogutowi, zalewając jego krwią, skromny ołtarzyk u swoich Śniadych stóp. Ułożył go na rzeźbionej w drewnie tacy, odnosząc z wdzięcznością, poza zasięg promieni światła świec z pszczelego wosku, stopionego ze smołą, niesioną płomieniem, co nadawało mu, nie mniej, od niego samego: Czarną barwę. Szeptał. Od kiedy poznał Rodzimy Język jego Przodków, odzywał się rzadko. Jak sam uznał: z Szacunku do każdego słowa, wypowiadanego w kreolskim haitańskim. Dlatego się modlił. Nie po francusku, lub polsku: do nakazanych batem świętych, których... nie dane mu było spotkać, a zabraniano w nich nie wierzyć. Modlił się do Loa. Pradawnych Zaświatów, którzy, jako jedyni: wskazywali w jego życiu prawdę. Nie przerywając modlitwy, dołożył kilka polan do ognia, stawiając na żeliwnej płycie opalanej drewnem, murowanej w glinianych cegłach, wykonanych przez niego własnoręcznie, kuchni: spory, sfatygowany, kuty w miedzianej blasze, rondel: napełniony do trzech czwartych objętości, wodą... będącą złotem Haiti, po które sięgając głębokim wykopem na wyschniętych mokradłach, pofatygował się dumny, iż każda jej kropla, to sekunda konania, będąc przyrzeganym bezlitościwym skwarem... mniej. Stawiając naczynie na rozżarzonej płycie, pieczołowicie zanurzył w nim jeszcze podrygującego w pośmiertnych konwulsjach, koguta. Zanim zwypióruje jego nagość, musi wrzeć. Tak uczyła go matka. Następnie: trzeba go wypatroszyć i gotować bez zmiany wody, aż mięso całkowicie odejdzie od kości, radując jego dusze, wyzbyciem się głodu. Nic ponadto, ponieważ: potrzebuje samych kości. Znał je doskonale. I to właśnie im, złożył dar, symbolizowany jasnoblond lokowanym puklem, kontrastującym z przypadkową kroplą koguciego szkarłatu. Łaskawie, zabrano od niego głód. To zatem dostateczna zapłata. Mimo wszystko, jego spojrzenie przybrało smutny wyraz. Doskonale wiedział, z jakiego powodu, przywołując w pamięci wydarzenia przedwczorajszego popołudnia...

Edyta, otwierając swoje przenikliwie błękitne oczy, niemal zawyła z bólu, niczym zwierze wybudzone z powodowanego upływem krwi letargu, przyjmując do świadomości, że odgryzło sobie łapę. Czuła się tak boleśnie odrętwiała, jakby rzucono ją w sztorm, zamkniętą w trumnie z wiadrem złomu, znalezionego w portowym warsztacie. Chciała zwilżyć językiem spierzchnięte wargi, gdy uznała to za mało realne, ponieważ... niemal przysechł do jej równanych chirurgią stomatologiczną, arktycznie białych ząbków. Najbardziej... bolała ją głowa, pulsując dotkliwie neurotycznymi ukłuciami, sporadycznie zmieniającymi długość odczuwania ich przez skołatany układ nerwowy. Wykonując miarowe wdechy, usiłowała wziąść się w garść, zwłaszcza, iż czuła się, jakby odebrano jej w życiu wszystko. Ponadto? Odczuwała jedynie pozbawioną emocjonalności uczuć: pustkę, co spowodowało, że bezwładnie przerzuciła smukłe ramię, z przepoconej pościeli, na swój usłany sporym, nieustępliwie kształtnym biustem, dekolt. Przeszedł ją dreszcz, gdy złapała się na tym, że... jest zimna. Zupełnie, jakby całą noc dryfowała w spokojnym oceanie... właściwie: faktycznie, była na plaży. Opalała się... iii... pamiętała jedynie, chwiejny powrót parabolą przypadkowo stawianych kroków, grzęznących w orzeźwiająco mokrym piasku plaży, jej stóp... Wszystko ponadto, spowijał w takim stopniu nieprzenikliwy mrok jej świadomości, iż uznała, że gdyby nie ten przenikliwy ból, zapewne... wtedy umarła. Co dziwne, owładnowszy zmęczonym wzrokiem wnętrze najmowanego przez nią domku, nie zauważyła kogokolwiek, a przecież... odnosiła nieprzeparte wrażenie, że, mimo wszystko: ktoś jej się przygląda. Nie myślała o tym długo, przeszyta niespodziewanym dreszczem nadzwyczajnego chłodu. Fuknąwszy z irytacją, zebrała wszystkie siły, aby przewalić swoje szczupłe ciało na brzuch, zbierając w sobie resztki energii, żeby udać się do toalety.

Najedzony Ube, dla okazania Szacunku, zasiadł wsparty na kolanach, przy ołtarzyku, rozpoczynając przenikliwie niskim, ochrypłym szeptem, kolejną z modlitw. Loa wskazując prawdę, otworzyli mu oczy, dlatego nie musiał podnieść powiek, wyciągając masywną dłoń, w którą bez problemu ujął nie tylko szytą w lnianym płótnie kukiełkę, jak i własnoręcznie wykutą igłę, nawleczoną przędzoną w bawełnie dratwą. Odłożył je bliżej siebie, składając słowa podzięki, wraz z prośbą, aby pozwolono mu wrócić. Kłaniając się żarliwie, sięgnął po zakrwawiony pukiel, a także ostrzony w przerdzewiałej, grubej blasze, niewielki nożyk, spiczasto zakończony, przeciwlegle do nawijanej krzyżowym oplotem konopnego sznura, rękojeści. Te przedmioty także odłożył bliżej siebie, pośród szeptanych słów, zmieniając ich kolejność. Obecnie, mógł już ująć w dłoń kukiełkę, drugą: rozcinając jej plecy rdzawym ostrzem, po odłożeniu którego, w jego grubych palcach, spoczął uroczy pukiel, wciśnięty pieczołowicie w dziurę na plecach kukiełki, następnie zaszytą igłą, nawleczoną ku temu jasnokremową dratwą. Pozostało mu tylko odłożyć całość na ołtarzyk, plecami w dół, nadając mu moc sprawczą, będącą Pradawnymi Modlitwami.

Miała dość. Uznała tak, ciężko zwieszając swe seksowne oblicze, nad przybrudzoną zaciekami jej własnej krwi, umywalką. Czuła się osłabiona, owszem... tylko dlatego nie zaczęła krzyczeć, na widok własnego odbicia w lustrze. Miała niezdrowo podkrążone oczy i blado ziemistą, pomimo opalenizny, cerę, odnosząc wrażenie, jakby jej ciało, z nieznanych jej przyczyn... wyschło: z całej wiodącej nim, chęci życia. Na domiar złego, po jej sinych, spękanych, niegdyś nieodparcie pocałunkowych wargach, płynął z jej niewielkiego noska, nadwyraz obfity krwotok, ściekając po jej drżącej bezsilnym szlochem uroczo liniowanej, dolnej szczęce, aż na przód jej szyi, co rozumiała, jako nieprzepartą aparycję, zupełnie... jakby stała, ledwo, jednak... o własnych siłach: z szeroko poderżniętym gardłem... zamknęła oczy na ten widok, zataczając się bezwolnie. Czując przedziwne uczucie w klatce piersiowej, przypadkiem rozmazała własną krew, na sytuowanym czarnym stanikiem bikinii, seksownie kulistym biuście. Spoglądając bezwiednie na własną, zakrwawioną dłoń, z wysiłkiem skierowała palce, w kierunku kurka zimnej wody...

Przykazano mu nic nie mówić, siedząc w ciemni. Przechylając czarną świecę nad klatką piersiową kukiełki, nakazał jej sprawowanie woli Zaświatów. Strugi czarnego wosku, krzepnąc, oddały ją Loa, żeby powracając, była nią. Drogą, obraną bezpowrotnie, a gdy dobiegnie kresu, Dzieci Barona wrócą, aby zabrać im należne. Nie od biednych. Dlatego wybrał właśnie ją, aby wiodła ich wszystkich. Gdy po raz kolejny wzniósł dłonie, bez słów składając podziękowania: każda z otaczających go, czarnych świec, jakby ku daniu świadectwa jego życia... zgasła, pozwalając nocy nieść słowa nieobecnych.

Postanowiła się ubrać, co zdawało jej się przekraczać najśmielsze oczekiwania. Zdumiało ją, w jak zaskakującym stopniu, pozostaje dla niej pozbawione zarówno sensu, jak i znaczenia, niczym moment przemyśleń nad życiem zaścielających pole bitwy, trupów. Szczerze? Nie obchodziła ją zawartość walizek, jak i one same. Właściwie... jaki dziś jest dzień?.. Udręczonym gestem dotykając opuszkami palców spowitej odrętwieniem twarzy, zamknęła oczy, usiłując sobie przypomnieć... gdzie, właściwie: odłożyła telefon? Ogarniając zmęczonym wzrokiem wnętrze najętego pomieszczenia, zrozumiała, iż spoczywa on na blacie szafki, stojącej przy jej łóżku: wygodnie ułożony na schludnie poskładanym, figlarnie pasiastym ręczniku. Nie pamiętała zupełnie, jak tego dokonała, nie mniej jednak, postanowiła ująć go w dłoń. Była sobota. Za około dwie godziny, skwar południa zaleje Haiti, pogrążając je w bieli swych objęć. Kilka godzin później... odlatuje jej samolot, co o dziwo: postanowiło ustąpić letargu jej świadomości. Leniwie zwlekając się z wygodnego oparcia jej seksownie krągłych bioder, zaczęła się pakować, postanawiając przy okazji, przebrać nasiąknięte krwią bikini. Uznając, iż nie zdoła zapiąć na plecach zamka błyskawicznego sukienki, odnalazła w walizce krwiście purpurową bluzkę, którą postanowiła zestawić z czarnymi spodenkami, posiadającymi elegancko podwinięte mankiety. Bielizna, szpilki... kolejne dwa kwadranse przygotowań, sprowadzające jej życie do niezbędnego minimum, powodującego, iż z posiadanego bagażu, postanowiła zabrać jedynie torebkę, wewnątrz której spoczywały portfel, klucze do mieszkania w Dallas, powrotny bilet lotniczy, a także telefon... cokolwiek ponadto, zwyczajnie: uznała za zbędne, pozostawiając w twórczym nieładzie, pośród którego odnalazła jedynie skromny kluczyk z przywieszką w kształcie palmy, pasujący do zamka obecnie zamieszkiwanego przez nią, wakacyjnego lokum, żeby niedługo potem, stukliwy dźwięk wydawany wysokimi obcasami jej eleganckiego obuwia, skierował się w stronę drzwi.

Doskonale pamiętał własną intencję, wbijając długie, żelazne szpikulce, zakończone czarnymi kulkami, w klatkę piersiową i brzuch kukiełki. Pieczętując je woskiem, spajającym strugami modlitwy z tą intencją, był pewny, iż nie pozostaną obojętnymi. Pozostało mu już tylko jedno. Ująwszy w palce kawałek węgla drzewnego, powstałego z wypalania odłamu trumny, zdał sobie sprawę, iż modlitwa, ugrzęzła mu wpół słowa pośród oddechu, ściśniętego w jego płucach kościstym szponem przerażenia, niesionego przez Śmierć. Wiedział jednak doskonale, że jeżeli postąpi inaczej, niebawem... zagłodzi ją śmiertelnie, posyłając cały podjęty trud, w miano czczego dokonania. Musiała jeść, a jednocześnie: było to niemożliwym... dlatego poprosił Barona o łaskę: pozwalając jej żywić się Zaświatami. Dla zaakcentowania czego, narysował owym węglem na twarzy kukiełki grymas przerażającego uśmiechu, okazującego pary wilczych kłów, sterczące z każdej posiadanej przez nią szczęki.

Przeszła odprawę, z trudem odnajdując widniejące na bilecie miejsce. Obecnie, zmierzając ponad chmurami, usilnie chciała odczuć, że zostawia przeszłość za sobą. Nie była jednak w stanie wyzbyć się obecnego samopoczucia, czując się jednocześnie zmęczoną, osłabioną, jak i pozbawioną jakby własnej duszy, niczym osoba, odnaleziona po kilku dekadach życia w absolutnej dziczy, musząca zmierzyć się z komputeryzacją rzeczywistości, o czym... nie pozwalał jej zapomnieć przenikliwy głód, zmieniający się w obrzydzenie, na samą myśl o wertowaniu oferowanego przez linię lotniczą menu. Chciała przestać o tym myśleć, zwłaszcza łapiąc się na odczuciu, iż widok rozmawiających wokół Pasażerów... przepełnia ją nieprzeparcie narastającym apetytem, pomimo jej zasuszonego gardła. Spytana przez Stewardessę o samopoczucie, zwyczajnie skłamała, bagatelizując je. Z nieznanych sobie przyczyn, prosząc ją o wodę, oczekiwała nie tyle kary, co potępienia,czego: nie umiała sobie wyjaśnić, zwłaszcza niemal dostając ślintoku na widok zgrabnego nadgarstka, zdobionego cienką, złotą bransoletką, umieszczającego na stoliku przed nią plastikowy kubek. Wywarło to na niej iście hipnotyczne wrażenie, jakby spełniając najskrytsze pragnienia, co samo w sobie: przekraczało granice jej pojmowania. Za każdym razem, gdy usilnie chciała to wyjaśnić swojemu skołatanemu umysłowi, spowijał go mrok pustki, wzbudzając w niej coraz bardziej neurotyczne odczuwanie głodu. Nie mogła na to poradzić czegokolwiek, gdy sprawiało odczuwanie wrażenia bycia sensem jej życia. W takim stopniu, iż chcąc zaznać spełnienia, kulturalnym gestem poprosiła o moment uwagi, udzielającą informacji jednemu z Pasażerów, Stewardessę. Uśmiechnięta w elegancki sposób, zielonooka brunetka, skierowała w jej stronę wzrok, informując nie mniej od uprzedniego, kulturalnym gestem palcem, iż niebawem do niej podejdzie, przybierając rzeczowo przyjacielski wyraz twarzy, zdobiony miłym uśmiechem. Myślała tylko o tym, tak dotkliwie pogrążona w przemyśleniach nad walką z samą sobą, iż nawet nie spostrzegła momentu jej przybycia, niczym złudzenie optyczne, budzące konającego w rozpalonym piachu, pośród rześkiego chłodu śródpustynnej oazy. Głęboki wdech uniósł dekolt jej sporego biustu, skrytego pod purpurową bluzką, gdy w milczeniu, z kamiennym wyrazem twarzy, poprosiła Brunetkę o poświęcenie jej skrócenia dystansu, pozwalającego na zniżenie głosu do szeptu, stanowiącego moment dyskretnej prywatności. Zdziwienie malujące się w szmaragdowozielonych oczach, postanowiło nie ustępować profesjonalizmowi, zbliżającemu ucho do spierzchniętych warg, z wprawą pochyliwszy się nad zajmowanym przez nią fotelem. Poprzez odrętwienie, gniotące nieprzyjemnie jej twarz, czując korzenny zapach ubranego w służbowy uniform ciała, Edyta zdołała wyszeptać, urywanym szeptem, pośród grzęznący w jej plucach oddech:

- ... Pudré... de... - usiłowała zwilżyć językiem usta, co nadało im lubieżną aparycję - ... Muerte...

Co stwierdzając, objęła niespodziewanie Stewardessę, której nie dane było mieć czasu na reakcję, gdy rzędy śnieżnobiałych zębów, zacisnęły się na służbowym, schludnym makijażu jej policzka, tętniącym naciskiem wygryzając spory jego kęs, co zalało jej mundur krwią, przez bark, aż po klapy marynarki. Żując go, Edyta odczuwała ekstazę, możliwie jak najdłużej odwlekając moment jego przełknięcia, za symfonię restauracyjną obierając przesycone bólem jęki, klęczącej na samolotowej podłodze kobiety. Rzucając jej przelotne spojrzenie, zrozumiała, jak bardzo była głodna: odsłaniając jej szczękające cierpieniem zęby, eksponowane jękliwie w krwawiącej dziurze, nosząc jeszcze pulsujące życiem ślady jej zębów, podczas narastającej na pokładzie, histerycznej paniki. Zamykając oczy, czuła, iż świat wokół niej coraz bardziej traci znaczenie, pogrążając się w złowieszczo ogarniającym smugami jej umysł, mroku. Nie mogła zdawać sobie sprawy, jak bardzo są realne, unosząc się z jej ust, wykluczone uwagą tłumu, nawet wówczas, gdy krzykliwym jazgotem, gościły w ich własnych płucach... Gdyby wiedziała, że raport prosektoryjno koroneryjny, na jej nazwisko, wykaże, iż zanim wsiadła do samolotu, zmarła dwie doby uprzednio, zapewne: wyrwałoby ją to z objęcia śmierci: trwającym przerażeniem wrzaskiem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania